DOSKONAŁE ZDROWIE W 15 DNI.

Postanowiłem nieco rozszerzyć obszar, w którym będę się poruszał jako blogger. Ponieważ jestem zwykle zaganiany lub zajęty w sposób uniemożliwiający mi regularne prowadzenie tego przybytku, zdecydowałem, że będzie dobrze podeprzeć się czymś co już jest. Jakimś gotowcem. Takim czymś będzie dla mnie NaturalNews.Com. Jest to strona prowadzona przez Mike’a Adamsa, Amerykanina zamieszkałego w Ekwadorze. Jest on orędownikiem i aktywnym propagatorem zdrowego stylu życia oraz niezwykle płodnym autorem artykułów dotyczących wszystkich aspektów tegoż. Otrzymałem od niego oficjalne zezwolenie na tłumaczenie i publikowanie zawartości jego strony internetowej, pod jednym warunkiem – muszę umieścić u siebie link do oryginału, aby każdy kto zechce mógł go odwiedzić. Rzecz jasna Mike nie byłby sobą, czyli obywatelem najbardziej demokratycznego państwa świata, gdyby nie próbował czegoś sprzedać i jakoś zarobić na swej rozleglej wiedzy. Kto tam zajrzy będzie miał zatem możliwość kupienia wielu zdrowych produktów żywnościowych i kosmetycznych. Jeśli ktoś odbiera to zbyt ofensywnie, to niech poprzestanie na przeczytaniu mojego tłumaczenia i da sobie spokój z odwiedzaniem źródeł. Nie mogę oczywiście przenosić tu zawartości całej jego strony, bo musiałbym zrezygnować z wszystkich innych zajęć i tyrać po szesnaście godzin na dobę, więc musicie polegać na mojej intuicji i wyborze lub (trochę znajomości języka angielskiego byłoby wskazane) udać się wprost do źródełka i chłeptać z niego całymi godzinami – tyle tego tam jest. Dla porządku dodaje tylko, ze nasz stosunek jest jak najbardziej platoniczny i nie osiągam żadnych materialnych korzyści z publikowania artykułów NaturalNews. Pozostańmy wiec w nadziei, że ten stosunek nie będzie zbyt często przerywany i zaczynajmy. Wszystkie uwagi techniczne dotyczące jakości dokonywanego przeze mnie tłumaczenia przyjmę z wdzięcznością i pokorą. A zatem:

How to Heal Yourself in 15 Days

Czy rzeczywiście można osiągnąć dobry stan zdrowia w ciągu piętnastu dni? Bez używania zapisanych przez lekarza specyfików, szczepionek, chemioterapii czy operacji? Absolutnie!

Twoje ciało dąży do przywrócenia sobie zdrowia automatycznie, każdego dnia. Jedyną rzeczą, która naprawdę musi się zdarzyć, aby ten proces rozpocząć, jest usuniecie przez ciebie barier uzdrawiania – barier, które zatrzymują cie właśnie teraz.
To nie jest odgrzewanie starych kotletów i podawanie zasad zdrowego życia które już znasz – właściwe odżywianie, więcej ćwiczeń, nawadnianie organizmu, itd. – to jest kompletnie nowy sposób spojrzenia na problem: jak wyzwolić potencjał zdrowotny, który już sam posiadasz.

Zatem do rzeczy:

Dzień 1 – Przemyślmy znaczenie słowa „zdrowie”.

Dla wielu ludzi pierwszą przeszkodą do osiągnięcia zdrowia jest znalezienie własnej definicji „zdrowia”. Wielu z nas wierzy, że zdrowie to utrzymywanie wyników badania krwi we właściwych granicach: poziom cholesterolu powinien być pomiędzy X i Y, na przykład, a ciśnienie krwi niższe niż Z. Tradycyjna medycyna też definiuje zdrowie w ten sposób, tylko jeszcze bardziej rozciąga tą niewłaściwą koncepcję.

Zdrowia nie można określić przedziałem liczb. Dla pacjenta, który cały czas słabnie, to nie tylko fizyczne zmniejszanie się rozmiaru guza rakowego. Zdrowia nie da się zmierzyć tylko liczbą dni, które udało się komuś przeżyć pod aparaturą podtrzymującą życie.

Zdrowie jest dokładnie tym, co intuicyjnie wyczuwaliście, zanim zostaliście poddani wpływowi oddziaływania i fałszywych informacji reklam firm farmaceutycznych, tradycyjnej medycyny, przyjaciół i członków rodziny – zdrowie to JAKOŚĆ ŻYCIA.

A co to jest – jakość życia? To jest możliwość spania w nocy, spacerowania bez bólu, jedzenia z apetytem, dobra pamięć i osiąganie w życiu celów, które coś dla ciebie znaczą. Zdrowie to czas spędzony z rodziną, spacer w lesie, pozytywne widzenie świata i umiejętność radzenia sobie ze stresem w sposób opanowany. Zdrowie to właściwe traktowanie własnego ciała i radość z jego dobrego funkcjonowania. Zdrowie to energia do życia, codzienny optymizm, dobra wydolność seksualna i wiele innych.

To są ważne elementy zdrowia, ale jak na razie, żadne z nich nie są naprawdę zauważane przez zachodnią medycynę. Większość z nich nie jest nawet brana pod uwagę w podręcznikach medycznych. Nowoczesna medycyna nie sądzi, że powinna się w jakikolwiek sposób przejmować JAKOSCIĄ twojego życia. Jeśli masz problemy ze snem, to wszystko na co stać tradycyjną medycynę, to naszpikowanie twojego mózgu chemikaliami, które powodują utratę świadomości – oni to nazywają „spanie”. Ale to nie jest prawdziwy sen. To nie jest pełen jakości sen, który przywraca właściwą jakość życia.

I dlatego, jeśli chcesz osiągnąć właściwą jakość życia, musisz poszerzyć swe horyzonty myślenia poza cyferki, wypracowane w laboratoriach przez medycynę tradycyjną i odkryć jakie znaczenie słowo zdrowie ma właśnie dla ciebie. To nie znaczy, że testy laboratoryjne nie mogą być przydatne jako narzędzia diagnostyczne. To znaczy, że trzeba ostrożnie podchodzić do testów chemicznych, jako jedynego źródła wiedzy o zdrowym i szczęśliwym życiu.

I to na razie na tyle. A teraz pomyśl o sobie: jaka jest twoja definicja zdrowia? Co chciałbyś robić, czuć czy doświadczać codziennie, aby odpowiadało to twojej koncepcji zdrowia.

Kiedy będziesz miał jasny obraz tego, czym jest dla ciebie zdrowie, szybko dojdziesz do wniosku, ze żaden farmaceutyk nie jest wstanie tego dostarczyć. Prawdziwa odpowiedz na pytanie o zdrowe życie musi przyjść skądś indziej…

W drugiej części z tej serii zbadamy jak zwiększyć wewnętrzny potencjał zdrowienia, przez uwiadomienie sobie jak naprawdę odbywa się proces zdrowienia.

Dla tych, którzy nie chcą czekać, jeszcze raz podaję link do strony Mike’a z tym artykułem.

http://www.naturalnews.com/028053_self_healing_quality_of_life.html

Dodaj komentarz

Harmonista

Harmonista.

1.

Właściwie, na pierwszy rzut oka, nie byłem nikim szczególnym ani wyróżniającym się z otoczenia.

Wcale nie chciałem się wyróżniać, a nawet robiłem dużo żeby ukryć się pośród innych. Ubierałem się raczej spokojnie, bez zbędnej ekstrawagancji, jeździłem tanim, wysłużonym samochodem i nie przesadzałem z seksem.

Tak mi się przynajmniej wydaje.

No może nie byłem takim zwyczajnym urzędnikiem czy robotnikiem. Pracowałem w pracowni konserwacji dzieł sztuki to raz, a dwa? Moja inność brała się z moich trochę niecodziennych zainteresowań.

Praca już od dość dawna nie dostarczała mi pozytywnych przeżyć. Prawdę powiedziawszy nie dostarczała mi prawie wcale przeżyć. Była jak codzienna czynność fizjologiczna. Możesz ją nawet lubić, ale nigdy nie ekscytuje.

Problem w tym, że jeśli masz zamiar dalej żyć, musisz ją wykonać. Oczywiście mógłbym zrezygnować z jedzenia, ale bretharianizm jakoś mnie nie pociągał.

Pociągało mnie za to Tai-chi – chiński system powolnych i pozornie łatwych ćwiczeń oraz związana z nim filozofia. To było właśnie to, co odróżniało mnie od przeciętnego zjadacza ryżu, to jest chleba.

Na grupę ludzi zajmujących się tą niecodzienną gimnastyką natknąłem się przypadkiem, poszukując jakiegoś miejsca, gdzie można by się trochę poruszać, nie zanudzając przy tym na śmierć, jak na siłowni czy w klubie fitnes. Ćwiczenia sprawiały mi prawdziwą radość i z czasem nabrały charakteru codziennego „religijnego” rytuału.

Myślę, że to właśnie filozofia Tao pozwoliła mi przeżyć to, co się stało i nie zwariować, chociaż miałbym do tego pełne prawo. Zważywszy na okoliczności.

Wszystko zaczęło się dość niespodziewanie i powinienem od razu domyślić się, że coś jest nie tak. Zdaje się, że jednak nie jestem zbyt bystry.

Właśnie miałem zamiar pojechać do pracy swoją „bryczką” i zamykałem już drzwi mieszkania, kiedy zadzwonił telefon.

Nie lubię telefonów. Dzwonią przeważnie wtedy, kiedy człowiek ucina sobie poobiednią drzemkę, albo siedzi właśnie na sedesie i oddaje się ulubionemu zajęciu mężczyzn w tym miejscu, to znaczy przeglądaniu kobiecych magazynów.

Skąd u mnie czasopisma dla kobiet? Niestety, pomimo ogromnych różnic dzielących nasze postrzeganie rzeczywistości, kobieta i mężczyzna lubią być razem. Od czasu do czasu pomieszkiwała u mnie jakaś babka. Krótko. Przeważnie wytrzymywała dwa, góra trzy miesiące. Po pierwsze byłem cholernie odporny na wszelkie próby „edukowania” i „przystosowywania do życia rodzinnego”. Jeśli jeszcze dodam, że dzieci traktowałem jak jeden wielki kataklizm to chyba wszystko wyjaśni się do końca.

Brak pieniędzy, perspektyw zawodowych i przy tym mój absolutny spokój doprowadzały każdą z nich do prostej konkluzji – ten facet nie ma przyszłości.

Odchodziły.

Właściwie miały rację. Wtedy. Teraz bym się z tym zdecydowanie nie zgodził. Przyszłość sama przyszła do mnie czy tego chciałem, czy nie. I to jaka!

Wracając do kobiet. Jak bardzo by nie były czyste i zorganizowane, najczęściej pozostawiały po sobie straszny bałagan i sterty czasopism.

Przynajmniej miałem co czytać w toalecie.

No więc zadzwonił ten telefon i jakiś, raczej ponury głos, po dwukrotnym upewnieniu się, że rozmawia z właściwą osobą, to znaczy ze mną, oświadczył, że w biurze notarialno-adwokackim, w centrum miasta, mają dla mnie jakieś pismo. Nic więcej nie chciał powiedzieć. Podał adres, po bardzo krótkim namyśle zgodził się na spotkanie po godzinie osiemnastej i natychmiast się rozłączył.

Przez całą drogę do pracy myślałem, czego do cholery może ode mnie chcieć jakaś kancelaria.

Nienawidziłem tych wszystkich urzedników, spoglądających na człowieka z góry, jak na kogoś gorszej kategorii. Tylko dlatego, że przeważnie nie rozumie ich bełkotu. Zdecydowanie wolałem samotnie siedzieć na wysokim rusztowaniu i centymetr po centymetrze przywracać świetność dziełom, pamiętającym czasy, gdy nie było tych głupich komórek, komputerów, telewizji i innych tego typu bzdur.

Tam przynajmniej byłem panem siebie i wiedziałem dokładnie jak się zachować i co myśleć. Byłem też panem swojego czasu.

A jeszcze bardziej lubiłem wieczorne albo popołudniowe sesje Tai – chi. Był w nich jednocześnie wspaniały spokój i siła. Byłem fragmentem czegoś wielkiego i jednocześnie sam decydowałem o tej wielkości. Tym razem, dla odmiany, czas nie istniał wcale. Po prostu nie był nikomu do niczego potrzebny.

Oczywiście, przez te telefony i rozmyślania spóźniłem się do pracy. Nienawidzę spóźniać się.

Jak na złość, szefowa postanowiła tego dnia wstać wcześniej i przyszła do firmy pierwsza. Chyba miała zły dzień. Na pewno miała zły dzień! Biegała po pracowniach jak opętana i czepiała się po kolei każdego. Do nas też weszła. Zaraz na wstępie wydarła się na Jarka, który dzieli ze mną pracownię. Rzeczywiście miał taki bałagan wokoło siebie, że należało mu się. U mnie zawsze panował porządek, może nie przesadny, ale każda rzecz miała swoje miejsce. To chyba dlatego, że mój ojciec był całe życie zawodowym żołnierzem.

Jarek lubił pracować otoczony totalnym chaosem. Nawet miałem małą satysfakcję, obserwując jak wije się na swoim pobojowisku pod wściekłym spojrzeniem naszej chlebodawczyni i blednie chłostany gniewnymi okrzykami.

Okazało się, że akurat tego dnia przyczyną złego humoru szefowej była wizyta młodzieży szkolnej. Mamy pokazać im jak wygląda i funkcjonuje pracownia konserwacji zabytków. A tu co?! Śmietnik nie pracownia!

Dzieci przyszły około południa. Kręciły się, dotykały wszystkiego i zadawały głupie pytania, których można było się spodziewać i wszystkie pozostałe też. Nie wiem jak byśmy przeżyli tą wizytę gdyby nie ich pani. Panowała nad swoją grupką bardzo oszczędnymi środkami, lekko tylko podnosząc głos w razie potrzeby. Robiła to przy tym w taki sposób, że aż mi ciarki po plecach przechodziły i mimowolnie przerywałem objaśnianie, pozwalając jej być w takiej chwili najważniejszą w całej pracowni.

Miała w sobie coś z księżniczki i strażniczki więziennej jednocześnie. Delikatne, prawie dziecięce rysy, ukryła pod zdecydowanym makijażem. Trochę zbyt zdecydowanym, jak na mój gust. Włosami mogłaby obdzielić spokojnie kilka osób i jeszcze wyglądałyby imponująco. Mówiąc wprost – najzwyczajniej w świecie Joanna – tak miała na imię, oczarowała mnie. Wykorzystałem moment kiedy szefowa, aby popisać się erudycją, osobiście zaprowadziła dzieci do ogródka, gdzie stało kilkanaście rzeźb, w większości wykonanych przez nas samych podróbek, i umówiłem się z Joanną na pierwszą randkę. Miała wolny wieczór dopiero za dwa dni.

Po pracy, zgodnie z telefoniczną umową, pojechałem do biura adwokackiego, w którym było jakieś pismo dla mnie.

Biuro adwokackie to duże słowo na określenie tej nory. Ponury pokoik, w którym stało jedno stare biurko i jeden podniszczony regał z segregatorami. Facet, który mnie przyjął, był tak nieokreślony i nijaki, że po wyjściu stamtąd od razu zapomniałem jak wyglądał. Po upewnieniu się, że ja to ja, wręczył mi zalakowaną, szarą kopertę, na której dziwnym pismem było wykaligrafowane moje imię i nazwisko. Krzysztof Szmitkowski.

W odpowiedzi na pytanie co to jest, facet na początek wydał jakiś nieokreślony dźwięk a potem wzruszył ramionami.

- Nie wiem – powiedział. – Ta koperta została u nas zdeponowana dziesięć lat temu. Mężczyzna, który ją przyniósł powiedział, że mam ją panu wręczyć, po otrzymaniu telefonu z hasłem. Wczoraj zadzwonił i podał hasło. To wszystko. Nie wiem co jest w tej kopercie, nie wiem kim był ten człowiek. Zapłacił z góry – objaśnił mnie zmęczonym głosem. – Jeśli pan pozwoli, pożegnam się. Jest już późno, a ja mam jeszcze umówione spotkanie na mieście.

Mój ojciec urodził się w Cieszynie jako Schmidt, ale kiedy weszli Rosjanie babcia, która była wtedy w domu sama z dziećmi, wolała im podać mniej germańsko brzmiące nazwisko i tak zostało. Dziadek, jako żołnierz Wehrmachtu, bronił w tym czasie rozsypującej się III Rzeszy. Nie wrócił z wojny i nie dał już nigdy znaku życia.

Ojciec wyjechał na studia do Warszawy, zamieszkał tu, ożenił się i miał syna, który teraz trzymał szarą kopertę w ręku i zastanawiał się co jest w środku.

Po powrocie do domu otworzyłem kopertę i wyjąłem zawartość. W środku był dziwaczny, niewielki klucz i kartka papieru z kilkoma zdaniami skreślonymi po niemiecku. Nie jestem zbyt mocny w języku Goethego, ale z pomocą słownika udało mi się odczytać list, napisany starannym, odręcznym pismem.

Czasami człowiek znajdzie się w takiej sytuacji, że sam nie wie, co myśleć o tym co widzi. Tak się właśnie czułem. Jakbym patrzył na UFO.

Ktoś, kto podpisał się tylko inicjałami H. S. informował mnie, że w filii Deutche Bank w Monachium jest wykupiona skrytka. Mam tam pojechać, podać swoje nazwisko oraz hasło i odebrać jej zawartość oraz list, który wyjaśni mi wszystko. Hasła nigdzie nie podał. Tylko mały kluczyk bez jakiejkolwiek literki. Nic nie rozumiałem.

Nieodparcie nasuwała się myśl, że to jakiś żart. „Biuro adwokackie”! Ktokolwiek był autorem tego bzdurnego dowcipu chyba nigdy nie był w prawdziwym biurze adwokata. Drogie garnitury, skóra i dąb są obowiązującym stylem w tych miejscach, a nie przyciasne marynareczki i rozlatujące się meblościanki. Byłem pewien, że gdybym pojechał tam jeszcze raz zastałbym tylko zamknięte drzwi i karteczkę z dowcipnym komentarzem na mój temat.

Zastanawiające było tylko to, że ktoś zadał sobie tyle trudu, wynajął biuro i posadził tam faceta o nieokreślonym wyglądzie, żeby się trochę ze mnie pośmiać. No, ale przecież sam w zeszłym roku podłożyłem młodszemu koledze z ekipy konserwatorskiej, „przypadkiem” znaleziony, starannie spreparowany kawałek papieru, który udawał fragment nieznanego staroromańskiego eposu. „Odkrywca” był w siódmym niebie. Już się widział w glorii profesury i przygotowywał publikację w fachowym czasopiśmie, kiedy przyznałem się do tego niewinnego żartu. Podejrzewałem, że ten niemiecki list może być, równie starannie przygotowaną, zemstą.

Postanowiłem nie dać się sprowokować i czekać na dalszy rozwój wypadków. Dla wyciszenia umysłu wykonałem kilka razy jedną z krótkich spokojnych form Tai-chi chuan i skierowałem swe myśli zupełnie w inną stronę. Za dwa dni miałem randkę z piękną, ekscytującą dziewczyną. Joanna.

2.

Po dwóch dniach, które dla mnie wlekły się straszliwie, pojechałem na spotkanie z Joanną. Nienawidzę się spóźniać, więc wyruszyłem z domu dużo wcześniej. Wieczorna sesja Tai – chi miała mi przepaść, ale spodziewałem się, że i tak spędzę wieczór w sposób równie zajmujący i rozwijający. Na pierwszą randkę wybraliśmy, na jej życzenie, ogródek cichej kawiarenki na tyłach Puławskiej. Odpowiadało mi to. Lubiłem takie spokojne miejsca, gdzie nikt, przechodzący ulicą nie zagląda ci w talerz przez okno, a rozmowę co chwila przerywa przepychanie się kogoś do stolika położonego gdzieś dalej. Wyglądało na to, że Joanna też.

* * * *

Po kilku dniach spokoju dostałem pocztą list polecony. W środku była niewielka kartka, na której widniały trzy słowa: Hasło – Hans Schmidt. Kiedy obejrzałem kopertę przestałem rozumieć cokolwiek. Stempel pocztowy był argentyński. Z Buenos Aires.

To jednak nie był dowcip. Mój dziadek nazywał się Hans Schmidt, ale o tym raczej nie wiedział nikt z mojej pracy. Poza tym dziadek zginął w oblężonym Berlinie, więc nie mógł pisać do mnie z zaświatów. Chyba, że jednak nie zginął.

Wziąłem urlop, wyskrobałem z konta oszczędności, pożyczyłem trochę od Joanny i pojechałem do Monachium. Jakoś zdołałem porozumieć się z obsługą i mogłem zajrzeć do kasety. Kluczyk, który dostałem razem z pierwszym listem był identyczny z tym, który miał pracownik obsługi banku.

Obróciliśmy je w zamkach skrytki, nie patrząc sobie w oczy.

Ten widok będę pamiętał do końca życia. Równo poukładane w paczkach banknoty studolarowe. Przeliczyłem drżącymi rękami. Dwieście tysięcy „zielonych”. Z wrażenia usiadłem.

List też był. „Drogi Krzysztofie. Nazywam się Hans Schmidt i jestem twoim dziadkiem. Jeśli czytasz te słowa, to znaczy, że nie żyję a moja ostatnia wola została wypełniona. Niestety po wojnie musiałem opuścić Europę i zamieszkać w Argentynie. Nie kontaktowałem się z wami, ponieważ ułożyłem sobie tu życie od nowa i nie chciałem niepotrzebnie budzić duchów przeszłości, a przez wiele lat nie wiedziałem nawet czy ktoś przeżył wojnę. Odnalazłem was, ale postanowiłem,że lepiej będzie gdy pozostanę w cieniu. Teraz mam osiemdziesiąt siedem lat i stoję już nad grobem. Kobieta, z którą ożeniłem się tutaj, nie żyje od roku. Poza wami nie mam żadnej rodziny. Mój syn, (jeśli jeszcze żyje) jest już stary i niczego nie potrzebuje. Jesteś, poza nim, jedynym znanym mi krewnym. Dlatego przekazuję te pieniądze tobie. Nie jest ich zbyt wiele, ale to wszystko, co udało mi się odłożyć. Wydaj je tak, jak uznasz za stosowne.”

Po powrocie do domu zdeponowałem dolary w banku. Nie byłem pewien, co na to urząd skarbowy, ale postanowiłem nie myśleć o tym na razie.

W ciągu następnego tygodnia poczyniłem kilka kroków, które planowałem od dawna, tylko brak gotówki uniemożliwiał ich realizację.

Po pierwsze, poszedłem do szefowej i powiedziłem jej, myślę o niej i tym jej burdeliku. Spokojnie i rzeczowo wyrzuciłem z siebie wszystko, co siedziało tam od dawna i złożyłem wymówienie od zaraz. Wyszedłem od niej w stanie podobnym do tego po orgazmie. Zmęczony, ale szczęśliwy i wyluzowany. Szefowa pozostała w gabinecie w pozie żony Lota. Tyle, że czerwona jak flaga Związku Radzieckiego.

Po drugie, na zapadłej mazowieckiej wsi, którą odkryłem kiedyś przypadkiem, kupiłem zrujnowany, przedwojenny pałac. Kiedyś była tam szkoła, a obecnie budynek niszczał, wykorzystywany przez miejscową młodzież, jako miejsce randek i libacji. Otoczony był zapuszczonymi stawami i pięknym, ale kompletnie zaniedbanym parkiem. Urzędnik gminny, w trakcie podpisywania aktu sprzedaży, patrzył na mnie jak na wariata. Dla niego była to ruina stojąca w zaroślach na odludziu, niewarta kilku złotych, a co dopiero mówić o stu tysiącach, które dałem za resztki budynku i cztery hektary zielska naokoło.

Jak jednak uważałem, że zrobiłem dobry interes. Ściany zewnętrzne pałacu, pomimo tego, że pomazane, odrapane i obłażące miejscami z tynku, były jednak całe. Drewniane stropy w środku pozapadały się i wymagały odbudowy, ale za to blaszany dach miał tylko kilka dziur i po niewielkich naprawach, mógł służyć jeszcze co najmniej kilka lat. Poza tym ja widziałem to, czego nie dostrzegały małomiasteczkowe, urzędnicze oczy, to znaczy park wymyślony i posadzony ręką ogrodnika – artysty. Teraz straszliwie zarośnięty, ale po oczyszczeniu z zielska i krzaków powinien okazać całe swoje piękno. Do tego trzy niewielkie stawy, które po zagospodarowaniu można będzie w przyszłości połączyć drewniamymi mostkami dla spacerowiczów, a na niewielkiej wysepce pośrodku, urządzić kawiarnię.

Postanowiłem otworzyć tu całoroczny, luksusowy ośrodek wypoczynkowy. Okoliczne lasy doskonale nadawały się do jazdy konnej w lecie i biegania na nartach w zimie.

Po trzecie sprzedałem starego, zrupieciałego Golfa i kupiłem samochód, o którym marzyłem od dawna. Lincoln Mark VIII . Po kraju jeździ tylko kilka egzemplarzy tego modelu, ale co jakiś czas pojawiają się w ogłoszeniach o sprzedaży.

W ten sposób jedna czwarta spadku, który zostawił mi Hans Schmidt, została wydana. Pozostałe pieniądze postanowiłem przeznaczyć na remont, wyposażenie pałacu i jakąś promocję swojego pensjonatu.

Z ekipą remontową nie było kłopotu. Od dawna, przy konserwacji większych obiektów, współpracowałem z niewielką firmą, która zatrudniała tylko kilka osób, ale za to bardzo solidnych i znających swoje rzemiosło. Pojechałem z szefem ekipy na miejsce. Był tak samo zafascynowany jak ja. Potrafił, tak jak ja, zobaczyć piękno tej posiadłości, po doprowadzeniu jej do stanu pierwotnego. Umówiliśmy się na rozpoczęcie robót w niedługim czasie.

Oczywiście, nie przyznałem mu się, że dysponuję teraz niezłą gotówką. Dzięki temu, po starej znajomości, przy ustalaniu kosztorysu nie zdarł ze mnie skóry.

Joanna była zachwycona, kiedy oświadczyłem, że zamierzam wynająć na lato przyczepę campingową i zamieszkać w niej, aby nadzorować postęp robót przy renowacji pałacu. Oświadczyła, że jedzie ze mną.

Kiedy pokonałem wszystkie biurokratyczne bariery i załatwiłem całe sterty stosownych dokumentów, remont ruszył.

Lato było gorące i suche, więc w przyczepie mieszkało się przyjemnie, a prace posuwały się szybko naprzód. Ekipa była czteroosobowa, nie licząc szefa – młodego człowieka o śmiesznie brzmiącym nazwisku – Baniak, bardzo przejętego swoją funkcją. Pracowali tak jak lubiłem – wolno i dokładnie.

Rzecz jasna umówiłem się, że płacę za wykonaną robotę, a nie za dniówkę.

Warunki sanitarne nie były nadzwyczajne. Najbliżej mieliśmy do betonowego kibelka, z rozsypującymi się drzwiami, który wybudowano kiedyś dla dzieci szkolnych. Medytacji raczej nie dało się tam prowadzić. Wszechobecne muchy i zapach skutecznie zniechęcały do korzystania z tego przybytku, ale bieganie na wieś do gospodarzy było jeszcze bardziej kłopotliwe. Na szczęście prace hydrauliczne już się rozpoczęły i lada dzień pierwsze prowizoryczne toalety w pałacu miały być oddane do użytku.

Wzięliśmy się z Joanną za oczyszczanie parku z krzewów, które rozpleniły się niemalże wszędzie. Od czasu wojny nikt nie dbał o ich usuwanie.

Przyjemnie było pracować na świeżym powietrzu, chociaż ani Joanna ani ja nie byliśmy przyzwyczajeni do takiego wysiłku. Często odpoczywaliśmy, prowadząc długie dyskusje na tematy związane z przeszłością, teraźniejszością i przyszłością pałacu. Słońce przygrzewało pomiędzy drzewami, ptaki śpiewały. Istna sielanka.

Trochę niepokoiliśmy się wzrastającym zainteresowaniem ze strony miejscowych, licznie odwiedzających nas, młodzieńców. Z początku potrafili całe popołudnia przewisieć na ogrodzeniu, obserwując i komentując głośno każdy nasz ruch. Potem trochę odpuścili, ale wieczorami zbierali się z całymi rodzinami.

Chyba, w jakiś sposób zastępowaliśmy im kino i klub rolnika. Kiedy się ściemniło odnosiło się wrażenie, że otacza nas stado wilków. Ogniki papierosów żarzyły się jak czerwone oczy i co chwila słychać było chrapliwe okrzyki, rozochoconych alkoholem wieśniaków. Nie przejmowałem się tym za bardzo. Ludzie byli tu raczej spokojni i nastawieni przyjacielsko. Jednak, na wszelki wypadek, kierownik ekipy remontowej postanowił wprowadzić nocne dyżury, żeby czasem coś nie zginęło. Po prostu, jeden z robotników spał na dworze, obok mojego Lincolna, pod prowizorycznym daszkiem, skonstruowanym z blachodachówki, która leżała w arkuszach na podwórzu, przygotowana do wciągnięcia na dach.

Drugiej nocy od wprowadzenia dyżurów, obudził mnie jakiś hałas. Jakby długi ostrzegawczy gwizd przejeżdżającego blisko pociągu. Tyle, że najbliższa linia kolejowa znajdowała się w odległości wielu kilometrów stąd. Joanna, zmęczona całodzienną pracą, spała jak dziecko, oddychając głośno.

Wyjrzałem na dwór. Zaczynało świtać. Panował jeszcze lekki półmrok. Poza tym, że strasznie śmierdziało, jakby spaloną wełną, nic podejrzanego nie dostrzegłem. Nie zobaczyłem też robotnika, który powinien spać pod daszkiem. Nie było go. Pomyślałem, że może poszedł pić z miejscowymi i leży gdzieś w rowie. Trochę się zdenerwowałem. Muszę go rano opieprzyć – pomyślałem. Wstrząsnąłem się od porannego chłodu i wszedłem do przyczepy, pospać jeszcze trochę. Miałem nadzieję, że nic nie zginęło.

Myliłem się. Zginęło kilka narzędzi pozostawionych na zewnątrz. Przez cały dzień nie odnalazł się też robotnik. Według Baniaka i pozostałych członków ekipy remontowej facet raczej nie nadużywał alkoholu i na pewno nie ukradł tych narzędzi.

Musiało się coś stać. Tylko nie wiadomo co. Żadnych śladów walki nie zauważyliśmy. Jakby wyparował. Dla pewności próbowałem przepytać stojących wyjątkowo przed sklepem, a nie za naszym ogrodzeniem chłopaków. Nic nie wiedzieli albo nie chcieli mówić. Moje pytanie, co to tak śmierdziało w nocy, też zbyli wzruszeniami ramion i głupkowatymi komentarzami.

Po południu pojechałem zawiadomić policję, której posterunek znajdował się w sąsiednim miasteczku. Wyjątkowo miły policjant przyjął zgłoszenie o zaginięciu, ale od razu uprzedził żebym nie spodziewał się cudu. Zaczną szukać, jeśli nie znajdzie się w ciągu siedmiu dni. Poza tym mają tyle pracy, że nie mogą zajmować się każdym pijakiem, który „poszedł w tango”.

Joanna podzielała jego zdanie. Według niej przyczyna nieobecności robotnika mogła być całkiem prozaiczna. Skorzystał z okazji i zrobił sobie urlop na nasz koszt. Opinia jego kolegów, że nie pił alkoholu, mogła oznaczać tylko, że po prostu nie zalewał się do nieprzytomności przy każdej okazji.

W nocy nie mogłem spać. Miejsce pod daszkiem zajął szef ekipy – Baniak, ale też chyba nie spał za dobrze, bo słyszałem, jak co jakiś czas skrada się się naokoło budynku i do betonowego kibla.

Rano przyjechał policjant, żeby spisać protokół. Natknął się najpierw na śpiącego szefa budowlańców. Usłyszałem ich rozmowę przez cienką ściankę przyczepy:

- Nazwisko – indagował policjant.

- Baniak – odpowiedział zaspany głos.

- Może najpierw ustalimy personalia, a potem pan powie, co zginęło. Imię.

- Jerzy – zamruczało w odpowiedzi.

- Nazwisko – kontynuował policjant.

- Baniak.

- Strasznie pan uparty – głos stróża prawa wpadł w niebezpieczną nutę.

Wyskoczyłem z przyczepy żeby wyjaśnić nieporozumienie. Po spisaniu wszystkich zeznań policjant wyniósł się, a my po lekkim śniadaniu, wzięliśmy się do pracy. Baniak zadzwonił do Warszawy, żeby przysłali następnego robotnika.

Dzień zapowiadał się upalnie.

Wieczorem okazało się, że nikt nie chce spać na dworze, pomimo tego, że aktywność miejscowych, po wizycie policjanta jakby zmniejszyła się. Robotnicy bali się. Deklaracja Joanny, że ona będzie spała na powietrzu została przyjęta z wyraźną ulgą.

- Jest taki upał, że w przyczepie i tak nie można wytrzymać – powiedziała i zaczęła mościć sobie posłanie pod blaszanym daszkiem. Nie byłem zachwycony, ale nic nie mówiłem. Joanna należała do osób, które cenią sobie niezależność.

Dla pewności drzwi od przyczepy, w której ja spałem, miały zostać otwarte, tak żebym usłyszał każdy podejrzany hałas.

W nocy obudziłem się. Ktoś kręcił się po przyczepie. Zapaliłem latarkę i skierowałem strumień światła w kierunku intruza.

- Zgaś to cholerstwo – zamruczała Joanna. – Gdzie się podział papier toaletowy?

- Jak tam? Spokój? – zapytałem.

- Spokój. Śpij.

Usłyszałem jej kroki oddalające się w kierunku betonowej świątyni dumania. Już zasypiałem, kiedy usłyszałem coś jeszcze. Taki odgłos wydają gwałtownie naciśnięte hamulce Tira. Trwał kilka sekund i ucichł.

Wyskoczyłem na dwór. Lekki wietrzyk poruszał drzewami. Joanna jeszcze siedziała w „sławojce”. Absolutny spokój, poza tym, że znowu poczułem ten smród palonej wełny. Pomyślałem, że ta wieś nie jest taka spokojna, jak to się z początku wydawało. Nocami jeżdżą jakimiś hałasującymi pojazdami. No i ten fetor. Pewnie z oszczędności palą w piecach jakimś świństwem. Trzeba będzie coś wymyślić, bo ten smród może mi odstraszyć turystów.

Joanna coś długo nie wracała. Czyżby zasnęła tam? – pomyślałem. Podszedłem do drewnianych drzwi z wyciętym serduszkiem i delikatnie zapukałem.

- Nie utopiłaś się? – zapytałem. Odpowiedzi nie było. Powoli otworzyłem drzwi. Joanny nie było. Nic nie wspominała, że ma zamiar gdzieś pójść w środku nocy. Coś się stało.

Obudziłem Baniaka i resztę ekipy. Rozbiegliśmy się się we wszystkie strony, ale bez rezultatu. Psy na wsi zaczęły wyć i zrobił się okropny harmider. Zaspany sołtys przyleciał zobaczyć jaka jest przyczyna tego hałasu.

- Co tu się dzieje? – Naskoczyłem na niego zdenerwowany.

- Że niby co? – zdziwił się.

- TIR-y hałasują po nocach, narzędzia i ludzie mi giną i do tego ten smród. Palicie stare opony czy co.

- Jak komuś nie pasują wiejskie zapachy, to niech siedzi w mieście i wącha spaliny z samochodów – odburknął i poszedł sobie, nie dając odpowiedzi w pozostałych kwestiach.

Joanny dalej nie było. Doszedłem do wniosku, że przecież nie poszła zwiedzać okolicy w piżamie i boso. Porwał ją ktoś, czy co?

Nie czekając aż się rozwidni pojechałem na policję. Tym razem potraktowano mnie poważnie. Podałem rysopis Joanny i sierżant pełniący służbę, zawiadomił wszystkie okoliczne posterunki i komendy policji.

Około południa przyjechała ekipa z rejonowej komendy policji. Przywieźli sprzęt do nurkowania i przeczesali stawy i rzeczkę płynącą w pobliżu. Bez skutku. Joanna nie odnalazła się. Opowiedziałem o nocnych hałasach i zasugerowałem, że może uprowadzono ją, ale ekipa nie odnalazła na wsi żadnych śladów samochodu ciężarowego. Po prostu zapadła się pod ziemię.

W tej sytuacji pozostało tylko czekanie. Jeśli została porwana, ktoś zgłosi się z żądaniem okupu. Nic innego nie przychodziło mi do głowy.

Po południu ekipa remontowa ustami swego szefa oświadczyła, że ma dosyć i porzuciła pracę. Robotnicy zapakowali swoje graty na busa i odjechali. Zostałem sam. Jeśli nie liczyć wyjątkowo licznego stada „hien” za ogrodzeniem. Zacząłem się poważnie zastanawiać, czy za tym wszystkim nie kryją się ci „dobroduszni” wieśniacy.

Znany jest przypadek wsi, która gremialnie założyła spółdzielnię rolniczą, w celu produkowania, w opuszczonej cegielni, hurtowych ilości samogonu. Może miejscowi kombinują podobnie. A efekty swojej pracy wywożą w nocy TIR-ami. Produkcja alkoholu wymaga paliwa. To by wyjaśniało też ten smród palonych kotów. Ale co ma do tego Joanna, albo ten robotnik, który zniknął przed nią? Może coś widzieli i stali się niewygodni?

Wieczorem nie mogłem zasnąć. Ciągle zdawało mi się, że ktoś się kręci w pobliżu. Przewracałem się na łóżku prawie do świtu. Wreszci wychyliłem się na dwór. Cisza i spokój. Żadnych hałasów i świeże powietrze. Wyciągnąłem z lodówki wódkę i wlałem w siebie, dla odwagi, pół szklanki.

Po następnej porcji „wody ognistej” postanowiłem zbadać, co się dzieje we wsi w nocy. Zabrałem latarkę i wyszedłem na zewnątrz. Drzwi od kibelka poruszyły się i zaskrzypiały cicho. Skierowałem tam światło. Nic.

Powoli podszedłem i zajrzałem do środka. W środku nikogo nie było. Rolka papieru toaletowego, zabrana przez Joannę z przyczepy kempingowej, stała sobie spokojnie na drewnianej półeczce. Wziąłem ją do ręki i obróciłem kilka razy. Żadnych podejrzanych śladów. Otworzyłem drzwi, żeby wyjść. Nie mogłem. Coś trzymało mi stopy. Zaświeciłem latarką w dół i o mało nie oszalałem ze strachu.

Miałem jakieś potworne halucynacje. Moje nogi do kolan nie istniały. Spodnie zaczynały się palić. Poczułem bolesne pieczenie. Rozległ się potworny gwizd. Latarka wypadła mi z rąk. Moje ubranie paliło się już prawie całe. Śmierdziało i piekło niemiłosiernie. Niestety nic nie mogłem zrobić, bo moje ręce też przestały istnieć. Tam gdzie do tej pory miałem palce, nadgarstki i łokcie nie było nic. Dziwny ryk nasilił się. „Mamy go” – powiedział jakiś głos. Tego było za dużo, jak na moje nerwy. Zemdlałem.

Po ocknięciu się, stwierdziłem, że leżę nago na jakiejś konstrukcji. Nic mnie nie bolało, ale nie mogłem ruszyć rękami ani nogami. Spojrzałem na nie i odechnąłem z ulgą. Wszystko było na swoim miejscu. Dla pewności poruszyłem palcami. Działały. Po prostu byłem przymocowany do tego niby łóżka. Jak w szpitalu dla umysłowo chorych. Byłem sam w pokoju.

Spojrzałem na ściany. Absolutnie białe i gładkie. Fragment jednej z nich rozsunął się i wszedł facet w zielonkawym kitlu. Więc jednak byłem w szpitalu. Pewnie ktoś mnie znalazł, leżącego w kiblu i zostałem przewieziony tutaj. Lekarz nic nie powiedział, tylko wypiął mnie z dosyć skomplikowanej konstrukcji, bez słowa wskazał na białe ubranie leżące obok i wyszedł.

Z pewnym zdziwieniem stwierdziłem, że nie mam nawet śladu oparzeń. Poza tym, że czułem się dziwnie ciężki, nie odczuwałem żadnych dolegliwości. No może jakoś śmiesznie moje ciało reagowało na polecenia z mózgu. Chcąc podnieść rękę musiałem pomyśleć o tym, że teraz ją podniosę i dopiero po chwili następował ruch. Musieli mnie naszpikować jakimś środkiem, który opóźniał reakcje. Jeszcze raz rozejrzałem się.

Idealnie sterylne pomieszczenie. To mi raczej nie wyglądało na szpital powiatowy.

Znowu wszedł lekarz. Odsunął ścianę i wypchnął z pokoju moje łóżko. Zamiast niego wciągnął duży, podobny do dentystycznego, fotel. Gestem zaprosił mnie do zajęcia miejsca. Niemowa czy co? – pomyślałem. Ostrożnie usiadłem i zamknąłem oczy. Nigdy nie lubiłem wizyt u stomatologa.

- Witaj – odezwał się ktoś. Otworzyłem oczy. Naprzeciwko mnie wisiał ekran ciekłokrystaliczny. To z niego płynął głos, należący do faceta w zielonym kitlu. On sam siedział koło mnie i jednocześnie był widoczny na ekranie. Więc jednak nie niemowa.

- Witaj w ośrodku rehabilitacji potransferowej. Mam nadzieję, że doszedłeś do siebie. Niewielkie opóźnienie reakcji, które odczuwasz, wynika z tego, że mózg potrzebuje trochę czasu, żeby pozbierać się po transferze. Poza tym, zaaplikowaliśmy ci środek ograniczający nieco szybkość reakcji układu wegetatywnego.

- Jakim transferze? – przerwałem mu. Nie przypominałem sobie, żebym był na ty z jakimś lekarzem.

Gość podał mi szklankę z jakimś płynem i poprosił żebym się napił. Zrobiłem to i poczułem się jeszcze cięższy niż przed chwilą i jakiś dziwnie spokojny.

- Transferze temporalnym, czyli przeniesieniu w czasie – powiedział, a ja pociągnąłem potężny łyk ze szklanki. Czułem, że za chwilę znowu stracę przytomność.

- Zostałeś przeniesiony do roku 2557, według twojego sposobu liczenia czasu – znów zaczął lekarz w zielonym kitlu.

- Po co? – zapytałem słabym głosem. Nie byłem pewien czy to się dzieje naprawdę, czy tylko zaczynam po prostu wariować.

- Jesteś tutaj potrzebny. Pozwól, że pokrótce opowiem ci jak doszło do decyzji o przetransferowaniu cię tutaj. Resztę zobaczysz na własne oczy. Otóż, wraz ze wzrostem zamożności i świadomości społecznej, a także rozwoju techniki, której eksplozja rozpoczęła się w twoich czasach, liczba ludności na całym świecie zaczęła spadać. Zdaje się, że ta tendencja była widoczna już w XXI wieku. Rozwój nauki i techniki w procesie produkcji dóbr materialnych, pozwolił na całkowite zastąpienie ludzi przez komputery i maszyny. Tanie, niewyczerpane i nareszcie wykorzystane właściwie źródło energii, jakim jest słońce pozwoliło rozwinąć tanią masową produkcję, praktycznie w każdej dziedzinie. Kolosalny przyrost produkcji i gwałtowny spadek liczby ludności doprowadził do sytuacji, w której pieniądze straciły sens istnienia. Każdy mógł mieć dowolną rzecz, ponieważ jej wyprodukowanie nie kosztowało prawie nic.

Musiałem pociągnąć kolejny większy łyk ze szklanki.

- To dawało niesłychane poczucie wolności – kontynuował. – Ponieważ liczba ludzi zmniejszała się, przestało być uciążliwe przeludnienie i jego wszystkie negatywne skutki. Można było przemieszczać się w dowolne miejsce na całej planecie i wszędzie było dosyć wolnej przestrzeni. Ludzie zaczęli korzystać z tej wolności. Konsumpcyjny styl życia osiągnął szczyty. Rodzina stała się niepotrzebnym obciążeniem. Ludzi zaczęło ubywać w postępie geometrycznym. Koło się zamknęło.

Do tego wszystkiego, w kosmosie znaleziono kilka planet nadających się do zasiedlenia. Było sporo chętnych na podjęcie tej próby. Obecnie doszło do takiej sytuacji, że mamy problemy z utrzymaniem ciągłości działania produkcji. Nie ma ludzi, którzy pomimo kolosalnego rozwoju techniki, pozostali niezastąpieni w najważniejszych punktach. Jeśli nie podejmiemy jakichś kroków grozi nam zapaść całego systemu funkcjonowania planety. Ponieważ ostatnio grupa naukowców odkryła możliwość przemieszczania w czasie obiektów białkowych, czyli żywych organizmów, postanowiliśmy ściągnąć tu trochę, starannie wyselekcjonowanych osób z przeszłości – zielony umilkł.

-To znaczy, że ta historia z dziadkiem i cała reszta to wy? – zapytałem.

Pokiwał głową. Moja szklanka była pusta. Nie wiedziałem, co o tym wszystkim myśleć.

Po chwili przestałem się jednak zastanawiać i uwierzyłem we wszystko, ponieważ ściana naprzeciwko mnie rozsunęła się i uśmiechając się weszła Joanna.

Komentarze (4)

Komentarze (1)

Ƶyć i umrzeć w San Diego.

Właśnie skończyłem czytać „Dziennik” Sandora Marai’a i jeszcze cały czas jestem w szoku. Bardzo pozytywnym. Nie mogę przestać myśleć o tej książce i jej autorze, a niektóre wpisy kołaczą mi się po głowie bez przerwy i nie mogę się po nich pozbierać wewnętrznie. Nie jest to łatwe. Łapię się na tym, że idę gdzieś i w połowie drogi zatrzymuję się, bo zapominam po co i dokąd idę, roztrząsając jakiś szczegół biografii pisarza.

Nie pamiętam już, kiedy jakaś pozycja literacka zrobiła na mnie takie wrażenie. Chyba „Firma” Grishama, którą przeczytałem dwa razy pod rząd. To oczywiście zupełnie inny rodzaj literatury, ale te dwie książki łączy coś – obie są odważne do granic odwagi w docieraniu do najgłębszego wnętrza człowieka. Z tym, że Marai dokonuje tu wiwisekcji samego siebie i tego nie da się porównać z żadną, nawet najlepszą beletrystyczną fikcją.

Z początku obcujemy z kimś, kto robi wrażenie dandysa, lekkoducha, egoisty. Druga wojna światowa w szybkim tempie zmienia się w klęskę Niemiec hitlerowskich, a państwo węgierskie stoi po przegranej stronie. Marai komentuje te wydarzenia bardzo oszczędnie, nie zajmując jakiegoś zdecydowanego stanowiska. Skupia się na sobie, obserwuje na chłodno swoje rozpadające się życie, jakby robiąc research do następnej powieści. Często pisze, że nic przy tym nie czuje. Nudzi się. Ucieka w książki. Dopiero pod koniec życia wraca czasami do wydarzeń z tego okresu. Te późniejsze wpisy pozwalają spojrzeć na jego postawę w czasie wojny w inny sposób.

Przy tej okazji odkryłem jak mało wiem o Węgrzech i ich historii. Nigdy się nie zastanawiałem dlaczego ten niewielki kraj przyłączył się do koalicji państw Osi. Dopiero pod wpływem lektury „Dziennika” zainteresowałem się bliżej tą kwestią i mam wrażenie, że lepiej rozumiem motywy, które leżały u podstaw decyzji regenta Horthy’ego.

Bombardowania alianckie i wejście armii radzieckiej na terytorium Węgier są początkiem wielkich zmian w życiu Marai’a. Z bogatego, leniwego i przyjemnego zmienia się ono w pasmo strat. I znowu, te najdramatyczniejsze dają o sobie znać w „Dzienniku” dużo później.

W 1948 roku wyjeżdżają z żoną i adoptowanym synem Janošem do Szwajcarii, by już nigdy na Węgry nie wrócić.

Późniejsze wpisy przez długi czas robią wrażenie zapisu obserwacji z fotoplastikonu, przetkanych krótkimi, często jednozdaniowymi refleksjami głębszej natury. Momentami wydają się one nie mieć widocznego kontekstu z przeżyciami autora. Często pisze, że nie tęskni za krajem i nie czuje potrzeby powrotu, ale pisze nieprawdę. Spomiędzy wierszy wylewa się rzeka tęsknoty. Do miejsc, których już nie ma, do ludzi, którzy odeszli i do stylu, jakości, intelektualnego poziomu i sensu życia, które zmieniły się zbyt szybko i nieodwracalnie.

Dużo podróżuje. Przez pewien czas mieszka we Włoszech, które lubi, by potem, kierowany troską o wykształcenie Janoša i zdrowie swoje i żony, przenieść się za ocean do Stanów. Ameryka męczy go. Cieszy go możliwość korzystania z nowinek technicznych, które czynią codzienne bytowanie łatwiejszym, ale jest zmęczony i zniesmaczony płytkością i miałkością życia intelektualnego Ameryki. Zamieszcza trochę chłodnych recenzji literatury anglojęzycznej, a ja z miłym zaskoczeniem odkrywam, że mamy podobne zdanie o „Buszującym w zbożu” Salingera. Nieciekawie napisana rzecz o niczym.

Piętnaście lat spędzone w Nowym Jorku podsumowuje dwoma lub trzema zdaniami. Nie pozostało w nim nic po tym pobycie.

Wraca na jakiś czas do Europy, do południowowłoskich klimatów. Wpisy znowu nabierają temperatury i emocji.

Decyzja o kolejnym wyjeździe do Ameryki, tym razem na stałe, znowu podyktowana pogarszającym się stanem zdrowia, swoim i L. – jak pisze o żonie.

Ta ostatnia część życia jest inna, bardziej dramatyczna.„Dziennik” też się zmienia. Odwraca się proporcja wpisów. Coraz mniej w nich o zewnętrznych objawach bytowania, a coraz więcej emocji. Dobrych i złych.

Ostatniego wieczoru kładłem się do łóżka z zamiarem przeczytania kolejnych kilkunastu stron, ale zostałem dosłownie wessany i świt już bielił ulice, gdy przewracałem ostatnią kartkę tej książki.

Marai, choć nie pisze tego wprost, czuje, że podjął wiele niewłaściwych decyzji życiowych. Czasami nie było innego wyboru. Pozostanie w komunistycznych Węgrzech oznaczałoby koniec kariery literackiej, emigracja spowodowała, że ta kariera straciła sens. Ostatnie lata życia pisarza przepełnione są złością do siebie i do świata.

Kiedy stracił lub rozdał większość swoich rzeczy, kiedy odeszli wszyscy, których kochał i nawet wszyscy, których znał, podejmuje kolejną z wielu „racjonalnych” decyzji. Tym razem ostatnią. Opisy nabycia broni i szkolenia się w jej użyciu czyta się ze ściśniętym gardłem.

Dziennik” Sandora Marai’a to wspaniała książka. Jeśli ktoś szuka odpowiedzi na pytania o sens życia, to z pewnością znajdzie ich wiele na jej stronach, a jeszcze więcej we własnych przemyśleniach wyzwolonych tą lekturą.

Komentarze (3)

Kopenhaga. Ale o co chodzi?

W czasie szczytu klimatycznego w Kopenhadze aresztowano około 1000 osób. Nie rozumiem wielu rzeczy związanych z tym szczytem, ale trzech całkiem nie pojmuję:

  1. Skąd tam się wzięło tylu protestujących?
  2. Przeciwko czemu lub dla poparcia czego protestowali ci wszyscy rozwrzeszczani ludzie?
  3. Dlaczego aresztowano tylu z nich, skoro szli sobie w miarę spokojnie, pokrzykując i wymachując transparentami?

Aby było ciekawiej, następnie dowiadujemy się, że Unia Europejska jest gotowa wyłożyć na pomoc klimatyczną dla państw gorzej rozwiniętych 7,2 mld euro. Jak rozumiem, Polska musi dołożyć swoją działkę do tej pomocy. Moje wyższe wykształcenie ekonomiczne podpowiada mi, że jeśli to jest pożyczka to wszystko jest ok. Zarobimy na procentach. Ale jeśli to ma być pomoc bezzwrotna, to skąd niby ma taki kraj jak Polska wziąć fundusze na pomoc dla innych skoro ustalanie budżetu na każdy kolejny rok jest jak balansowanie na cienkiej linie, zawieszonej nad rozwartymi mordami krokodyli, pływających w potokach płynnej lawy!? A już całkiem nie wyobrażam sobie, jak takie kraje jak Irlandia czy Grecja, będące na skraju załamania finansowego poradzą sobie z tym problemem.

Mała uwaga na boku. W Irlandii właśnie dyskutuje się budżet na następny rok. Pracownicy sektora budżetowego zostaną pozbawieni od 5 do 20 procent swoich wynagrodzeń. Ma to zaoszczędzić kasie państwowej jakieś 1,2 mld euro i nie dopuścić do, mówiąc kolokwialnie, rozkraczenia się finansów Zielonej Wyspy. Ciekawe, że wiosną ubiegłego roku banki dostały lekką ręką, bez wielkich ceregieli, 4 cz 5 mld euro i wtedy wszystko było cacy. A potem jeszcze sobie panowie bankowcy wypłacili, na koniec roku, solidne, idące w setki tysięcy euro premie. Zaraz potem odrzucili niestosowne uwagi o tym, że zarobki w sferze bankowej są zbyt wysokie jak na te trudne czasy. Doprowadziło by to do ucieczki najwartościowszych kadr. Tak się odszczeknęli. Mówimy tu o bankach państwowych lub takich, w których państwo ma większościowy udział.

Pamiętajmy o tym, gdy usłyszymy z Brukseli, że kasa unijna musi wesprzeć państwa członkowskie, które „gorzej sobie radzą” z recesją gospodarczą.

Nota bene, telewizja Euronews podaje, że wg ich sondaży ok 98 proc Greków i Bułgarów uważa, że w ich krajach jest wysoki poziom korupcji. Na drugim końcu tej tabelki są Dania i Norwegia.

To też warte zapamiętania.

A propos sondaży, ponad połowa Norwegów poczuła się obrażona tym, że Barack Obama olał ich króla i nie zjadł z nim śniadania, jak każe tradycja. Do tego skrócił maksymalnie swój pobyt związany z uroczystością odbioru Pokojowej Nagrody Nobla. Zwyczajowo ten proces trwa trzy dni.

Nie dziwię się, że był tak krótko. Miałem napisać, że dziwię się, że w ogóle przyjechał i przyjął tę nagrodę, ale po namyśle zmieniłem zdanie. Temu też się nie dziwię.

Ktoś tam trzymał napis o treści mniej więcej takiej: Dostałeś ją (nagrodę), teraz na nią zasłuż. Ciekawe czy widział? A jeśli widział, to czy wziął to sobie do serca?

Podejrzewam, że wątpię.

Komentarze (1)

Partia polityczna

Zdarzyło się, że postanowiliśmy z sąsiadem założyć partię polityczną. No, nie tak od razu to postanowiliśmy. Najpierw się okazało, że nasze żony jechały razem na zakupy świąteczne, a my otrzymaliśmy „zakaz” udawania się z nimi. Bardzo się tym zmartwiliśmy i postanowiliśmy się jakoś pocieszyć. Tym bardziej, że to było sobotnie popołudnie. „Jakoś” znaczy prawie zawsze to samo. Gołda. I wcale nie chodzi o ser.

Nasze żony bardzo rzadko jeżdżą razem na zakupy, ale jak już się wybiorą to możesz być pewien, że będą się szwendały po tych galeriach, aż ich ochrona nie zacznie wyrzucać.

Chłopcy dyskretnie wysunęli się zaraz za mamusią.

Odetchnąłem pełną piersią i wtedy zapukał sąsiad.

Podczas rozpijania pierwszej półlitrówki rozmawialiśmy o „niczym”. Ale już przy pierwszym kieliszku drugiej butelki, zaczęła, jakoś samorzutnie, kiełkować w nas myśl, że trzeba wziąć w swoje ręce odpowiedzialność za ojczyznę i współobywateli. Metodą logicznej dedukcji doszliśmy do wniosku, że w pojedynkę nie mamy żadnego wpływu na bieg wydarzeń. I tu wypłynęła idea założenia partii politycznej, zdobycia większości w parlamencie, a może nawet wystawienia kandydata w wyborach prezydenckich.

Tutaj od razu powstał wewnątrzpartyjny spór o to, kto byłby najlepszym kandydatem naszej partii na to zaszczytne i rzecz jasna intratne stanowisko. Po krótkich przepychankach, w trakcie których doszło nawet do walenia pięścią w mównicę, to jest mój stół kuchenny, postanowiliśmy zostawić te kwestie na odpowiedniejszą chwilę i skupić się na rzeczach, które przy zakładaniu partii są najistotniejsze.

Program i te inne bzdety postanowiliśmy jednogłośnie zostawić ekspertom.

Nazwa – oto co zaprzątnęło nasze gorące głowy. Bez odpowiedniej nazwy żadna partia nie ma szans na sukces wyborczy. A zła nazwa może te szanse w ogóle pogrzebać.

Tymczasem skończył nam się życio – i energodajny płyn i byliśmy zmuszeni zadzwonić do znajomego taksówkarza, który niebawem zapukał do drzwi. Przesłuchany na okoliczność jakiejś chwytliwej nazwy, zaczął się wić niepewnie i wyrzucać z siebie coraz to głupsze pomysły typu: platforma, sojusz, prawo i pięść, które natychmiast po kolei odrzucaliśmy z sąsiadem miażdżącą przewagą głosów. Drugi raz większość ludzi nie da się nabrać na to samo. Taksówkarz się wykręcił, że ma już wezwanie do drugiego klienta i uciekł.

Trochę nas zaniepokoił jego brak entuzjazmu, bo przecież dla takich jak on chcieliśmy wziąć w swe spracowane ręce ster nawy państwowej. A jemu tylko w głowie następny klient! Sąsiad rzucił coś o chamskich niewdzięcznikach i dorobkiewiczach, a potem poddał pomysł, że może trzeba by się zastanowić jaki jest nasz „background”. Tak powiedział. Chyba zaczynał być już trochę nawalony. Zapytałem o co mu chodzi z tym back coś tam. No, o to kim my jesteśmy – odpowiedział. Nazwa musi to jakoś oddawać. No i żeby skrót dobrze brzmiał. To bardzo istotne.

Jak to kim jesteśmy? – zapytałem. Ludźmi! To co? Nazwiemy się partia ludzi? Głupio jakoś.

Sąsiad przez moment był bardzo przekonany do tego pomysłu. Skrót PL wydawał się doskonały. Tablica rejestracyjna każdego polskiego samochodu reklamowałaby nas za darmo. Ale potem doszliśmy do wniosku, że zaraz zaczęłyby się żarty na temat świń, psów, osłów i takie inne. Nie. Partia ludzi to niedobra nazwa.

Zaproponowałem, aby dla rozjaśnienia umysłu wypić na kolejną nóżkę i rzeczywiście zaraz się rozjaśniło, bo sąsiad powiedział, że jak tak dalej pójdzie to on proponuje nazwę – Partia Stonóg. Larwa jego mać!

Pośmialiśmy się zdrowo z tego pomysłu, ale zaraz potem sąsiad spoważniał i rzucił podniosłym tonem, że trzeba by w tej nazwie jakoś zaakcentować nasze zaplecze religijne, położenie geograficzne, stosunek do integracji europejskiej i tak dalej. O ile z zapleczem religijnym i położeniem geograficznym nie było problemu, o tyle integracja europejska wywołała burzliwą dyskusję, w której ferworze nie zauważyliśmy, że nasze żony od dłuższej chwili stoją w drzwiach i ze złym wzrokiem przysłuchują się naszym obradom.

Sąsiad natychmiast zajął pozycję obronną, to jest plecami do ściany, a ja próbowałem dyskretnie usunąć ze stołu cholerną butelkę. Niestety, przy tej okazji potrąciłem nogą, stojące pod stołem dwie puste flaszki i tylko pogorszyłem nasze położenie. Dyplomatycznie zacząłem objaśniać meritum sprawy, ale zostałem natychmiast zgaszony złym warknięciem.

Wiemy o czy rozmawiacie, bo słychać was na sąsiedniej ulicy – rzuciła lodowato sąsiadka i popatrzyła na nas znacząco.

Sąsiad nie wytrzymał napięcia i puścił głośnego bąka.

Wiedziony partyjną solidarnością chciałem jakoś zatuszować złe wrażenie i zacząłem szurać krzesłem, które jeżdżąc po podłodze wydaje podobny odgłos, ale znowu potrąciłem te nieszczęsne butelki i zastygłem w bezruchu.

Tą dosyć przerażającą ciszę przerwała wreszcie moja żona.

Ja mam dla was odpowiednia nazwę – powiedziała. Będziecie się nazywać: Chrześcijańska Unia Jedności Europejskiej. Co wy na to?!

Popatrzyliśmy z sąsiadem po sobie niepewnie. Rzeczywiście „background” mielibyśmy z głowy, ale ten skrót jakoś do nas nie przemawiał.

Mimo tych wątpliwości zaakceptowaliśmy pospiesznie ten wniosek i czym prędzej udaliśmy się na spoczynek. Ojczyzna ojczyzną, ale trzeba było. Jutro czekał nas bardzo ciężki, pracowity dzień.

Komentarze (2)

Padaczka

Stalo sie to, czego spodziewalem sie od jakiegos czasu, obserwujac dziwne zachowanie mojego laptopa. Padl mi twardy dysk.Jak sie okazalo potem, powstaly na nim jakies uszkodzenia i to akurat w tym miejscu, gdzie mialem system. Jak zwykle kazda sytuacja ma dobre i zle strony. Zla, bo bylem kilka dni bez komputera, a dobra – odkrylem Linuxa. Dzieki Ubuntu udalo mi sie odzyskac wszystkie swoje dane i ostatecznie zainstalowalemgo na stale i moj poczciwy Hpek znowu dziala. Linux jest troche inny trzeba sie do niego przyzwyczaic, ale odwdziecza sie stokrotnie. Moj komputer przestal wyc i pracowac na okraglo. Uspokoil sie i wyciszyl, wolny od tych wszystkich operacji w tle(nikomu niepotrzebnych), do ktorych ciagle zmuszal go Windows. Jedynie ten Open office troche mnie meczy, bo klawisze skrotu do polskich znakow sa dlugie jak werset z Koranu. Ale jakos przywykne.

Komentarze (12)

SKOPIOWANE czyli swinska grypa

ZANIM ULEGNIESZ PROPAGANDZIE,

zwróć uwagę na poniższe fakty:

Autorem jest dr Maciej T. Zięba

GRYPA:

1. Rocznie na zwykłą grypę umiera od 500 do 700 tys. ludzi (z powikłaniami liczba ta dochodzi do 1 miliona), podczas gdy na świńską grypę zmarło od początku roku około 6 tysięcy osób, czyli około 140 razy mniej.

2. Chociaż śmiertelność nie przekracza 0,5%, chociaż przebieg grypy jest stosunkowo łagodny, a liczba ofiar jest 140 razy mniejsza niż na zwykłą grypę, ogłoszono pandemię i jest to główny temat w mediach od 7 miesięcy.

3. WHO ogłosiło szósty (najwyższy) stopień pandemii świńskiej grypy – po stwierdzeniu 18 przypadków śmiertelnych. Mimo, że co roku na zwykłą grypę umiera 1 milion ludzi, nigdy z tego powodu nie ogłoszono pandemii, ani masowych szczepień. Ponadto tuż przed ogłoszeniem pandemii WHO obniżyło kryteria, które muszą być spełnione do jej wprowadzenia.

4. Większość ofiar grypy jest w krajach o niskim poziomie opieki medycznej lub tam gdzie dostęp do niej jest ograniczony, np. w USA, gdzie 1/6 obywateli nie ma ubezpieczenia zdrowotnego. 70% przypadków śmiertelnych to Ameryka Północna i Południowa, a kolejne 20% to Azja. Europa – niecałe 5%. Oznacza to, że w krajach, gdzie opieka medyczna jest na dobrym poziomie, grypa ma stosunkowo łagodny przebieg i nie stanowi większego zagrożenia, a u większości chorych nie jest nawet potrzebna hospitalizacja.

5. Na Ukrainie rocznie umiera na zwykłą grypę i jej powikłania 6,5 tysięcy ludzi, co daje około 20 osób dziennie, ale należy pamiętać, że 20 to średnia roczna, a teraz mamy sezon na grypę, kiedy to średnia jest znacznie wyższa niż w pozostałym okresie. Tymczasem od tygodnia mamy potwierdzonych 14 przypadków śmierci z powodu świńskiej grypy, co daje około 2 osoby dziennie.

6. Śmiertelność na Ukrainie wynosi w najgorszym razie 0,03%, ale jest to tylko czysta teoria, bo na dobrą sprawę nie wiadomo, ilu naprawdę jest zarażonych nową grypą. Mimo to trwa panika, a media podsycają atmosferę.

7. WHO podaje, że 70% wszystkich zachorowań na grypę (na świecie!) to grypa AH1N1. Oznacza to, że na Ukrainie po tygodniu epidemii powinno być już 630 tys. chorych na AH1N1 (900 tys. zachorowań). Tymczasem chorobę stwierdzono u kilkudziesięciu osób…

8. W Polsce rocznie na grypę choruje średnio (w ciągu ostatnich 10 lat) około 350 tys. osób, co daje około tysiąca zachorowań dziennie. Jak do tej pory od lipca stwierdzono 200 przypadków AH1N1, co daje nam zachorowalność na grypę AH1N1 w stosunku do zachorowań na zwykłą grypę w tym czasie na poziomie 0,16%. Według WHO powinno to być 70%.
SZCZEPIONKI:

9. Istnieją potwierdzone informacje o niebezpiecznym składzie szczepionek (między innymi rtęć i skwalen), oraz ich szkodliwym działaniu na ludzi, a w szczególności dzieci (uwaga od S.O.S. – pierwsza epidemia AH1N1 dotknęła USA w latach 70. USA zarządziły wtedy obowiązkowe szczepienia wszystkich obywateli, przerwane po 10 dniach w związku z komplikacjami po przyjęciu szczepionek. Do dziś rząd USA wypłacił ok. 4 mld dolarów odszkodowań w wyniku tych szczepień).

10. Mimo, że przygotowanie szczepionki zajmuje kilka miesięcy, szczepionka na świńską grypę pojawiła się już po 2 miesiącach od pojawienia się pierwszych przypadków świńskiej grypy i praktycznie od razu po ogłoszeniu pandemii. Nie ma tu również mowy o jej odpowiednich testach, które też trwają przynajmniej kilka miesięcy.

11. W Szwecji na grypę AH1N1 zmarły do tej pory 3 osoby. Natomiast po masowych szczepieniach prawdopodobnie 4, a kolejne 20 jest w ciężkim stanie. Następne 700 ma poważne komplikacje. Mimo to WHO utrzymuje, że nie stwierdzono przypadku śmiertelnego po podaniu szczepionki, a te są bezpieczne.

12. W ciągu 2-4 miesięcy, choć brak jakichkolwiek podstaw do paniki, wiele krajów zapowiedziało masowe szczepienia i zamówiło miliony niesprawdzonych szczepionek.

13. Firmy farmaceutyczne, produkujące szczepionki, są oficjalnie zwalniane z odpowiedzialności za ich ewentualne niewłaściwe działanie, w tym za wysoką śmiertelność spowodowaną ich użyciem.

14. Firmy farmaceutyczne wymuszają na rządach krajów, z którymi podpisują umowy, utajnianie przed opinią publiczną skutków ubocznych szczepionek oraz ich składu, co samo w sobie jest skandalem.

15. W wielu krajach, w tym w Niemczech i Francji, wybuchły skandale po tym, jak się okazało, że władze oraz wojsko miały otrzymać szczepionki o innym składzie niż zwykli obywatele. Szczepionki dla elit i służb porządkowych nie zawierały między innymi rtęci i skwalenu oraz innych substancji, które budzą największe obawy.

16. W większości krajów lekarze i środowiska medyczne odmawiają szczepienia się przeciwko grypie AH1N1. W Polsce tylko 5 % lekarzy deklaruje, że się zaszczepi, a ponad połowa kategorycznie stwierdza że tego nie zrobi. Mimo to trwa wielka kampania, nakłaniająca społeczeństwa poszczególnych krajów do szczepień. Uczestniczą w niej między innymi ONZ, WHO oraz Komisja Europejska, a także rządy poszczególnych krajów.

17. Wielu członków Rady Doradczej przy WHO ma powiązania z firmami farmaceutycznymi, natomiast Europejska Agencja Medyczna, która podjęła decyzje o zatwierdzeniu szczepionek przeciwko AH1N1 w Europie, jest w 2/3 finansowana przez te firmy.
Co więcej, jedna z głównych instytucji lobbystycznych (Europejska Grupa Badawcza), będąca również doradcą WHO, na 3 miesiące przed pojawieniem się grypy w Meksyku, zorganizowała sympozjum pod hasłem walki z pandemią. Wśród sponsorów tej grupy są wszyscy trzej producenci szczepionek przeciwko grypie AH1N1.

18. Firma Baxter – jeden z głównych producentów szczepionek – złożyła wniosek o opatentowanie szczepionki przeciwko AH1N1 w sierpniu 2008, czyli na pół roku przed epidemią tej grypy w marcu tego roku w Meksyku.

19. W lutym firma Baxter wysłała do Czech szczepionki na grypę sezonową. Ponieważ wydarzył się wypadek, zostały one poddane badaniom w czeskich laboratoriach. Wszystkie zwierzęta laboratoryjne, którym je podano, zdechły. Jak się okazało, szczepionka zawierała wirus AH5N1 (znacznie bardziej niebezpieczny od AH1N1 – śmiertelność na poziomie 60%). Gdyby nie wypadek, wirus został by zaaplikowany w Czechach jako zwykła szczepionka!

20. Wszystkich tych informacji nie usłyszysz w polskich mediach. Czy to normalne?
Jeśli uważasz, że nie, to odpowiedz sobie na pytania:

1. Czy jest możliwe, że w innych sprawach (np. polityka) stosowane są podobne mechanizmy ze strony mediów i że jesteś poddawany manipulacji?

2. Czy jest możliwe, ze twoje poglądy mogą być efektem manipulacji i nie oddają prawdziwej sytuacji?

3. Czy warto wierzyć mediom, które w ten sposób działają?

Jeżeli uważasz ze powyższa informacja okazała się dla ciebie przydatna – przekaż ją innym!

Komentarze (10)

JAK DŁUGO ŻYJE CZŁOWIEK?

Lata płyną, człowiek biega wokół swoich codziennych spraw i na ogół nie zastanawia się, że któregoś dnia te wszystkie,dzisiaj tak ważne rzeczy i sprawy, staną się całkiem nieistotne i trzeba będzie odejść. Póki co, lekarstwa na nieśmiertelność nasze wspaniałe koncerny farmaceutyczne nie odkryły, chociaż intensywnie próbują.

Medycyna zachodnia ma swoje recepty na długowieczność, a wschodnia swoje. Ta pierwsza proponuje łykanie potężnych dawek różnych medykamentów, suplementów i mikroelementów, a ta druga twierdzi, że wystarczy ograniczyć dietę do mniej kalorycznej, regularnie medytować i długowieczność gwarantowana. Z całą pewnością są tacy, którzy połączyli te dwie metody, ale jak dotąd nie widać jakichś spektakularnych efektów. Być może któregoś dnia dowiemy się, że jest jakieś panaceum na starzenie się, ale trzeba zacząć je stosować już w wieku np.dwudziestu lat i trzy czwarte populacji może sobie tylko popatrzeć i zazdrościć.

Tymczasem możemy jednak zaobserwować, że niektórzy z nas dożywają sędziwego wieku, a inni umierają stosunkowo wcześnie. Czy możnaby wyodrębnić jakieś ogólne zasady zdrowego życia, których stosowanie pozwoli nam dożyć w zdrowiu sędziwego wieku?

Jaki wpływ na nasze zdrowie ma na przykład palenie tytoniu? Palacze mają niezdrową cerę, kaszlą i umierają młodo na raka płuc. Teoretycznie tak. Ale mamy liczne przykłady ludzi palących całe życie i dożywających wieku niemalże matuzalemowego. Vide moja ciocia, która zmarła niedawno w wieku bodajże dziewięćdziesięciu trzech lat. Paliła od wczesnej młodości do ostatniego dnia swego długiego życia. Niedawno też miałem okazję rozmawiać z osiemdziesięciokilkuletnim staruszkiem. Staliśmy w kolejce i po mojej uwadze, że piwo i papierosy, które były widoczne w jego koszyku, nie są całkiem wskazane w jego wieku, przyznał się, że pali po czterdzieści na dobę. Najwięcej w nocy, gdy męczy go bezsenność. Wyglądał czerstwo i miał dobry humor. Więc o co tu chodzi?

stolat

Wychodzi na to, że jednym papierosy szkodzą, a innym nie całkiem.

bezczynnosc

Zastanówmy się zatem nad czym innym. Jaki wpływ na długość życia ma udane pożycie seksualne.

Wydaje się, że coś jest na rzeczy. W każdym razie czytałem gdzieś, że dla uniknięcia problemów z prostatą należy prowadzić regularne życie seksualne, w miarę możliwości oczywiście.

16

Miałem też okazję widzieć w telewizji wywiad z parą starszych ludzi, zdaje się, że około siedemdziesiątki, którzy bez żenady opowiadali o swoich „łóżkowych” sprawach. I nie było to jak w tym dowcipie:

- Dziadku, jak ty babcię zaspokajasz w twoim wieku?

- To proste. Rozbieramy się, stajemy w przeciwległych rogach pokoju, gasimy światło i biegniemy do siebie.

- No i co?

- No… ja jej podstawiam nogę i sama się wyp….oli.

Nie. Ta starsza para opowiadała ze szczegółami, poczynając od gry wstępnej i kończąc na orgaźmie. Wyglądali na ludzi zdrowych, spełnionych i wyciszonych. Byli ze sobą całe życie i od pierwszego dnia cieszyli się sobą.

Czyżby więc taka monogamiczna wierność jednemu partnerowi mogłaby jakoś pozytywnie wpływać na okres trwania życia? I czy nasze preferencje (hetero,homo,bi) mają jakieś znaczenie?

82gay

Chociaż znane są przypadki długowieczności wielokrotnych rozwodników, zmieniających partnerów wielokrotnie i w różnych kombinacjach płciowych. I jakoś im to służy. Dlaczego?

Dochodzę do wniosku, że najważniejszą rzeczą jest lubić swoje życie. Nieważne czy jest się wieśniakiem, siedzącym leniwie przed swoją lepianką na Kaukazie (nota bene miejscem znanym z wielu przypadków długowieczności i nie tylko dlatego,że dokumenty urodzeniowe zaginęły w czasie rewolucji), czy biznesmanem dożywającym swych lat w nowojorskim apartamencie. Trzeba do końca mieć jakiś cel.Czy to będzie jakaś dodatkowa praca:

pornstar

Czy chociażby zdobycie jakiejś kolejnej umiejętności:

nanaukenigdyzapozno

Jaki zatem wniosek wypływa z tego, co powyżej napisałem?

Człowiek żyje tak długo jak tego sam chce. Dopóki ma ochotę coś zrobić lub poznać, albo najzwyczajniej cieszyć się otaczającym go swiatem, tak długo ma szansę. Oczywiście dotąd, dopóki jego chromosomy mają jeszcze siłę do kolejnego podziału.

Komentarze (10)

CZOSNEK ALBO JASNA CHOROBA.

Zdarzyło się, że złapałem przeziębienie. I co tu robić? Nie jestem zatrudniony na etacie. Muszę być w pracy obecny, żeby zarabiać na życie. Moje, mojej ślubnej i naszych dwóch geniuszy. Moja żona „chwilowo” nie pracuje, bo jak sama stwierdziła – tak jest wygodniej. Komu wygodniej to widać na pierwszy rzut oka. Jej i naszym „orłom”. Nasi chłopcy chyba będą znanymi fizykami albo pisarzami. Ona tak twierdzi, bo przeczytała gdzieś, że Einstein i Reymont nie radzili sobie w szkołach, a obaj jednak dostali Nobla. Trudno dyskutować z tak logicznie uzasadnionym twierdzeniem. Z nią w ogóle trudno dyskutować, bo u nas ściany cienkie i zaraz sąsiedzi słyszą każde słowo. Jej oczywiście.W każdym razie wychodzi na to,że wychowujemy BARDZO znanych, przyszłych noblistów i chciał czy nie chciał, przeziębiony czy nie, muszę iść do pracy. Jestem odpowiedzialny przed całą ludzkością.

Nie lubię chodzić do lekarza i jak długo się da staram się tego unikać i leczyć domowymi metodami. Ponieważ nie jestem chorowity, to jakoś sobie przeważnie radzę.

Najbardziej zaawansowaną metodą leczenia są dla mnie bańki.Ja preferuję małe,tradycyjne bańki, chociaż słyszałem, że ktoś z braku takowych, przystawił sobie duży słój po ogórkach kwaszonych. W przeliczeniu na objętość to wyszło jakieś trzydzieści baniek zwykłych. Miał potem problemy z oderwaniem i pomogła dopiero interwencja sąsiadów, którzy musieli rozbić słój, żeby uratować go przed zostaniem garbatym do końca życia.

No, ale bańki to ostateczność, bo jak powszechnie wiadomo trzeba po nich przynajmniej dwa dni leżeć. W moich warunkach domowych to niewykonalne. Gdybym ja dwa dni bezczynnie leżał, moja żona musiałaby się potem poddać jakiejś zaawansowanej terapii.

Zresztą nie byłem umierający. Po prostu trochę mnie łamało, miałem lekki kaszel i katar. To wszystko.

Poszedłem do pracy.

Kierownik sali mówi – zrób coś ze sobą, bo mi tu wszystkich klientów pozarażasz. Ok szefie, mówię, zaraz coś sobie zaaplikuję.

Wypij setkę wódki z pieprzem, mnie zawsze pomaga – powiedział i poleciał na zaplecze.

Może i racja, myślę sobie. Alkohol rozgrzewa, a pieprz jeszcze bardziej. Kazałem sobie wlać na barze setkę i wsypałem łyżkę pieprzu.

Barman uśmiechnął się krzywo i mówi, że to trzeba wypić za jednym zamachem. Myśli, że głupi jestem, czy co? Wiadomo, że lekarstwo się łyka i już.

Wypiłem jednym haustem.

Niech to cholera weźmie! Myślałem, że skonam. Oczy mnie wyszły na wierzch i zaczynam się dusić. Gorąco rzeczywiście mi się zrobiło i czuję jak pot mi leci po plecach. Barman uciekł na zaplecze i słyszę jak rży.

Po kilku minutach wszystko przeszło. Pozostał tylko dyskretny zapach „lekarstwa”

Żeby nie zionąć na ludzi jak z gorzelni, wrzuciłem do ust kilka ziarenek kawy i rozgryzłem. Gorzkie cholestwo! Ale zmienia oddech na bardziej „dystyngowany”. Kawa po irlandzku albo Nescafe, z lekką nutką Finlandii. Klienci to nawet lubią. Lubieją?

Szef mnie zawołał do biura, żeby ustalić grafik na następny tydzień. Gadamy, gadamy i nagle on pociąga nosem i pyta czy coś piłem. Mówię, że tylko symbolicznie, w celach leczniczych. Trochę jestem przeziębiony.

Lepiej uważaj, mówi, tu już kilku takich było, co „w celach leczniczych” wypijali w pracy „symboliczne” pięćset gram. Kuracja była o tyle skuteczna, że żaden nie zszedł, jak to się mówi. Za to wszyscy musieli, niestety, odejść.

Szefie, mówię, jak żonę kocham, ja tylko naprawdę sto gram, dla zdrowia! Ludzi nie chcę pozarażać. Teraz taka panika z tą grypą.

Popatrzył jakoś dziwnie i mówi, żebym lepiej poszedł na kuchnię i wypił gorącego mleka z masłem i miodem. I zero alkoholu!

Poszedłem. Mleko z masłem i miodem, myślę, co to za obrzydlistwo?

Wypiłem. Okazało się smaczniejsze niż oczekiwałem i działa. Czuję jak mnie od środka rozgrzewa.

Tylko jakoś w brzuchu mi jeżdzić zaczyna i czuję, że muszę do toalety. Wyszedłem po piętnastu minutach. Prosto na kierownika.

Coś ty się dzisiaj nie przepracowujesz, rzucił zgryźliwie. Chory jestem, kierowniku, mówię. No dobra, mówi, to stój na zapleczu i poleruj dzisiaj szkło i platery, a jutro masz wolne. Odrobisz w weekend. I żebyś mi się wykurował, bo zapowiada się duży ruch.

Ja tam się zawsze leczę czosnkiem, mówi, drobno posiekany na chlebek z masłem. Trochę piecze w ustach i w żołądku, ale pomaga za każdym razem. Jak Domestos, zaśmiał się, zabija dziewięćdziesiąt dziewięć procent bakterii. Poleciał, ale za chwilę wrócił. Tylko nie w pracy, powiedział z naciskiem i poszedł.

Domestos, pomyślałem. To jest myśl. Wyciągnąłem butelkę Domestosa i powąchałem. Nie! Śmierdzi przeraźliwie. To już lepiej ten czosnek.

Jakoś dotrwałem do końca zmiany. Dwa razy jeszcze mi kucharz przynosił mleko z masłem i miodem, a na koniec, w celach absolutnie medycznych, żeby już dobić bakterie ostatecznie, jeszcze raz raz zaaplikowałem sobie sto gram wódki. Tym razem bez pieprzu, bo zbyt mi podrażniał gardło.

Po drodze do domu kupiłem w warzywniaku główkę czosnku.

Gdy dotałem do domu, żona już była w łóżku. Masz tam pierogi z kapustą i grzybami, krzyknęła z pokoju, podgrzej sobie w mikrofalówce, tylko nie za długo, bo mi całą zapaprzesz!

Ona mnie jednak kocha! Moje ulubione pierogi. Pamiętam jak moja mama lepiła całymi godzinami, żeby mi sprawić przyjemność.

Te były wprawdzie kupne, ale jednak. Pamiętała. Wzruszyłem się trochę.

Otwieram lodówkę i widzę cały talerz pierogów. Wszystkie dla mnie. A obok butelka piwa!

Stoje i tak i patrzę i myślę o czym zapomniałem. Czyżby to była rocznica naszego ślubu? Zimny pot mnie oblał, ale zaraz sobie przypomniałem, że przecież ślub braliśmy latem, a nie na jesieni.

Do końca życia będę ten dzień pamiętał.

To dlaczego to piwo w lodówce? I dla kogo? Najstarsi ludzie nie pamiętają, żeby moja żona kiedykolwiek kupiła piwo! Coś się musiało stać!

Wstawiłem pierogi do mikrofalówki i nastawiłem na bezpieczny czas trzydziestu sekund. Nie zrobiły się od tego gorące, ale już nie były zimne, a dokładna inspekcja wnętrza kuchenki wykazała, że cała operacja odbyła się bez pozostawienia najmnieszego śladu. Dla pewności przetarłem ścierką talerz obrotowy i chromowaną rączkę, bo wiadomo, że pozostają na niej ślady tłustych „paluchów”.

Jem te pierogi i nie mogę przestać myśleć o zawartości lodówki. Moje imieniny w maju, jej w grudniu. Hm.

Nagle drzwi się otwierają i ona wchodzi. Podskoczyłem na taborecie i walnąłem kolanami w stół. Talerz z niedojedzonymi pierogami też podskoczył i zabrzęczał głośno. Przestań tak hałasować, dzieci śpią, mówi ona i zbliża się do mnie. Już się zaczynam odruchowo zasłaniać, gdy ona nagle otwiera lodówkę i wyciąga to piwo. Trzyma butelkę dwoma palcami, jak jakąś truciznę.

Zrobiłam dzisiaj większe zakupy w markecie i dołożyli mi to świństwo za darmo, mówi. Wykręcałam się, ale uparli się, że to taka promocja i koniec. Zrób coś z tym. Ostatecznie możesz wypić, ale nie siedź za długo i nie kręć się po nocy, tylko kładź się spać!

Alleluja! Pierogi i piwo. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak ucztowałem!

Uwinąłem się z tym szybko, umyłem po sobie talerz i sztućce. Butelkę wyniosłem po cichu do śmietnika. Lepiej nie drażnić. Wypogodziło się i na niebie widać było wszystkie gwiazdy.

Eh, myślę sobie, życie jest piękne, jutro wolne, można będzie się wykurować. Czosnek!

Biegiem do domu, poszatkowałem całą główkę i równomiernie rozprowadziłem, po uprzednio posmarowanej masłem kromce chleba.

Kierownik miał rację. Piekło jak diabli! Żeby chociaż pomogło.

Rano się budzę i słyszę jak syn otwiera drzwi do naszej sypialni. Zamknął od razu i słyszę jak mówi do swojego brata: próchno zaczyna gnić.

Żona wstała, otworzyła okno na całą szerokość i mówi:jutro śpisz osobno. A potem tak mnie przegoniła, że biegałem cały dzień z odkurzaczem, szczotką, ścierką, miotłą, spocony jak nieszczęście.

I pomogło! Następnego dnia pognałem do pracy zdrowy jak ryba!

A do lekarza nie poszedłem! Nie będę dorabiał konowałów i złodziejskich firm farmaceutycznych! A co!

Komentarze (2)

Starsze wpisy »