Harmonista.
1.
Właściwie, na pierwszy rzut oka, nie byłem nikim szczególnym ani wyróżniającym się z otoczenia.
Wcale nie chciałem się wyróżniać, a nawet robiłem dużo żeby ukryć się pośród innych. Ubierałem się raczej spokojnie, bez zbędnej ekstrawagancji, jeździłem tanim, wysłużonym samochodem i nie przesadzałem z seksem.
Tak mi się przynajmniej wydaje.
No może nie byłem takim zwyczajnym urzędnikiem czy robotnikiem. Pracowałem w pracowni konserwacji dzieł sztuki to raz, a dwa? Moja inność brała się z moich trochę niecodziennych zainteresowań.
Praca już od dość dawna nie dostarczała mi pozytywnych przeżyć. Prawdę powiedziawszy nie dostarczała mi prawie wcale przeżyć. Była jak codzienna czynność fizjologiczna. Możesz ją nawet lubić, ale nigdy nie ekscytuje.
Problem w tym, że jeśli masz zamiar dalej żyć, musisz ją wykonać. Oczywiście mógłbym zrezygnować z jedzenia, ale bretharianizm jakoś mnie nie pociągał.
Pociągało mnie za to Tai-chi – chiński system powolnych i pozornie łatwych ćwiczeń oraz związana z nim filozofia. To było właśnie to, co odróżniało mnie od przeciętnego zjadacza ryżu, to jest chleba.
Na grupę ludzi zajmujących się tą niecodzienną gimnastyką natknąłem się przypadkiem, poszukując jakiegoś miejsca, gdzie można by się trochę poruszać, nie zanudzając przy tym na śmierć, jak na siłowni czy w klubie fitnes. Ćwiczenia sprawiały mi prawdziwą radość i z czasem nabrały charakteru codziennego „religijnego” rytuału.
Myślę, że to właśnie filozofia Tao pozwoliła mi przeżyć to, co się stało i nie zwariować, chociaż miałbym do tego pełne prawo. Zważywszy na okoliczności.
Wszystko zaczęło się dość niespodziewanie i powinienem od razu domyślić się, że coś jest nie tak. Zdaje się, że jednak nie jestem zbyt bystry.
Właśnie miałem zamiar pojechać do pracy swoją „bryczką” i zamykałem już drzwi mieszkania, kiedy zadzwonił telefon.
Nie lubię telefonów. Dzwonią przeważnie wtedy, kiedy człowiek ucina sobie poobiednią drzemkę, albo siedzi właśnie na sedesie i oddaje się ulubionemu zajęciu mężczyzn w tym miejscu, to znaczy przeglądaniu kobiecych magazynów.
Skąd u mnie czasopisma dla kobiet? Niestety, pomimo ogromnych różnic dzielących nasze postrzeganie rzeczywistości, kobieta i mężczyzna lubią być razem. Od czasu do czasu pomieszkiwała u mnie jakaś babka. Krótko. Przeważnie wytrzymywała dwa, góra trzy miesiące. Po pierwsze byłem cholernie odporny na wszelkie próby „edukowania” i „przystosowywania do życia rodzinnego”. Jeśli jeszcze dodam, że dzieci traktowałem jak jeden wielki kataklizm to chyba wszystko wyjaśni się do końca.
Brak pieniędzy, perspektyw zawodowych i przy tym mój absolutny spokój doprowadzały każdą z nich do prostej konkluzji – ten facet nie ma przyszłości.
Odchodziły.
Właściwie miały rację. Wtedy. Teraz bym się z tym zdecydowanie nie zgodził. Przyszłość sama przyszła do mnie czy tego chciałem, czy nie. I to jaka!
Wracając do kobiet. Jak bardzo by nie były czyste i zorganizowane, najczęściej pozostawiały po sobie straszny bałagan i sterty czasopism.
Przynajmniej miałem co czytać w toalecie.
No więc zadzwonił ten telefon i jakiś, raczej ponury głos, po dwukrotnym upewnieniu się, że rozmawia z właściwą osobą, to znaczy ze mną, oświadczył, że w biurze notarialno-adwokackim, w centrum miasta, mają dla mnie jakieś pismo. Nic więcej nie chciał powiedzieć. Podał adres, po bardzo krótkim namyśle zgodził się na spotkanie po godzinie osiemnastej i natychmiast się rozłączył.
Przez całą drogę do pracy myślałem, czego do cholery może ode mnie chcieć jakaś kancelaria.
Nienawidziłem tych wszystkich urzedników, spoglądających na człowieka z góry, jak na kogoś gorszej kategorii. Tylko dlatego, że przeważnie nie rozumie ich bełkotu. Zdecydowanie wolałem samotnie siedzieć na wysokim rusztowaniu i centymetr po centymetrze przywracać świetność dziełom, pamiętającym czasy, gdy nie było tych głupich komórek, komputerów, telewizji i innych tego typu bzdur.
Tam przynajmniej byłem panem siebie i wiedziałem dokładnie jak się zachować i co myśleć. Byłem też panem swojego czasu.
A jeszcze bardziej lubiłem wieczorne albo popołudniowe sesje Tai – chi. Był w nich jednocześnie wspaniały spokój i siła. Byłem fragmentem czegoś wielkiego i jednocześnie sam decydowałem o tej wielkości. Tym razem, dla odmiany, czas nie istniał wcale. Po prostu nie był nikomu do niczego potrzebny.
Oczywiście, przez te telefony i rozmyślania spóźniłem się do pracy. Nienawidzę spóźniać się.
Jak na złość, szefowa postanowiła tego dnia wstać wcześniej i przyszła do firmy pierwsza. Chyba miała zły dzień. Na pewno miała zły dzień! Biegała po pracowniach jak opętana i czepiała się po kolei każdego. Do nas też weszła. Zaraz na wstępie wydarła się na Jarka, który dzieli ze mną pracownię. Rzeczywiście miał taki bałagan wokoło siebie, że należało mu się. U mnie zawsze panował porządek, może nie przesadny, ale każda rzecz miała swoje miejsce. To chyba dlatego, że mój ojciec był całe życie zawodowym żołnierzem.
Jarek lubił pracować otoczony totalnym chaosem. Nawet miałem małą satysfakcję, obserwując jak wije się na swoim pobojowisku pod wściekłym spojrzeniem naszej chlebodawczyni i blednie chłostany gniewnymi okrzykami.
Okazało się, że akurat tego dnia przyczyną złego humoru szefowej była wizyta młodzieży szkolnej. Mamy pokazać im jak wygląda i funkcjonuje pracownia konserwacji zabytków. A tu co?! Śmietnik nie pracownia!
Dzieci przyszły około południa. Kręciły się, dotykały wszystkiego i zadawały głupie pytania, których można było się spodziewać i wszystkie pozostałe też. Nie wiem jak byśmy przeżyli tą wizytę gdyby nie ich pani. Panowała nad swoją grupką bardzo oszczędnymi środkami, lekko tylko podnosząc głos w razie potrzeby. Robiła to przy tym w taki sposób, że aż mi ciarki po plecach przechodziły i mimowolnie przerywałem objaśnianie, pozwalając jej być w takiej chwili najważniejszą w całej pracowni.
Miała w sobie coś z księżniczki i strażniczki więziennej jednocześnie. Delikatne, prawie dziecięce rysy, ukryła pod zdecydowanym makijażem. Trochę zbyt zdecydowanym, jak na mój gust. Włosami mogłaby obdzielić spokojnie kilka osób i jeszcze wyglądałyby imponująco. Mówiąc wprost – najzwyczajniej w świecie Joanna – tak miała na imię, oczarowała mnie. Wykorzystałem moment kiedy szefowa, aby popisać się erudycją, osobiście zaprowadziła dzieci do ogródka, gdzie stało kilkanaście rzeźb, w większości wykonanych przez nas samych podróbek, i umówiłem się z Joanną na pierwszą randkę. Miała wolny wieczór dopiero za dwa dni.
Po pracy, zgodnie z telefoniczną umową, pojechałem do biura adwokackiego, w którym było jakieś pismo dla mnie.
Biuro adwokackie to duże słowo na określenie tej nory. Ponury pokoik, w którym stało jedno stare biurko i jeden podniszczony regał z segregatorami. Facet, który mnie przyjął, był tak nieokreślony i nijaki, że po wyjściu stamtąd od razu zapomniałem jak wyglądał. Po upewnieniu się, że ja to ja, wręczył mi zalakowaną, szarą kopertę, na której dziwnym pismem było wykaligrafowane moje imię i nazwisko. Krzysztof Szmitkowski.
W odpowiedzi na pytanie co to jest, facet na początek wydał jakiś nieokreślony dźwięk a potem wzruszył ramionami.
- Nie wiem – powiedział. – Ta koperta została u nas zdeponowana dziesięć lat temu. Mężczyzna, który ją przyniósł powiedział, że mam ją panu wręczyć, po otrzymaniu telefonu z hasłem. Wczoraj zadzwonił i podał hasło. To wszystko. Nie wiem co jest w tej kopercie, nie wiem kim był ten człowiek. Zapłacił z góry – objaśnił mnie zmęczonym głosem. – Jeśli pan pozwoli, pożegnam się. Jest już późno, a ja mam jeszcze umówione spotkanie na mieście.
Mój ojciec urodził się w Cieszynie jako Schmidt, ale kiedy weszli Rosjanie babcia, która była wtedy w domu sama z dziećmi, wolała im podać mniej germańsko brzmiące nazwisko i tak zostało. Dziadek, jako żołnierz Wehrmachtu, bronił w tym czasie rozsypującej się III Rzeszy. Nie wrócił z wojny i nie dał już nigdy znaku życia.
Ojciec wyjechał na studia do Warszawy, zamieszkał tu, ożenił się i miał syna, który teraz trzymał szarą kopertę w ręku i zastanawiał się co jest w środku.
Po powrocie do domu otworzyłem kopertę i wyjąłem zawartość. W środku był dziwaczny, niewielki klucz i kartka papieru z kilkoma zdaniami skreślonymi po niemiecku. Nie jestem zbyt mocny w języku Goethego, ale z pomocą słownika udało mi się odczytać list, napisany starannym, odręcznym pismem.
Czasami człowiek znajdzie się w takiej sytuacji, że sam nie wie, co myśleć o tym co widzi. Tak się właśnie czułem. Jakbym patrzył na UFO.
Ktoś, kto podpisał się tylko inicjałami H. S. informował mnie, że w filii Deutche Bank w Monachium jest wykupiona skrytka. Mam tam pojechać, podać swoje nazwisko oraz hasło i odebrać jej zawartość oraz list, który wyjaśni mi wszystko. Hasła nigdzie nie podał. Tylko mały kluczyk bez jakiejkolwiek literki. Nic nie rozumiałem.
Nieodparcie nasuwała się myśl, że to jakiś żart. „Biuro adwokackie”! Ktokolwiek był autorem tego bzdurnego dowcipu chyba nigdy nie był w prawdziwym biurze adwokata. Drogie garnitury, skóra i dąb są obowiązującym stylem w tych miejscach, a nie przyciasne marynareczki i rozlatujące się meblościanki. Byłem pewien, że gdybym pojechał tam jeszcze raz zastałbym tylko zamknięte drzwi i karteczkę z dowcipnym komentarzem na mój temat.
Zastanawiające było tylko to, że ktoś zadał sobie tyle trudu, wynajął biuro i posadził tam faceta o nieokreślonym wyglądzie, żeby się trochę ze mnie pośmiać. No, ale przecież sam w zeszłym roku podłożyłem młodszemu koledze z ekipy konserwatorskiej, „przypadkiem” znaleziony, starannie spreparowany kawałek papieru, który udawał fragment nieznanego staroromańskiego eposu. „Odkrywca” był w siódmym niebie. Już się widział w glorii profesury i przygotowywał publikację w fachowym czasopiśmie, kiedy przyznałem się do tego niewinnego żartu. Podejrzewałem, że ten niemiecki list może być, równie starannie przygotowaną, zemstą.
Postanowiłem nie dać się sprowokować i czekać na dalszy rozwój wypadków. Dla wyciszenia umysłu wykonałem kilka razy jedną z krótkich spokojnych form Tai-chi chuan i skierowałem swe myśli zupełnie w inną stronę. Za dwa dni miałem randkę z piękną, ekscytującą dziewczyną. Joanna.
2.
Po dwóch dniach, które dla mnie wlekły się straszliwie, pojechałem na spotkanie z Joanną. Nienawidzę się spóźniać, więc wyruszyłem z domu dużo wcześniej. Wieczorna sesja Tai – chi miała mi przepaść, ale spodziewałem się, że i tak spędzę wieczór w sposób równie zajmujący i rozwijający. Na pierwszą randkę wybraliśmy, na jej życzenie, ogródek cichej kawiarenki na tyłach Puławskiej. Odpowiadało mi to. Lubiłem takie spokojne miejsca, gdzie nikt, przechodzący ulicą nie zagląda ci w talerz przez okno, a rozmowę co chwila przerywa przepychanie się kogoś do stolika położonego gdzieś dalej. Wyglądało na to, że Joanna też.
* * * *
Po kilku dniach spokoju dostałem pocztą list polecony. W środku była niewielka kartka, na której widniały trzy słowa: Hasło – Hans Schmidt. Kiedy obejrzałem kopertę przestałem rozumieć cokolwiek. Stempel pocztowy był argentyński. Z Buenos Aires.
To jednak nie był dowcip. Mój dziadek nazywał się Hans Schmidt, ale o tym raczej nie wiedział nikt z mojej pracy. Poza tym dziadek zginął w oblężonym Berlinie, więc nie mógł pisać do mnie z zaświatów. Chyba, że jednak nie zginął.
Wziąłem urlop, wyskrobałem z konta oszczędności, pożyczyłem trochę od Joanny i pojechałem do Monachium. Jakoś zdołałem porozumieć się z obsługą i mogłem zajrzeć do kasety. Kluczyk, który dostałem razem z pierwszym listem był identyczny z tym, który miał pracownik obsługi banku.
Obróciliśmy je w zamkach skrytki, nie patrząc sobie w oczy.
Ten widok będę pamiętał do końca życia. Równo poukładane w paczkach banknoty studolarowe. Przeliczyłem drżącymi rękami. Dwieście tysięcy „zielonych”. Z wrażenia usiadłem.
List też był. „Drogi Krzysztofie. Nazywam się Hans Schmidt i jestem twoim dziadkiem. Jeśli czytasz te słowa, to znaczy, że nie żyję a moja ostatnia wola została wypełniona. Niestety po wojnie musiałem opuścić Europę i zamieszkać w Argentynie. Nie kontaktowałem się z wami, ponieważ ułożyłem sobie tu życie od nowa i nie chciałem niepotrzebnie budzić duchów przeszłości, a przez wiele lat nie wiedziałem nawet czy ktoś przeżył wojnę. Odnalazłem was, ale postanowiłem,że lepiej będzie gdy pozostanę w cieniu. Teraz mam osiemdziesiąt siedem lat i stoję już nad grobem. Kobieta, z którą ożeniłem się tutaj, nie żyje od roku. Poza wami nie mam żadnej rodziny. Mój syn, (jeśli jeszcze żyje) jest już stary i niczego nie potrzebuje. Jesteś, poza nim, jedynym znanym mi krewnym. Dlatego przekazuję te pieniądze tobie. Nie jest ich zbyt wiele, ale to wszystko, co udało mi się odłożyć. Wydaj je tak, jak uznasz za stosowne.”
Po powrocie do domu zdeponowałem dolary w banku. Nie byłem pewien, co na to urząd skarbowy, ale postanowiłem nie myśleć o tym na razie.
W ciągu następnego tygodnia poczyniłem kilka kroków, które planowałem od dawna, tylko brak gotówki uniemożliwiał ich realizację.
Po pierwsze, poszedłem do szefowej i powiedziłem jej, myślę o niej i tym jej burdeliku. Spokojnie i rzeczowo wyrzuciłem z siebie wszystko, co siedziało tam od dawna i złożyłem wymówienie od zaraz. Wyszedłem od niej w stanie podobnym do tego po orgazmie. Zmęczony, ale szczęśliwy i wyluzowany. Szefowa pozostała w gabinecie w pozie żony Lota. Tyle, że czerwona jak flaga Związku Radzieckiego.
Po drugie, na zapadłej mazowieckiej wsi, którą odkryłem kiedyś przypadkiem, kupiłem zrujnowany, przedwojenny pałac. Kiedyś była tam szkoła, a obecnie budynek niszczał, wykorzystywany przez miejscową młodzież, jako miejsce randek i libacji. Otoczony był zapuszczonymi stawami i pięknym, ale kompletnie zaniedbanym parkiem. Urzędnik gminny, w trakcie podpisywania aktu sprzedaży, patrzył na mnie jak na wariata. Dla niego była to ruina stojąca w zaroślach na odludziu, niewarta kilku złotych, a co dopiero mówić o stu tysiącach, które dałem za resztki budynku i cztery hektary zielska naokoło.
Jak jednak uważałem, że zrobiłem dobry interes. Ściany zewnętrzne pałacu, pomimo tego, że pomazane, odrapane i obłażące miejscami z tynku, były jednak całe. Drewniane stropy w środku pozapadały się i wymagały odbudowy, ale za to blaszany dach miał tylko kilka dziur i po niewielkich naprawach, mógł służyć jeszcze co najmniej kilka lat. Poza tym ja widziałem to, czego nie dostrzegały małomiasteczkowe, urzędnicze oczy, to znaczy park wymyślony i posadzony ręką ogrodnika – artysty. Teraz straszliwie zarośnięty, ale po oczyszczeniu z zielska i krzaków powinien okazać całe swoje piękno. Do tego trzy niewielkie stawy, które po zagospodarowaniu można będzie w przyszłości połączyć drewniamymi mostkami dla spacerowiczów, a na niewielkiej wysepce pośrodku, urządzić kawiarnię.
Postanowiłem otworzyć tu całoroczny, luksusowy ośrodek wypoczynkowy. Okoliczne lasy doskonale nadawały się do jazdy konnej w lecie i biegania na nartach w zimie.
Po trzecie sprzedałem starego, zrupieciałego Golfa i kupiłem samochód, o którym marzyłem od dawna. Lincoln Mark VIII . Po kraju jeździ tylko kilka egzemplarzy tego modelu, ale co jakiś czas pojawiają się w ogłoszeniach o sprzedaży.
W ten sposób jedna czwarta spadku, który zostawił mi Hans Schmidt, została wydana. Pozostałe pieniądze postanowiłem przeznaczyć na remont, wyposażenie pałacu i jakąś promocję swojego pensjonatu.
Z ekipą remontową nie było kłopotu. Od dawna, przy konserwacji większych obiektów, współpracowałem z niewielką firmą, która zatrudniała tylko kilka osób, ale za to bardzo solidnych i znających swoje rzemiosło. Pojechałem z szefem ekipy na miejsce. Był tak samo zafascynowany jak ja. Potrafił, tak jak ja, zobaczyć piękno tej posiadłości, po doprowadzeniu jej do stanu pierwotnego. Umówiliśmy się na rozpoczęcie robót w niedługim czasie.
Oczywiście, nie przyznałem mu się, że dysponuję teraz niezłą gotówką. Dzięki temu, po starej znajomości, przy ustalaniu kosztorysu nie zdarł ze mnie skóry.
Joanna była zachwycona, kiedy oświadczyłem, że zamierzam wynająć na lato przyczepę campingową i zamieszkać w niej, aby nadzorować postęp robót przy renowacji pałacu. Oświadczyła, że jedzie ze mną.
Kiedy pokonałem wszystkie biurokratyczne bariery i załatwiłem całe sterty stosownych dokumentów, remont ruszył.
Lato było gorące i suche, więc w przyczepie mieszkało się przyjemnie, a prace posuwały się szybko naprzód. Ekipa była czteroosobowa, nie licząc szefa – młodego człowieka o śmiesznie brzmiącym nazwisku – Baniak, bardzo przejętego swoją funkcją. Pracowali tak jak lubiłem – wolno i dokładnie.
Rzecz jasna umówiłem się, że płacę za wykonaną robotę, a nie za dniówkę.
Warunki sanitarne nie były nadzwyczajne. Najbliżej mieliśmy do betonowego kibelka, z rozsypującymi się drzwiami, który wybudowano kiedyś dla dzieci szkolnych. Medytacji raczej nie dało się tam prowadzić. Wszechobecne muchy i zapach skutecznie zniechęcały do korzystania z tego przybytku, ale bieganie na wieś do gospodarzy było jeszcze bardziej kłopotliwe. Na szczęście prace hydrauliczne już się rozpoczęły i lada dzień pierwsze prowizoryczne toalety w pałacu miały być oddane do użytku.
Wzięliśmy się z Joanną za oczyszczanie parku z krzewów, które rozpleniły się niemalże wszędzie. Od czasu wojny nikt nie dbał o ich usuwanie.
Przyjemnie było pracować na świeżym powietrzu, chociaż ani Joanna ani ja nie byliśmy przyzwyczajeni do takiego wysiłku. Często odpoczywaliśmy, prowadząc długie dyskusje na tematy związane z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością pałacu. Słońce przygrzewało pomiędzy drzewami, ptaki śpiewały. Istna sielanka.
Trochę niepokoiliśmy się wzrastającym zainteresowaniem ze strony miejscowych, licznie odwiedzających nas, młodzieńców. Z początku potrafili całe popołudnia przewisieć na ogrodzeniu, obserwując i komentując głośno każdy nasz ruch. Potem trochę odpuścili, ale wieczorami zbierali się z całymi rodzinami.
Chyba, w jakiś sposób zastępowaliśmy im kino i klub rolnika. Kiedy się ściemniło odnosiło się wrażenie, że otacza nas stado wilków. Ogniki papierosów żarzyły się jak czerwone oczy i co chwila słychać było chrapliwe okrzyki, rozochoconych alkoholem wieśniaków. Nie przejmowałem się tym za bardzo. Ludzie byli tu raczej spokojni i nastawieni przyjacielsko. Jednak, na wszelki wypadek, kierownik ekipy remontowej postanowił wprowadzić nocne dyżury, żeby czasem coś nie zginęło. Po prostu, jeden z robotników spał na dworze, obok mojego Lincolna, pod prowizorycznym daszkiem, skonstruowanym z blachodachówki, która leżała w arkuszach na podwórzu, przygotowana do wciągnięcia na dach.
Drugiej nocy od wprowadzenia dyżurów, obudził mnie jakiś hałas. Jakby długi ostrzegawczy gwizd przejeżdżającego blisko pociągu. Tyle, że najbliższa linia kolejowa znajdowała się w odległości wielu kilometrów stąd. Joanna, zmęczona całodzienną pracą, spała jak dziecko, oddychając głośno.
Wyjrzałem na dwór. Zaczynało świtać. Panował jeszcze lekki półmrok. Poza tym, że strasznie śmierdziało, jakby spaloną wełną, nic podejrzanego nie dostrzegłem. Nie zobaczyłem też robotnika, który powinien spać pod daszkiem. Nie było go. Pomyślałem, że może poszedł pić z miejscowymi i leży gdzieś w rowie. Trochę się zdenerwowałem. Muszę go rano opieprzyć – pomyślałem. Wstrząsnąłem się od porannego chłodu i wszedłem do przyczepy, pospać jeszcze trochę. Miałem nadzieję, że nic nie zginęło.
Myliłem się. Zginęło kilka narzędzi pozostawionych na zewnątrz. Przez cały dzień nie odnalazł się też robotnik. Według Baniaka i pozostałych członków ekipy remontowej facet raczej nie nadużywał alkoholu i na pewno nie ukradł tych narzędzi.
Musiało się coś stać. Tylko nie wiadomo co. Żadnych śladów walki nie zauważyliśmy. Jakby wyparował. Dla pewności próbowałem przepytać stojących wyjątkowo przed sklepem, a nie za naszym ogrodzeniem chłopaków. Nic nie wiedzieli albo nie chcieli mówić. Moje pytanie, co to tak śmierdziało w nocy, też zbyli wzruszeniami ramion i głupkowatymi komentarzami.
Po południu pojechałem zawiadomić policję, której posterunek znajdował się w sąsiednim miasteczku. Wyjątkowo miły policjant przyjął zgłoszenie o zaginięciu, ale od razu uprzedził żebym nie spodziewał się cudu. Zaczną szukać, jeśli nie znajdzie się w ciągu siedmiu dni. Poza tym mają tyle pracy, że nie mogą zajmować się każdym pijakiem, który „poszedł w tango”.
Joanna podzielała jego zdanie. Według niej przyczyna nieobecności robotnika mogła być całkiem prozaiczna. Skorzystał z okazji i zrobił sobie urlop na nasz koszt. Opinia jego kolegów, że nie pił alkoholu, mogła oznaczać tylko, że po prostu nie zalewał się do nieprzytomności przy każdej okazji.
W nocy nie mogłem spać. Miejsce pod daszkiem zajął szef ekipy – Baniak, ale też chyba nie spał za dobrze, bo słyszałem, jak co jakiś czas skrada się się naokoło budynku i do betonowego kibla.
Rano przyjechał policjant, żeby spisać protokół. Natknął się najpierw na śpiącego szefa budowlańców. Usłyszałem ich rozmowę przez cienką ściankę przyczepy:
- Nazwisko – indagował policjant.
- Baniak – odpowiedział zaspany głos.
- Może najpierw ustalimy personalia, a potem pan powie, co zginęło. Imię.
- Jerzy – zamruczało w odpowiedzi.
- Nazwisko – kontynuował policjant.
- Baniak.
- Strasznie pan uparty – głos stróża prawa wpadł w niebezpieczną nutę.
Wyskoczyłem z przyczepy żeby wyjaśnić nieporozumienie. Po spisaniu wszystkich zeznań policjant wyniósł się, a my po lekkim śniadaniu, wzięliśmy się do pracy. Baniak zadzwonił do Warszawy, żeby przysłali następnego robotnika.
Dzień zapowiadał się upalnie.
Wieczorem okazało się, że nikt nie chce spać na dworze, pomimo tego, że aktywność miejscowych, po wizycie policjanta jakby zmniejszyła się. Robotnicy bali się. Deklaracja Joanny, że ona będzie spała na powietrzu została przyjęta z wyraźną ulgą.
- Jest taki upał, że w przyczepie i tak nie można wytrzymać – powiedziała i zaczęła mościć sobie posłanie pod blaszanym daszkiem. Nie byłem zachwycony, ale nic nie mówiłem. Joanna należała do osób, które cenią sobie niezależność.
Dla pewności drzwi od przyczepy, w której ja spałem, miały zostać otwarte, tak żebym usłyszał każdy podejrzany hałas.
W nocy obudziłem się. Ktoś kręcił się po przyczepie. Zapaliłem latarkę i skierowałem strumień światła w kierunku intruza.
- Zgaś to cholerstwo – zamruczała Joanna. – Gdzie się podział papier toaletowy?
- Jak tam? Spokój? – zapytałem.
- Spokój. Śpij.
Usłyszałem jej kroki oddalające się w kierunku betonowej świątyni dumania. Już zasypiałem, kiedy usłyszałem coś jeszcze. Taki odgłos wydają gwałtownie naciśnięte hamulce Tira. Trwał kilka sekund i ucichł.
Wyskoczyłem na dwór. Lekki wietrzyk poruszał drzewami. Joanna jeszcze siedziała w „sławojce”. Absolutny spokój, poza tym, że znowu poczułem ten smród palonej wełny. Pomyślałem, że ta wieś nie jest taka spokojna, jak to się z początku wydawało. Nocami jeżdżą jakimiś hałasującymi pojazdami. No i ten fetor. Pewnie z oszczędności palą w piecach jakimś świństwem. Trzeba będzie coś wymyślić, bo ten smród może mi odstraszyć turystów.
Joanna coś długo nie wracała. Czyżby zasnęła tam? – pomyślałem. Podszedłem do drewnianych drzwi z wyciętym serduszkiem i delikatnie zapukałem.
- Nie utopiłaś się? – zapytałem. Odpowiedzi nie było. Powoli otworzyłem drzwi. Joanny nie było. Nic nie wspominała, że ma zamiar gdzieś pójść w środku nocy. Coś się stało.
Obudziłem Baniaka i resztę ekipy. Rozbiegliśmy się się we wszystkie strony, ale bez rezultatu. Psy na wsi zaczęły wyć i zrobił się okropny harmider. Zaspany sołtys przyleciał zobaczyć jaka jest przyczyna tego hałasu.
- Co tu się dzieje? – Naskoczyłem na niego zdenerwowany.
- Że niby co? – zdziwił się.
- TIR-y hałasują po nocach, narzędzia i ludzie mi giną i do tego ten smród. Palicie stare opony czy co.
- Jak komuś nie pasują wiejskie zapachy, to niech siedzi w mieście i wącha spaliny z samochodów – odburknął i poszedł sobie, nie dając odpowiedzi w pozostałych kwestiach.
Joanny dalej nie było. Doszedłem do wniosku, że przecież nie poszła zwiedzać okolicy w piżamie i boso. Porwał ją ktoś, czy co?
Nie czekając aż się rozwidni pojechałem na policję. Tym razem potraktowano mnie poważnie. Podałem rysopis Joanny i sierżant pełniący służbę, zawiadomił wszystkie okoliczne posterunki i komendy policji.
Około południa przyjechała ekipa z rejonowej komendy policji. Przywieźli sprzęt do nurkowania i przeczesali stawy i rzeczkę płynącą w pobliżu. Bez skutku. Joanna nie odnalazła się. Opowiedziałem o nocnych hałasach i zasugerowałem, że może uprowadzono ją, ale ekipa nie odnalazła na wsi żadnych śladów samochodu ciężarowego. Po prostu zapadła się pod ziemię.
W tej sytuacji pozostało tylko czekanie. Jeśli została porwana, ktoś zgłosi się z żądaniem okupu. Nic innego nie przychodziło mi do głowy.
Po południu ekipa remontowa ustami swego szefa oświadczyła, że ma dosyć i porzuciła pracę. Robotnicy zapakowali swoje graty na busa i odjechali. Zostałem sam. Jeśli nie liczyć wyjątkowo licznego stada „hien” za ogrodzeniem. Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy za tym wszystkim nie kryją się ci „dobroduszni” wieśniacy.
Znany jest przypadek wsi, która gremialnie założyła spółdzielnię rolniczą, w celu produkowania, w opuszczonej cegielni, hurtowych ilości samogonu. Może miejscowi kombinują podobnie. A efekty swojej pracy wywożą w nocy TIR-ami. Produkcja alkoholu wymaga paliwa. To by wyjaśniało też ten smród palonych kotów. Ale co ma do tego Joanna, albo ten robotnik, który zniknął przed nią? Może coś widzieli i stali się niewygodni?
Wieczorem nie mogłem zasnąć. Ciągle zdawało mi się, że ktoś się kręci w pobliżu. Przewracałem się na łóżku prawie do świtu. Wreszci wychyliłem się na dwór. Cisza i spokój. Żadnych hałasów i świeże powietrze. Wyciągnąłem z lodówki wódkę i wlałem w siebie, dla odwagi, pół szklanki.
Po następnej porcji „wody ognistej” postanowiłem zbadać, co się dzieje we wsi w nocy. Zabrałem latarkę i wyszedłem na zewnątrz. Drzwi od kibelka poruszyły się i zaskrzypiały cicho. Skierowałem tam światło. Nic.
Powoli podszedłem i zajrzałem do środka. W środku nikogo nie było. Rolka papieru toaletowego, zabrana przez Joannę z przyczepy kempingowej, stała sobie spokojnie na drewnianej półeczce. Wziąłem ją do ręki i obróciłem kilka razy. Żadnych podejrzanych śladów. Otworzyłem drzwi, żeby wyjść. Nie mogłem. Coś trzymało mi stopy. Zaświeciłem latarką w dół i o mało nie oszalałem ze strachu.
Miałem jakieś potworne halucynacje. Moje nogi do kolan nie istniały. Spodnie zaczynały się palić. Poczułem bolesne pieczenie. Rozległ się potworny gwizd. Latarka wypadła mi z rąk. Moje ubranie paliło się już prawie całe. Śmierdziało i piekło niemiłosiernie. Niestety nic nie mogłem zrobić, bo moje ręce też przestały istnieć. Tam gdzie do tej pory miałem palce, nadgarstki i łokcie nie było nic. Dziwny ryk nasilił się. „Mamy go” – powiedział jakiś głos. Tego było za dużo, jak na moje nerwy. Zemdlałem.
Po ocknięciu się, stwierdziłem, że leżę nago na jakiejś konstrukcji. Nic mnie nie bolało, ale nie mogłem ruszyć rękami ani nogami. Spojrzałem na nie i odechnąłem z ulgą. Wszystko było na swoim miejscu. Dla pewności poruszyłem palcami. Działały. Po prostu byłem przymocowany do tego niby łóżka. Jak w szpitalu dla umysłowo chorych. Byłem sam w pokoju.
Spojrzałem na ściany. Absolutnie białe i gładkie. Fragment jednej z nich rozsunął się i wszedł facet w zielonkawym kitlu. Więc jednak byłem w szpitalu. Pewnie ktoś mnie znalazł, leżącego w kiblu i zostałem przewieziony tutaj. Lekarz nic nie powiedział, tylko wypiął mnie z dosyć skomplikowanej konstrukcji, bez słowa wskazał na białe ubranie leżące obok i wyszedł.
Z pewnym zdziwieniem stwierdziłem, że nie mam nawet śladu oparzeń. Poza tym, że czułem się dziwnie ciężki, nie odczuwałem żadnych dolegliwości. No może jakoś śmiesznie moje ciało reagowało na polecenia z mózgu. Chcąc podnieść rękę musiałem pomyśleć o tym, że teraz ją podniosę i dopiero po chwili następował ruch. Musieli mnie naszpikować jakimś środkiem, który opóźniał reakcje. Jeszcze raz rozejrzałem się.
Idealnie sterylne pomieszczenie. To mi raczej nie wyglądało na szpital powiatowy.
Znowu wszedł lekarz. Odsunął ścianę i wypchnął z pokoju moje łóżko. Zamiast niego wciągnął duży, podobny do dentystycznego, fotel. Gestem zaprosił mnie do zajęcia miejsca. Niemowa czy co? – pomyślałem. Ostrożnie usiadłem i zamknąłem oczy. Nigdy nie lubiłem wizyt u stomatologa.
- Witaj – odezwał się ktoś. Otworzyłem oczy. Naprzeciwko mnie wisiał ekran ciekłokrystaliczny. To z niego płynął głos, należący do faceta w zielonym kitlu. On sam siedział koło mnie i jednocześnie był widoczny na ekranie. Więc jednak nie niemowa.
- Witaj w ośrodku rehabilitacji potransferowej. Mam nadzieję, że doszedłeś do siebie. Niewielkie opóźnienie reakcji, które odczuwasz, wynika z tego, że mózg potrzebuje trochę czasu, żeby pozbierać się po transferze. Poza tym, zaaplikowaliśmy ci środek ograniczający nieco szybkość reakcji układu wegetatywnego.
- Jakim transferze? – przerwałem mu. Nie przypominałem sobie, żebym był na ty z jakimś lekarzem.
Gość podał mi szklankę z jakimś płynem i poprosił żebym się napił. Zrobiłem to i poczułem się jeszcze cięższy niż przed chwilą i jakiś dziwnie spokojny.
- Transferze temporalnym, czyli przeniesieniu w czasie – powiedział, a ja pociągnąłem potężny łyk ze szklanki. Czułem, że za chwilę znowu stracę przytomność.
- Zostałeś przeniesiony do roku 2557, według twojego sposobu liczenia czasu – znów zaczął lekarz w zielonym kitlu.
- Po co? – zapytałem słabym głosem. Nie byłem pewien czy to się dzieje naprawdę, czy tylko zaczynam po prostu wariować.
- Jesteś tutaj potrzebny. Pozwól, że pokrótce opowiem ci jak doszło do decyzji o przetransferowaniu cię tutaj. Resztę zobaczysz na własne oczy. Otóż, wraz ze wzrostem zamożności i świadomości społecznej, a także rozwoju techniki, której eksplozja rozpoczęła się w twoich czasach, liczba ludności na całym świecie zaczęła spadać. Zdaje się, że ta tendencja była widoczna już w XXI wieku. Rozwój nauki i techniki w procesie produkcji dóbr materialnych, pozwolił na całkowite zastąpienie ludzi przez komputery i maszyny. Tanie, niewyczerpane i nareszcie wykorzystane właściwie źródło energii, jakim jest słońce pozwoliło rozwinąć tanią masową produkcję, praktycznie w każdej dziedzinie. Kolosalny przyrost produkcji i gwałtowny spadek liczby ludności doprowadził do sytuacji, w której pieniądze straciły sens istnienia. Każdy mógł mieć dowolną rzecz, ponieważ jej wyprodukowanie nie kosztowało prawie nic.
Musiałem pociągnąć kolejny większy łyk ze szklanki.
- To dawało niesłychane poczucie wolności – kontynuował. – Ponieważ liczba ludzi zmniejszała się, przestało być uciążliwe przeludnienie i jego wszystkie negatywne skutki. Można było przemieszczać się w dowolne miejsce na całej planecie i wszędzie było dosyć wolnej przestrzeni. Ludzie zaczęli korzystać z tej wolności. Konsumpcyjny styl życia osiągnął szczyty. Rodzina stała się niepotrzebnym obciążeniem. Ludzi zaczęło ubywać w postępie geometrycznym. Koło się zamknęło.
Do tego wszystkiego, w kosmosie znaleziono kilka planet nadających się do zasiedlenia. Było sporo chętnych na podjęcie tej próby. Obecnie doszło do takiej sytuacji, że mamy problemy z utrzymaniem ciągłości działania produkcji. Nie ma ludzi, którzy pomimo kolosalnego rozwoju techniki, pozostali niezastąpieni w najważniejszych punktach. Jeśli nie podejmiemy jakichś kroków grozi nam zapaść całego systemu funkcjonowania planety. Ponieważ ostatnio grupa naukowców odkryła możliwość przemieszczania w czasie obiektów białkowych, czyli żywych organizmów, postanowiliśmy ściągnąć tu trochę, starannie wyselekcjonowanych osób z przeszłości – zielony umilkł.
-To znaczy, że ta historia z dziadkiem i cała reszta to wy? – zapytałem.
Pokiwał głową. Moja szklanka była pusta. Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć.
Po chwili przestałem się jednak zastanawiać i uwierzyłem we wszystko, ponieważ ściana naprzeciwko mnie rozsunęła się i uśmiechając się weszła Joanna.