http://www.avaaz.org/en/eu_save_the_internet_spread_pl/?cFgsEcb
BÒG SIĘ RODZI
Budda twierdzil, ze odrodzenie sie jako czlowiek jest wielka szansa i zdarza sie tak rzadko, ze powinnismy ta okazje wykorzystac jak najlepiej. Wedlug niego prawdopodobienstwo odrodzenia sie jako czlowiek jest takie samo jak prawdopodobienstwo tego, ze zolw mieszkajacy na dnie oceanu zajmujacego cala ziemie, wynurzajacy sie z niego raz na tysiac lat, trafi glowa na samotnie plywajaca po powierzchni, miotana falami obrecz o srednicy mniejszej niz pol metra. A jednak to sie udaje i sadzac po ilosci ludzi na swiecie, udaje sie coraz czesciej. Rodzi sie czlowiek.
Rodzi sie i jeszcze nic nie wie o tym jak wyglada swiat, na ktorym bedzie dorastal. Moze i lepiej, ze nie wie, bo ta niewiedza pozwala mu na poczatku przebywac w milym stanie spokoju i spelnienia, do czego wystarczy pelny brzuszek, czysta pieluszka i odczuwanie obecnosci mamy.
Takie trzy proste zrodelka szczescia. Nie zawsze dostepne.
Wedlug niektorych danych, w Polsce okolo 25 tysiecy dzieci przebywa w osrodkach szkolno-wychowawczych i domach dziecka. „Mama” urodzila ale nie znalazla w sobie dosyc sily, zeby pokochac i wychowac. Ojciec przewaznie nieznany, a jeszcze czesciej niechetny.
Kiedy dziecko przychodzi na swiat w normalnej rodzinie, gdzie jest oczekiwane i kochane, gdzie poswieca mu sie przynajmniej troche czasu dziennie i okazuje dowody akceptacji i milosci, ma szczescie.
Bardzo czesto jednak, juz momencie urodzenia, dziecko jest skazane na porazke. Jego mozg jest jak Tabula rasa, czysty, nieskazony zadna wiedza. Od pierwszych dni zaczyna sie zapelniac zlymi doswiadczeniami. Porzucone, zostawione w szpitalu, albo pozostawione bez opieki w domu, gdzie rodzice pija albo narkotyzuja sie, doswiadcza swiata jako zla, nie doswiadcza ciepla i pozytywnych uczuc.
Maly mozg, ktory nie ma innych doswiadczen, zaczyna traktowac taka rzeczywistosc jako norme. Tak kaze instynkt samozachowawczy. Przystosowac sie do warunkow. Jednoczesnie pojawia sie strach. Strach przed otaczajaca rzeczywistoscia, bo ona przynosi tylko zle doswiadczenia. Strach, ktory z czasem zamienia sie w agresje. Agresje przeciwko sobie samemu, okaleczanie sie, rozne formy samoagresji psychicznej, poczucie niskiej wartosci i agresje skierowana na zewnatrz.
Poki dziecko jest male, to wszystko jeszcze mozna zatrzymac, zmienic i dac mu mozliwosc normalnego rozwoju i zycia w przyszlosci. Im pozniej, tym mniejsze szanse.
Agresja malego dziecka jest niewinna, nieszkodliwa. Agresja nastolatka jest juz problemem. Dla niego samego i dla spolecznosci, w ktorej zyje.
Nawet jesli na poczatku cos pojdzie w zyciu nie tak, to zawsze jeszcze mozna to odkrecic, ale im pozniej tym wiecej pracy nad soba, poswiecen, wyrzeczen i pomocy innych. Co najwazniejsze, sam zainteresowany musi miec chec na zmiane swego zycia na lepsze. Dziecko ma naturalna inklinacje do bycia dobrym. Jesli tylko ma taka mozliwosc, to nie chce celowo i swiadomie krzywdzic nikogo. Potem to juz roznie bywa. Cala masa ludzi znajduje upodobanie w krzywdzeniu innych, zycia ich kosztem, zabijaniu nawet. Wiekszosc tych zachowan ma swoje zrodlo w dziecinstwie.
Rzecz jasna, nie tylko takie czy inne dziecinstwo ma wplyw na pozniejsze zachowania czlowieka. Kazdy z nas ma w sobie spora doze agresji, bo tak nas natura stworzyla i takie sa okolicznosci przyrody. Ale jak to ze wszystkim, czlowiek nawet tutaj posunal sie dalej niz cala otaczajaca nas natura. Z jednej strony pozwolilo to gatunkowi ludzkiemu opanowac Ziemie calkowicie, ale z drugiej strony wywoluje fale samodestrukcji. Gdyby udalo sie jakos ukierunkowac ta energie w dobrym kierunku, to pewnie jako mieszkancy niebieskiego globu, bylibysmy juz o wiele dalej w rozwoju. Pod kazdym wzgledem.
Poki co jednak moznaby chociaz zaczac od podstaw, jak na przyklad ulatwic proces adopcji. Tymczasem u nas w Polsce, zmienia sie, i tak juz dosyc restrykcyjne, prawo o adopcji i do tego w sposob kretynski wlasciwy wszystkim kretynom, ktorzy siedza na Wiejskiej i biora duze pieniadze za uchwalanie kolejnych ustaw, utrudniajacych zycie obywatelom, ktorych jakoby reprezentuja(sic!).
CI CHOLERNI FENICJANIE!
Jak pisze ojciec historii Herodot, wszystko zaczęło się od nich. Wszystko tzn. Wojny, najazdy, zabory i zdrady. Tylko przybyli znad Morza Czerwonego (skąd ich tam przywiało to już teraz za cholerę nikt nie dojdzie) zaraz zaczęli „się kręcić” czyli uprawiać to, co najbardziej lubili, a mianowicie „handełes”. Przyjęło się też uważać, że to oni wynaleźli pieniądze, chociaż niektóre badania wskazują na to, że tylko przejęli ten, pożyteczny dla ich ulubionej profesji, wynalazek. W każdym razie, na pewno posługiwali się nim (tzn. Pieniądzem) z dużą biegłością. Jak się przypuszcza, początkowo przyjmowali zapłatę za swoje towary w różnych metalach, takich jak ołów , cyna i srebro, ale to wiadomo – ciężkie i nieporęczne, więc po rozwinięciu swojej sieci handlowej, a docierali aż do terenow dzisiejszej Wielkiej Brytanii (po cynę właśnie), wygodniej było płacić czymś poręczniejszym w dalekiej podróży, na przykład skryptem dłużnym czyli informacją księgową zapisaną na kawałku papirusa, czy czego tam. A żeby się nie męczyć z tymi cholernymi hieroglifami ( bo kto toto mógł zrozumiec), wynalezli pismo alfabetyczne. Żeby jednak nie było tak prosto, nie zawierało ono samogłosek. Po prostu trzeba było je sobie dośpiewać, wstawiając w trakcie czytania. Założę się, że dochodziło do licznych nieporozumień na tym tle, bo przecież jak taki jeden z drugim Fenicjanin chciał napisać do żony, że własnie jest na delegacji i wydał wszystkie pieniądze na „krw”, to szanowna małżonka mogła być lekko podenerwowana dopóki się nie wyjaśniło, że chodziło o zakup stada bydła.
Kiedy popatrzeć na mapę Fenicji TUTAJ, to się człowiek zastanawia jak takie małe państewko, a właściwie nawet tylko luźny związek kilku miast, mógł kręcić handlem w całej północnej Afryce, południowej Europie i na sporych obszarach Azji?
Wydaje się, że oni po prostu zawsze byli o krok do przodu przed innymi i potrafili to umiejętnie wykorzystać. Kiedy cała okolica jeszcze się tarzała w błocie ze świniami, oni już kombinowali komu by te świnie opylić i jaki na tym będzie geszeft.
W poszukiwaniu rynków zbytu dotarli między innymi do Hellady i tam się zdarzył ten wypadek przy pracy, o którym wspomina Herodot, nazywając go początkiem wszystkich problemów.
Jak już pohandlowali i prawie wszystko opylili, zaczęli się rozglądać za jakimś korytem i wypitką. A jak się człowiek posili i trochę wypije, to wiadomo czego zaczyna szukać. Jak uczy nasz klasyk – „patrzy kogo by tu za pierwszą krzyżową złapać i na konto wolnej miłości pobajerować„.
Żeby to się działo w Koryncie to może by i nie doszło do żadnych incydentów, bo tamtejsze panie, jak przekazuje dziejopis, lubiły sobie dorobić na boku, handlując ochotnie tym, co miały najlepszego. Ale statek zawinął akurat do Argos, panowie handlujacy byli już dosyć długo w podróży, a wiadomo, że jak facet sobie przez dluższy czas nie „pobzyka” to mu testosteron różne figle w głowie wyprawia.
No więc, długo nie myśląc, Fenicjanie porwali na swoją galerę kilka kobitek, które akurat przechadzały się wśród resztek wyłożonego towaru. I popłynęli. Do Tyru, Byblos czy skąd ich tam wiatry przygnały.
Co innego jednak porwać gdzieś w głębi Afryki czarną dziewczynę, która się niczego nie spodziewa i spokojnie posila się na sawannie (co zresztą nagminnie robili, bo skądinąd wiadomo, że handlowali niewolnikami na dużą skalę), a co innego dokonać kidnapingu w biały dzień, w środku zatłoczonego portu. Zaraz się rozniosło. Do tego, jak na nieszczęście, jedną z tych porwanych panienek okazała się być niejaka Io – miejscowa księżniczka.
Możliwe, że Fenicjanie popełnili ten sam błąd, co każdy głupek, który ma trochę więcej pieniędzy i myśli, że to już wystarczy żeby robić co mu się żywnie podoba, a reszta świata może mu „skoczyć„. Ale chyba nie, bo na żądanie oddania niewiasty i zaplacenia kary umownej, zaczęli udawać „Greka” i tłumaczyli się, jakkolwiek dość pokrętnie. Cytuję za Herodotem: „…, że w Argos miała ona stosunek z kapitanem okrętu, a kiedy zauważyła, że jest brzemienna, z obawy żeby jej sprawka nie wyszła na jaw przed rodzicami, sama dobrowolnie z Fenicjanami odpłynęła”.
Fenicki okręt stacjonował w Argos tylko sześć dni i tylko głupi by uwierzył, że kobieta może stwierdzić, że jest w ciąży już w pięć dni po stosunku. Grecy nie uwierzyli, unieśli się honorem i odwzajemnili się tym samym, porywając z Tyru królewską córkę o imieniu Europa.
No i zaczęło się kotłowac w całej okolicy. Porwania, wojny, oblężenia miast, Medea, Helena Trojańska i tak dalej. I kotłowalo siętak, do Hannibala i Aleksandra McEdonsky’ego, aż się tamtejsze miasta pozamieniały w kupy gruzu, a Rzymianie wzięli wszystkich za dupę. A po Fenicjanach został tylko smrodek historii i kilka wynalazków. Między innymi pieniądze. I chociaż Fenicjan już dawno szlag trafił, to ich wynalazek wciąż jest powodem większości nieszczęść tego świata. Krw ch mć.
Prawda, cała prawda i tylko prawda.
Przyjrzałem się tu i ówdzie toczącym się, blogowym dyskusjom na temat historii Polski, jej bohaterów i szkodników i nasunęła mi się myśl natury ogólniejszej.
Co to jest „prawda”, od czego zależy i czy w ogóle takie zjawisko istnieje?
W naturze, prawda jako zjawisko obiektywne nie występuje, bo jest nikomu nie potrzebne lub też wszystko jest prawdą – samo z siebie. Rzeczy dzieją się niezależnie od naszej oceny ich prawdziwości, chociaż akurat buddyzm twierdzi, że tak naprawdę nic się nie zdarza, a cała rzeczywistość jest tylko projekcją naszego umysłu. Musiał o tym chyba wiedzieć niejaki Rene Descartes, który sformułował słynne i powszechnie znane: „myślę więc jestem”, czyli dowodził, że na prawdziwość istnienia wskazuje aktywność naszego umysłu. Ale to już chyba zbyt daleko posunięte grzebanie się w bebechach, w każdym razie jak na potrzeby tego tekstu.
Wróćmy do Polski i tych, którzy ją zdradzili, rozsławili, ukochali albo mieli w głębokiej pogardzie. Do Polski czyli do Polaków, bo przecież kraj tworzą ludzie zamieszkali na jakimś terytorium i przyznający się do bycia jego obywatelami. Przy okazji trzeba wspomnieć o wątpliwości podnoszonej tu i ówdzie, a ostatnio na jednym z blogów też, czy Żydów, zamieszkujących przez wieki na wschodzie Rzeczypospolitej, z dziwnym upodobaniem, przy okazji każdej zawieruchy dziejowej, mordowali Ukraińcy, Rusini, Tatarzy, Kozacy czy jednak Polacy? Nie udało się na tamtym blogu ustalić tego jednoznacznie i to pomimo prawie dwustu komentarzy. Jak było do przewidzenia rzecz zamienila się w słowne utarczki Żydow, antysemitow i kilku, nic nie rozumiejacych, outsiderow. Ale, wracając do meritum, czyli prawdy, w tym wypadku prawdą jest, że ich mordowano i można by też chyba zaryzykować stwierdzenie, że stosunek zabitych do liczby całej populacji żydowskiej był wyższy niż przeciętnie. Ale to ostatnie już nie jest takie pewne, bo przecież na tych terenach różne nacje rabowały, gwałciły i uśmiercały się namiętnie i z wielką częstotliwością przez całe stulecia, a liczba zwłok ludzi i zwierząt, zalegających w żyznych czarnoziemach, liczy się w miliony.
Podobnie rzecz ma się ze wspomnianymi na wstępie „szkodnikami”. Jak na przykład zaklasyfikować Jana III Sobieskiego? Z punktu widzenia intencji czy skutków jego działań? Pobił Turków pod Wiedniem i ocalił Europę, za co potem Polska (w ramach wdzięczności) została pokrojona w kawałki i rozebrana. Znaczy, zrobił dobrze czy źle? Intencje były dobre, a skutki opłakane. A taki Stalin, na przykład. Wykroił sobie Polskę jako sąsiada, tak jak mu się podobało, wyrzucił nas z naszych odwiecznych włości na wschodzie, oddając w zamian to, co i tak do niego nie należało – Ziemie Zachodnie. Chyba nikt nie zaryzykowałby stwierdzenia, że zrobił to kierowany przyjaznymi, propolskimi intencjami. A jednak skutki, jeśli popatrzymy na to bez emocji, są w gruncie rzeczy pozytywne dla Polski jako państwa. O wiele bardziej zwarta i gospodarczo wyrównana struktura terytorialna, dostęp do morza na całej północnej granicy i praktycznie jednolity skład narodowościowy. No więc, gdzie tu prawda?
Można by takie przykłady mnożyc, dyskutować argumenty za i przeciw i to się oczywiście dzieje na wielu blogach, bo to chwytliwy i kontrowersyjny temat. Wydaje się też, że w wielu przypadkach jesteśmy świadkami manipulacji. Bardziej lub mniej widocznej.
Jak by to przygnębiająco nie brzmiało, prawda nigdy nie będzie nam dana. Kłamstwo jest nieodłącznym towarzyszem człowieka od momentu gdy opanujemy sztukę mówienia. A w dorosłym życiu, im większa skala naszych działań i im bardziej ambitne nasze cele, tym wieksze i bardziej karkołomne nieprawdy, półprawdy i kłamstwa. Jak powiedział chorąży orszański Andrzej Kmicic: „Kto nie musi symulować! Symuluje każdy, zwłaszcza jeśli chce czegoś znacznego dokonać.” Oczywiście kłamał, bo akurat myślał całkiem odwrotnie.
Klopotliwa propozycja.
Pewna propozycja, ktora dostalem ostatnio przez internet przypomniala mi sytuacje sprzed jakiegos czasu, gdy jeden z moich znajomych ulegl wypadkowi drogowemu. W wyniku tego zajscia jego samochod zostal powaznie uszkodzony, a on sam zostal zakuty w gipsowa zbroje, ktora pozwalala mu sie poruszac, ale cala jego prawa reka byla unieruchomiona i umocowana na metalowej konstrukcji, w stanie permanentnego uniesienia (w sensie pozycji oczywiscie, a nie szalu uczuc). Pomijajc takie drobne sprawy jak koniecznosc nauczenia sie jedzenia lewa reka i wykorzystywania tejze do czynnosci o charakterze higienicznym ( nie chodzi o dlubanie w nosie, gdyby ktos pytal), stale uniesiona reka powodowala liczne problemy. Wsiadanie do srodkow komunikacji miejskiej stalo sie koszmarem. Ilez to razy musial wysluchac gorzkich wyrzutow wspolpasazerow, ze sie rozpycha albo po jakas cholere trzyma reke w powietrzu w takim tloku. Wyjasnianie za kazdym razem, ze nic z tym nie moze zrobic przynosilo mieszane efekty – czesc wspolpasazerow wspolczula, ale inni robili zlosliwe uwagi, a ktoregos dnia zostal nawet obity laska przez jakas krewka starusze, ktora najwyrazniej niedowidziala i slabo slyszala ale miala jeszcze sporo krzepy, bo slady laski utrzymywaly sie na plecach przez kilka dni. Z taksowek nie mogl za bardzo korzystac, bo po pierwsze drogie, a po drugie samo wsiadanie zajmowalo mase czasu i wymagalo zdolnosci iscie cyrkowych. Jego zycie towarzyskie praktycznie zamarlo, bo chociaz dalej mogl podnosic w gore kufel z piwem czy kieliszek to ta dziwna pozycja reki albo izolowala go i siedzial z boku zapomniany przez reszte towarzystwa, co bylo jeszcze do przelkniecia, albo skupial na sobie cala uwage i to juz bylo nie do zniesienia. Czesto zaczepial o meble np. sklepowe i wystajace przedmioty. Przestal sie pokazywac na miescie. Ogolnie jego zycie stalo sie koszmarem. I to wszystko w wyniku wypadku drogowego, ktorego zreszta sam nie spowodowal, tylko byl ofiara.
A czy ktos by chcial sobie cos takiego zrobic na wlasne zyczenie? I jeszcze mialby za to zaplacic wcale nie male pieniadze? Ja raczej nie i dlatego odrzucilem, wspomniana na wstepie, propozycje ktora dotarla do mnie z otchlani internetu i brzmiala: „Aby mieć Erekcję na Życzenie nie ważne w jakim momencie… przez 7 dni i 7 nocy w tygodniu.”
Moje zycie i tak jest dostatecznie trudne.
Ja sie przenosze do Belgii
Na polnocy Afryki wrze caly czas i kolejne panstwa sa wstrzasane erupcjami spolecznego niezadowolenia. Nastala muzulmanska Zima Ludow. W takiej Tunezji czy tez innym Egipcie sprawy posunely sie juz tak daleko, ze prezydenci, stojacy na czele rzadu, musieli salwowac sie ucieczka i pozostawiac swoje gabinety na lasce losu, czyli rozwscieczonego tlumu. Ludziom juz nadojadaly te same twarze od kilkudziesieciu lat. Chca zeby rzadzil nimi kto inny, bo a nuz bedzie lepiej. No coz. Glupich nie sieja. Bedzie tak samo. To znaczy, tym, ktorzy do tej pory byli blisko koryta sie pogorszy, a tym, ktorzy teraz sie do niego dorwa sie polepszy. Oczywiste i proste jak konstrukcja cepa. My, ktorzy przezylismy przewrot w demoludach w koncu lat osiemdziesiatych poprzedniego stulecia, i ktorzy widzielismy co sie dzialo potem i co sie dzieje teraz, nie mamy juz chyba zludzen. Jak spiewal niezapomniany Jan Kaczmarek – wszystko musi wyjsc na zero.
No wiec kotluje sie tam w tych “arabludach” jak wielkie nieszczescie, i czlowiek sie zastanawia – kto za tym stoi? Cos za duzo tych rewolucji na raz w tym samym miejscu. I ci rozwrzeszczani (i rozwrzeszczane) tubylcy, ktorzy chca zmiany rzadu i na pierwszy rzut oka i ucha nie widac i nie slychac artykulacji zadnych innych marzen. Wydaje sie, ze ci biedni prostolinijni Arabowie nie chca juz byc tak po prostu bici w morde przez wladze, jak do tej pory. Oni chca zmian “demokratycznych”. Jeszcze biedacy nie wiedza, ze i tak beda dalej kopani w dupe, tylko raz na jakis czas pozwoli im sie na udzial w teatrze wybierania kopiacego. A kazdy kandydat bedzie im obiecywal, ze ich tak lekko kopnie w jadra, ze ich nic a nic nie zaboli. A jak sie zdarzy, ze bedzie musial kopnac naprawde mocno, to przedtem da kazdemu maseczke ochronna na twarz, a potem lizaka. Tylko juz przewaznie nie dodaje, ze da maseczke, zeby sie nikt na niego nie wyrzygal, a lizaka zeby mu zatkac pysk.
A zatem, wrocmy do pytania, kto za tym stoi. Prawdopodobnie szybko sie o tym przekonamy. Akurat w tym miejscu zbiegaja sie tak liczne interesy, ze jest mozliwe kilka lub nawet kilkanascie opcji. W kazdym razie na pewno chodzi o cos wiekszego, bo te rozruchy maja zbyt wielki zasieg terytorialny. Czy chodzi o rope, Izrael, Iran, interesy amerykanskie, niemieckie, chinskie, europejskie czy rosyjskie? Mozliwe, ze chodzi o wszystko na raz, bo cos zbyt powsciagliwie sie komentuje te wydarzenia.
A ludzie, jak to ludzie. Jak im za dobrze, to zaczynaja sie nudzic i szukaja dziury w calym i mozliwosci wyladowania agresji. Dlatego to zawsze studenci sa najbardziej aktywni przy wszystkich przewrotach. Nie dosc, ze wystarczajaco naiwni zeby dac sobie wmowic dowolna idee, to jeszcze dysponuja nadwyzkami energii, ktorej nie zdazyli wydatkowac na seks i pijanstwo.
W stronach gdzie obecnie dochodzi do rozruchow nadwyzki energii wystepuja permanentnie. Kto byl w Tunezji, Egipcie czy w innym kraju polnocnej Afryki ten pewnie przyzna mi racje, ze oni sie tam raczej nie przepracowuja. Z ich wydajnoscia pracy, kraj nie bedacy odwiedzany masowo przez turystow, bylby caly czas na etapie sochy i cepa, co kawalek dalej na poludnie ma wlasciwie miejsce.
Alkoholu tam oficjalnie pic nie wolno, a seks jest oblozony tyloma tabu, ze zanim odezwiesz sie do jakiejs miejscowej kobiety, lepiej upewnij sie, ze zalozyles kamizelke kuloodporna.
Zeby tylko to kombinowanie nie skonczylo sie dla nich jak w tym dowcipie:
Arab jechal przez pustynie i w pewnym momencie wielblad odmowil dalszej jazdy. Szczesliwym zbiegiem okolicznosci znalezli sie blisko warsztatu samochodowego i Arab poprosil mechanika o porade. Mechanik spojrzal na wielblada, wzial do reki wielki mlotek i mowi -”Dawaj go pan na kanal!” Arab troche zdziwiony, ale wepchnal wielblada na kanal. Mechanik zaszedl wielblada z tylu, wzial potezny zamach i przywalil wielbladowi w genitalia. Wielblad wyskoczyl jak z procy, az sie zakurzylo. “Ale jak ja go teraz dogonie?!”- zaczal rozpaczac Arab. “No dobra, wlaz pan na kanal” – zaproponowal mechanik.
A tymczasem w Belgii nie ma rzadu od 250 dni (18.02.11). “Demokratyczne” wybory sie odbyly i koniec. Rzadu sie sformowac nie udaje. To jak to? Nikt sie nie wyzywa od “kaczorow”, “Niemcow”, Popaprancow, Pisuarow i innych? Nikt nie mowi, ze trzeba podniesc podatki (jakoby na emerytury nie wystarczy sic!)? Nie ma przepychanek w parlamencie? Nikt nie obiecuje ciec budzetowych i nie mowi, ze jednak, wbrew obietnicom, na nic nie wystarczy? Super! To ja sie tam przenosze!

Jak wszyscy, to wszyscy. Babcia też!
Wlasnie jestem swiezo po wysluchaniu audycji III programu Polskiego Radia p.t „Zlobek – za czy przeciw”, z gremialnym udzialem sluchaczy, wszelkimi mozliwymi drogami. Momentami mialem wrazenie, ze prowadzacy (nazwiska nie pomne) nie radzi sobie z tym nawalem opinii i nie nadaza odczytywac maili i odbywac rozmow telefonicznych. Do tego jeszcze odtwarzano z tasmy wypowiedzi jakichs „autorytetow”. W kazdym razie audycja toczyla sie w tempie iscie kosmicznym i opinie przeplataly sie tak szybko, ze trudno bylo sie w tym wszystkim zorientowac. Tym bardziej, ze wielu rozmowcow i piszacych maile mowilo i pisalo o przedszkolach, a nie zlobkach albo w ogole nie na temat. Sprawa ma chyba zwiazek z jakas nowelizacja jakiejs ustawy. Cala dyskusja toczyla sie jakims dziwnym torem i troche mnie nerwy zaczely brac. Juz mialem nawet zamiar sam chwycic za telefon i zadzwonic, ale pomyslalem, ze bede musial poczekac ze sluchawka przy uchu kilkanascie minut zeby sie dostac na antene i wlasciwie moja wypowiedz zniknie w tej rozgadanej gmatwaninie i dalem sobie spokoj. Szkoda pieniedzy.
Ale tutaj moge sie wypowiedziec spokojnie i miec pewnosc, ze moj glos cos znaczy. Ostatecznie to moj blog!
)
Po pierwsze, pytanie bylo postawione bez sensu. W tych czasach rownouprawnienia zlobek jest taka sama smutna koniecznoscia jak zaklad pogrzebowy. Wiadomo, ze nie kazdy ma pod reka Dziadka czy Babcie, ktora posiedzi, przypilnuje, podkarmi i wyprowadzi na spacer. A gdzies trzeba dziecko zostawiac jak sie wraca do pracy w kilka albo kilkanascie tygodni po urodzeniu potomka. I chociaz z psychologicznego punktu widzenia to jest bardzo trudny okres dla dziecka, to czesto po prostu nie ma wyjscia. Samotna matka jest tutaj klinicznym przykladem tej koniecznosci. Klinicznym przykladem kretynstwa jest powrot do pracy zaraz po porodzie, bo trzeba np. splacac raty za samochod. Ale mniejsza o to. Pytanie powinno brzmiec: „Jesli zlobek, to jaki?”.
Te „autorytety” wypowiadajace sie w „Trojce” mowily jakie to widzialy wspaniale zlobki w Europie, z psychologami, pedagogami i wszelkiej masci specjalistami i ze oczywiscie powinnismy dazyc do osiagniecia takich samych standartow w Polsce. Kompletna bzdura. Od kiedy takiemu malemu dziecku potrzebny jest psycholog czy inny pedagog? Takie dziecko potrzebuje byc przewiniete, nakarmione i przytulone i tyle. Najlepiej, rzecz jasna, przez matke. Ojciec w tym wczesnym etapie rozwoju dziecka odgrywa mniejsza role, ale nie marginalizowalbym go tak bardzo. A w takim zlobku, ktory ma dosyc pieniedzy na zatrudnienie kilku osob z odpowiednim wyksztalceniem, a co za tym idzie pobierajacych stosowna wyplate, trzeba przyjac duzo dzieci, zeby caly biznes sie w ogole oplacal, nawet jak zlobek jest finansowany przez panstwo. Duzo dzieci, znaczy malo czasu poswiecane kazdemu dziecku z osobna. A zatem: po pierwsze: na cholere to cale wyksztalcenie? Po drugie: czy matka, ktora wychowuje swoje dziecko, nie poradzi sobie z tym, bo nie ma stosownego wyksztalcenia? Po trzecie: czy Babcia, ktora zajmuje sie dzieckiem swojej corki, jest gorsza od absolwentki wychowania przedszkolnego czy pedagogiki?
Ja sam, tutaj w Irlandii, obserwuje calkiem inny model. Moim zdaniem zblizony do idealu, bo zalatwiajacy kilka spraw na raz.
Po pierwsze – matki zdaja sie wykorzystywac pierwszy rok platnego urlopu macierzynskiego w calosci, bo nie widzi sie dzieci calkiem malych. Po drugie – jest spora dywersyfikacja oferty takich miejsc, gdzie mozna poslac dziecko, bo na otrzymanie pozwolenia nie trzeba spelniac zbyt restrykcyjnych warunkow. Ostatecznie we wlanym domu dziecko tez nie ma specjalnej toalety tylko dla siebie i wystarczy deseczka dopasowujaca ksztalt i rozmiar kibelka do potrzeb malucha. Po trzecie – jest sporo tzw. prywatnych ofert od matek, ktore niedawno urodzily i zeby dorobic sobie do zasilku, przyjmuja dodatkowo jedno lub dwoje dzieci i zajmuja sie nimi kilka godzin dziennie, za stosunkowo niska oplate. I to jest wlasnie najlepsze w tym calym systemie. Nie dosc, ze dziecko ma lepsza opieke, bo jest w bardzo malej grupie, to taka forma jest duzo tansza i wygodniejsza dla matki. Poza tym, nie ma takiej presji na rynek zatrudnienia, bo wiele kobiet, ktore urodzily, dorabia sobie w domu i nie chce powrotu do pracy. Same zalety. Niestety taki system nie bedzie popierany przez sternikow naszego panstwa, bo dziala zbyt dobrze, a nie ma nic gorszego niz sprawne i dobrze zarzadzane panstwo. Trudniej sie wtedy kradnie.
Dlatego mysle, ze zamiast ulatwienia zycia polskim (unijnym?) kobietom, kolejna nowelizacja je utrudni i kiedys doczekamy sie wprowadzenia zapisu o koniecznosci odbycia przez Babcie stosownych kursow pedagogicznych i uzyskania wlasciwych uprawnien. To wcale nie zarty.
A jak juz jestesmy przy zartach i babciach:
Rok 1945. Wojska radzieckie wyzwolily kolejne miasto w Polsce. Wszytkie kobiety, ze strachu przed zgwalceniem poukrywaly sie po piwnicach. Do jednej z takich piwnic wlamal sie oddzial zolnierzy radzieckich i kaze kobietom wychodzic. Mloda, ale juz w wieku, ze tak powiem kolokwialnie „tartacznym”, dziewczyna patrzy ze strachem na zolnierza, a potem na bacie, ktora takze ukryla sie w piwnicy. „Babcia tez?” – pyta zolnierza. Soldat patrzy niezdecydowanie. „Jak wszyscy to wszyscy. Babcia tez!” mowi z sila seniorka i wychodzi z piwnicy.
Zle sie dzieje w Burkina Faso
Zle sié dzieje w Burkina Faso.
Otrzymalem ostatnio, a wlasciwie otrzymuje dosyc regularnie od jakichs kilkunastu miesiecy, ten sam alarmujacy e-mail od dyrektora Banku Centralnego Burkina Faso, z prosba o pomoc w pewnej delikatnej sprawie. Otoz okazuje sie, ze pewien czlowiek, zdaje sie, ze obywatel amerykanski, ktory inwestowal spore kwoty pieniedzy w tym przyjaznym dla inwestorow kraju, zmarl nagle. Nie doszukujmy sie zadnych podtekstow w tym fakcie, bo chociaz dyrektor Joseph Mbumba (czy jakos tak) nie przytacza w swoich proszalnych listach okolicznosci smierci tego zacnego(dlaczego zacnego, zaraz wyjasnie) biznesmana, to zdaje sie, ze po prostu umarl ze starosci czy tez w zginal w wypadku drogowym, o ktory w Afryce tak latwo jak o banana. Sam ten fakt nie zaprzata specjalnie atencji szanownego Dyrektora, ale jego konsekwencje juz zdecydowanie zaprzataja. Nalezy tez dla porzadku wspomniec, ze ow szacowny(potem wyjasnie dlaczego) Amerykanin (tutaj nie jestem pewien, bo czasami mister Mbumba(czy jakos tak) wspomina tez, ze mial obywatelstwo Brytyjskie. No wiec ten Amerykanin czy Brytyjczyk (musza miec straszny balagan w papierach w tym Banku) nie dosc, ze umarl to jeszcze dziwnym zbiegiem okolicznosci nosil to samo nazwisko co ja!! To dosyc kuriozalna historia, bo moje nazwisko jest przekrecane przez 99 procent Polakow, ktorzy mnie spotykaja i praktycznie nie do wymowienia przez Anglosasa, wiec nie wiem jak ten biedak radzil sobie z tym jako Amerykanin czy Brytyjczyk. No ale coz, to juz nie jego problem, bo spoczywa w pokoju. Dyrektor Mbumba (czy jakos tak), zapewne z zawodowej dyskrecji (ech ci bankowcy) nie wymienia nazwiska szacownego (potem powiem dlaczego!) zmarlego. Zapewne chce mi tez oszczedzic przykrosci skonstatowania, ze zycie jednak sie skonczy. Jakby tego bylo malo, ten delikwent nosil tez takie samo jak ja imie! Marek. Nigdy nie slyszalem, zeby jakis Anglosas mial na imie Marek (Czech to jeszcze), ale swiat sie zmienia, nie o takich sprawach nawet filozofom sie nie snilo. Krotko mowiac – wszystko mozliwe. Zreszta te watpliwosci odsunely sie na plan dalszy w trakcie dalszej lektury pisma dyrektora Mbimbu(czy jakos tak). I tu dochodzimy do tego dlaczego tenze denat byl tak szacowny. Otoz on byl tak czasowny, bo pozostawil w tym banku konto z okragla sumka kilku (czasami dyrektor Mbemba (czy jakos tak)wspomina kwote kilkunastu) milionow. I tu nie jestem pewien czy to chodzi o dolary czu euro czy funty, bo w tym stresie dyrektor za kazdym razem pisze co innego ( niezly tam musza miec balagan w papierach w tym banku). Przy tym wszystkim nie pozostawil zadnych dyspozycji na wypadek swojej smierci. Bank nie moze odnalezc zadnych krewnych i sytuacja zdaje sie byc bez wyjscia, to znaczy lape na pieniadzach polozy Panstwo Burkina Faso, czyli miejscowy prezydent, bo wiadomo jak sie te sprawy zalatwia w tamtych okolicach.
Na szczescie, cudownym zrzadzeniem niebios (ktos wie jaka oni tam religie wyznaja?) dyrektor Mbembe(czy jakos tak) odnalazl mnie w Necie i mozna by sprobowac jakos sprawe tych marnych kilku (kilkunastu?) milionow (mniejsza o walute) zalatwic.
Prosze wybaczyc, ze tak tutaj rozwijam sie z ta sprawa i troche przynudzam, ale nie codziennie dostaje sie takie propozycje(chociaz ja wlasciwie moge powiedziec, ze codziennie). Krotko mowiac propozycja dyrektora Mmbulbe(czy jakos tak) jest nastepujaca: On ze swojego banku w Burkina Faso przeleje na moje konto w Europie cala kwote zostawiona przez … nazwisko nie ma tu istotniejszego znaczenia, a ja potem odpale mu dzialke w kwocie kilkudziesieciu marnych tysiecy (mniejsza o walute) i przeleje ja na jego prywatne konto, ktorego poki co on nie podaje. Trudno mu sie dziwic, bo rzecz wymaga dyskrecji i jest prawde powiedziawszy watpliwa moralnie.
Swoja droga, dziwny ten dyrektor (mniejsza o nazwisko). A jak ja mu tych kilkudziesieciu tysiecy (mniejsza o walute) nie odpale i wyjade w nieznanym kierunku, to co? Naiwnosc ludzka nie zna granic. Ani kontynentow.
Teraz mam tylko taki problem, ze dla ruszenia tej sprawy zostalem poproszony przez dyrektora Blemmble (czy jakos tak) o wplate kilkuset (czasami chce tylko sto) dolarow na jego nazwisko (mam nadzieje, ze sie nie pomyle) przez Western Union, ale najpierw o podanie wszystkich moich danych adresowych (imienia i nazwiska tez, sic!) i oczywiscie numeru konta, na ktore ew. bedzie przelana rzeczona kwota. Chodzi o to, ze to wszystko musi wygladac naturalnie. Te kilkaset (czasami tylko sto) dolarow (bywa, ze euro), to jakies koszty manipulacyjne.
Na nieszczescie akurat jestem bez pracy, nie mam tych cholernych kilkuset (bywa, ze tylko stu(mniejsza o walute)) i szlag mnie trafia. Tam czeka na mnie kilka (kilkadziesiat? raz chyba bylo kilkaset) milionow (mniejsza o walute) i dyrektor (mniejsza o nazwisko), ktory chyba ryzykuje zycie zeby mnie uszczesliwic, a ja nie moge zdobyc pieprzonych kilkuset (czasami tylko stu(mniejsza o walute))!!
Na szczescie tylko co przyszedl e-mail, ze moja aplikacja o prace w firmie Schwartz & Brothers Inc. okazala sie sukcesem.
Moje CV (chyba bylem pijany jak wysylalem, bo za cholere nie pamietam nazwy tej firmy) zostalo zaakceptowane i moge zaczac nawet jutro. Praca w domu. Wszystko co mam robic, to przelewac pieniadze z konta na konto za kazdym razem zostawiajac sobie cos z przelewanej sumy jako prowizje. Czasami mam wyslac cos przez Western Union. Zarobek rzedu 45 tys dolarow miesiecznie nalezy do srednich w tej firmie. Zyc nie umierac. I to akurat na mnie trafilo!
No to chyba uda mi sie teraz odlozyc te(mniejsza o kwote i walute) i wyslac do dyrektora (mniejsza o nazwisko) Banku Centralnego Burkina Faso, a on z kolei przeleje mi te (mniejsza o kwote i walute), a ja mu znowuz odpale te (mniejsza o kwote i walute).
Swoja droga, zle sie dzieje w Burkina Faso, ze takich naiwniakow zatrudniaja na dyrektorow banku. I jeszcze dopuszczaja do takiego balaganu w papierach. No, ale to juz nie moj problem.
Przyjemności.
Przyjemnosci.
Jak sie blizej przyjrzec, to okazuje sie, ze zycie wiekszosci z nas, a moze i wszystkich, to jest tylko proba unikania stresow i pogon za przyjemnosciami.
Maly osobnik, ktory zaczyna mniej wiecej lykac o co chodzi w tym zyciu, zaraz zaczyna szukac okazji do zabawy i wlasciwie cale zycie przed – szkolne uplywa mu na zabawie. Szkola jest oczywiscie nieprzyjemnym zaskoczeniem, wiec zaczyna sie ciuciubabka w unikanie stresu i szukanie kazdej okazji, zeby wrocic do zabawy. Zabawki sie oczywiscie wraz z wiekiem zmieniaja, ale az do momentu podjecia jakiejs dzialanosci zarobkowej, zabawa stoi na pierwszym miejscu.
Gdzies po drodze wiekszosc z nas zauwaza, ze jak sie ma wiecej pieniedzy to mozna miec wiecej przyjemnosci. Wykluczyc tu nalezy idiotow, bo ci jak wiadomo, ciesza sie z samego faktu bycia zywym, a wysilanie sie na jakies szukanie dodatkowych przyjemnosci uwazaja po prostu za idiotyzm.
No wiec zauwazamy, ze pieniadze ble, ble, ble…. Mezczyzni, jako mniej rozgarnieci, rzucaja sie natychmiast w wir pracy, biznesow lub dzialalnosci przestepczej(jak zauwazylem powyzej, nie dotyczy to idiotow), zeby rzeczone pieniadze zdobyc i zapewnic sobie jak najwiekszy dostep do przyjemnosci, ktore oferuje nam wspolczesny swiat.
Kobiety, z natury sprytniejsze, znajduja po prostu takiego faceta, ktory tyra jak dziki ( im bardziej tyra, tym przystojniejszy) i laskawie pozwalaja sie utrzymywac, w zamian za pewne czynnosci, ktore mieszcza sie w kategorii przyjemnosci. Przynajmniej do osiagniecia pewnego wieku. Tzn. mieszcza sie.
Emancypacja, dla niepojetej przyczyny, wywalczona przez kobiety, zaklocila ten swoisty porzadek rzeczy. Ale kto sie podejmie zrozumienia kobiet, kiedy one same sie nie rozumieja.
Kiedy czlowiek pracuje na etacie, to jeszcze przewaznie pol biedy, bo po odbebnieniu swoich godzin po prostu idzie do domu i moze sie oddac przyjemnosciom, na ktore pracowal. Nie oszukujmy sie tutaj – niespecjalnie ciezko, ale i gratyfikacja tez przewaznie jest, pozal sie Boze, taka sobie. Do poziomu mniej wiecej Branch managera. Od poziomu Branch Managera juz trudno jest mowic o odbebnianiu i o pozal sie Boze, bo tutaj sie juz naprawde placi. Za to czasu na przyjemnosci juz prawie w ogole nie ma. To samo zreszta w prywatnym biznesie.
I tutaj wylania sie ciekawa sprzecznosc. Im wiecej sie staramy zdobyc srodkow na zaspokojenie naszych zachcianek, tym mniej ich zaspokajamy. Nie ma na to czasu i sily. To gdzie tu sens i logika?
Ale ja nie o tym. Chcialem sie skupic na tym, czym sa te przyjemnosci, ktore zmuszaja nas do takiego cholernego wysilku, ze nawet skacowani jak nieboskie stworzenie zrywamy sie rano na dzwiek budzika i sami zaprzegamy sie w kierat zarabiania pieniedzy( nie licze tu idiotow, o czym wczesniej wspominalem). Znam takich co siedem dni w tygodniu. Niezaleznie od wyznawanej religii, zreszta.
Wlasciwie, to chodzi mi o odpowiedz na pytanie: co to w ogole jest przyjemnosc? Kiedy to sie pojawilo?
Czlowiek ma jakas podstawowa hierarchie potrzeb, ktore musza byc zaspokojone, ale w swojej dziwnosci zrobil z nich karykatury samych siebie i zamienil w “przyjemnosci”. Co ciekawe, kazda rzecz w nadmiarze, w tym takze przyjemnosc, przestaje wypelniac swoja funkcje, po czym staje sie nie do zniesienia
Jedzenie. Musimy zaspokajac glod, ale tak naprawde do utrzymania nas przy zyciu i we wlasciwej kondycji zdrowotnej wystarczylby niewielki procent tego co zjadamy. I juz nam nie wystarcza, ze jedzenie jest. Jeszcze musi byc odpowiednio podane, doprawione, byloby fajnie gdyby w jakiejs drogiej restauracji… Juz nie zaspokajamy potrzeby. Zaspokajamy przyjemnosc.
Albo picie plynow. Pies, nawet najwiekszy, wypija dziennie mniej jak litr plynow. Czlowiek wlewa w siebie litry kawy, herbaty, sokow, coli i innych takich, chociaz do zaspokojenia pragnienia wystarczylby jakis niewielki procent tego wszystkiego. Picie plynow jest czynnoscia kompulsywna, niejako wymuszona przez producentow tych napojow i ma na celu wywolanie odczucia przyjemnosci( aromat, smak, podniesione cisnienie i zwiazane z tym ozywienie). Woda nie ma smaku. Smakuje tylko wtedy, kiedy czlowiek jest naprawde spragniony.
O alkoholu tu nie wspominam, bo ten wpis by musial byc kilka razy dluzszy, a i tak juz chyba naduzywam cierpliwosci szanownych czytelnikow. Zdaje sie, ze dla samej przyjemnosci gadania, sic!
Kiedy czlowiek sobie podje i popije, to musi sie udac tam gdzie “krol piechota chadza”. Ale czlowiekowi juz nie wystarcza, ze pojdzie sobie “za potrzeba”. Nawet z takiego, za przeproszeniem, “wyprozniania” zrobil sobie czlowiek przyjemnosc. Marmury, miekki papier toaletowy, deski sedesowe z elastycznego tworzywa. Japonczycy poszli chyba najdalej i wlaczaja w toaletach publicznych glosna muzyke, zeby nie bylo slychac jak jeden z drugim pierdzi. Tacy delikatni!
Moznaby tak wymieniac w nieskonczonosc i przeleciec sie po calym Maslowie. Kazda potrzeba czlowiek zostala sprowadzona do absurdu. Seks, odziez, rozrywki. Wszystko.
A kiedy to sie zaczelo? Wszystko wskazuje na to, ze natychmiast po wynalezieniu pieniedzy. Prymitywne plemiona, nie znajace pieniedzy, nie traktowaly zycia jako zaspokajania przyjemnosci. Do szczescia wystarczylo im zaspokojenie potrzeb, Przyjemnoscia bylo samo bycie soba i ze soba. Czy to nie pelniejsze, spokojniejsze zycie niz to co dzisiaj nam pozostaje, po przepracowaniu calego dnia i dotarciu (czesto w wielominutowych korkach) do miejsca, ktore nazywamy domem?
Sami sobie to zrobilismy. Ale wlasciwie dlaczego i po co?
Smoleńsk
Chcialem zabrac glos w sprawie, ktora jest obecnie na ustach wszystkich Polakow oraz wiekszosci mediow rosyjskich (sami Rosjanie maja z pewnoscia dosyc swoich klopotow, zeby sie jeszcze przejmowac jakims, z ich punktu widzenia srednio waznym wypadkiem lotniczym).
Sprawa jest kontrowersyjna, ale tylko na pierwszy rzut oka i tylko dla tych, ktorzy nie znaja mentalnosci Rosjan. Byc moze sie myle, bo to nie byl taki sobie zwykly lot i na to trzeba brac poprawke, ale postaram sie uzasadnic moj punkt widzenia jak najlepiej.
Przesluchalem zapis rozmow w kabinie pilotow Tu-154, ktory byl dostepny, wraz z graficzna symulacja lotu, na stronach TVN24.
Pomijajac inne okolicznosci, ktore wplynely na to, ze samolot sie rozbil, mozna wlasciwie juz po tym co sie dzialo w kabinie dojsc do wniosku, ze ta katastrofa byla nieunikniona od samego poczatku. Tutaj oprocz samej symulacji trzeba tez uwzglednic informacje, ktore docieraly z roznych innych zrodel, jak to, ze piloci nie byli dostatecznie wypoczeci oraz to, ze nie mieli dostatecznego doswiadczenia w korzystaniu z takich, ukrytych w krzakach lotnisk, jak to w Smolensku. Ta zaloga i ten samolot przewaznie ladowali na najwiekszych i najlepiej przygotowanych lotniskach cywilnych i wojskowych. To oczywiscie nie znaczy, ze nie byli dobrymi pilotami, ale mialo wedlug mnie bardzo duzy wplyw na podejmowane przez kapitana decyzje.
Kapitana, bo to on byl nominalnie dowodca tego samolotu.
Co zatem wynika z zapisu rozmow w kabinie Tu-154?
Po pierwsze: Piloci byli kilkakrotnie ostrzegani, ze warunki atmosferyczne na lotnisku sa bardzo zle. Pierwsze pytanie kontrolera lotow ze Smolenska: Ile macie paliwa? Jakie macie lotnisko zapasowe? Po czym mowi: “Na lotnisku mgla. Widocznosc 400m.” I tutaj dochodze do mentalnosci Rosjan i znajomosci ich jezyka. Kontroler nie mowi tego beznamietnie jak komputer podajacy prognoze pogody. On chce intonacja glosu dac do zrozumienia, ze jest niedobrze, ze warunki do ladowania sa zle. Po czym powtarza to samo jeszcze raz i juz dodaje wprost : “Nie ma warunkow do ladowania”.
Pilot mowi beznamietnie: zrozumialem.Tutaj trzeba dodac, ze w tym momencie jakis nieznany glos(czlonek korpusu dyplomatycznego najprawdopodobniej) pyta: To juz wyladujemy Panie kapitanie?Albo cos w tym sensie.
Kapitan nie odpowiada. Po chwili nastepuje nastepne ostrzezenie.
Pilot czy tez jakis czlonek zalogi polskiego samolotu, ktory wyladowal wczesniej w Smolensku(Artur?) wyrazil to na tyle dosadnie, ze trudno lepiej. Cytuje z pamieci: “ Tu jest pizda”( w sensie warunkow pogodowych)”. Po czym dodal, ze widocznosc jest bardzo zla. “Nam sie udalo wyladowac w ostatniej chwili”. Podstawa chmur ponizej 50 m!!
Prosze sobie wyobrazic widocznosc na autostradzie – 50 m. Samochody poruszaja sie wtedy z predkoscia 30-40 na godzine bo nie widac zakretow. Samolot w momencie ladowania ma predkosc okolo 300 – 400 km na godzine i jest manewrowny jak szafa grajaca. To znaczy, ze na wysoksci ponizej 50 m jest juz o wiele za pozno na jakiekolwiek manewry. Samolot przebija sie przez chmury i wylania sie tuz nad ziemia. Nawet jak widzisz ze schodzisz na czyjs dom, to juz mozesz tylko patrzec i czekac na uderzenie. To juz zreszta trwa tylko kilka sekund.
Kapitan mowi do Dyrektora Kazana(ktory jest w kabinie), ze warunki sa zle i nie uda sie wyladowac i beda musieli odejsc na lotnisko zapasowe.
Jakie lotnisko? – pyta dyrektor.
Wydaje mi sie, ze tutaj pod wplywem tego pytania, czujac presje Glownego Pasazera(dyrektor Kazana jest jego przedstawicielem w kabinie pilotow), pilot podejmuje decyzje, ktora decyduje o calym dalszym przebiegu wydarzen i prowadzi do katastrofy.
- Warunki sa zle i nie uda nam sie wyladowac. Sprobujemy raz podejsc ale prawdopodobnie nic z tego nie bedzie – mowi kapitan i dalej – Niech “szef” zadecyduje co mamy robic.
- Ale bedziemy probowali? – pyta Dyrektor.To jest pytanie w formie stwierdzenia, tak naprawde. Musimy probowac- taki jest sens tej wypowiedzi. Sluchalem tego kilka razy zeby sie upewnic.
- Mozemy powisiec z pol godziny, ale potem musimy odejsc na zapasowe. Minsk albo Witebsk.
Dyrektor nie odpowiada. Prawdopodobnie opuszcza kabine aby podzielic sie informacjami z “szefem”. Potem, po dluzszej chwili, slychac jakies uwagi osob obecnych w kabinie, ale nie be dacych czlonkami zalogi, ze “zazdrosci”. Wniosek nasuwa sie sam. Tusk dolecial na uroczystosci Katynskie bez problemu.
Skadinad wiadomo, ze general Blasik stoi za plecami Kapitana. To czy mial iles tam promili czy nie, to juz mniej istotne.
Kapitan podjal decyzje, ze wyladuje. Nie, ze sprobuje raz. Warunki atmosferyczne wykluczaly mozliwosc testowania ladowiska.
Jakie byly psychologiczne okolicznosci tej decyzji?
Kapitan jest dowodca statku powietrznego i podejmuje decyzje w sposob niezawisly. Teoretycznie tak. W przypadku samolotu prezydenckiego niekoniecznie, a nawet na pewno, nie.
Kapitan podjal decyzje o ladowaniu pod wplywem presji, wywolanej obecnoscia generala Blasika w kabinie zalogi i koniecznosci zmierzenia sie z niezadowoleniem Prezydenta, ktory musialby sie spoznic na uroczystosci w Katyniu, nie wspominajac o utracie prestizu wobec Rosjan.
Mysle, ze kazdy psycholog, ktory przesluchal zapis rozmow w kabinie i przeanalizuje zachowanie kapitana ( a to on decyduje o wykonywaniu manewrow samolotem) zgodzi sie ze mna.
Ktos tam rzucil taka uwage, ze kapitan “”zawiesil sie”. On sie nie zawiesil. On byl zdecydowany wyladowac i wykonywal to, nie zwracajac juz uwagi na inne okolicznosci. Zdecydowal, ze bedzie ladowal “na slepo”, na przyrzadach. W sumie zachowal sie jak prawdziwy Polak. Nieracjonalnie. Zdecydowal sie zawierzyc komputerowi pokladowemu, chociaz musial sobie zdawac sprawe, ze tenze komputer nie ma zadnych danych o lotnisku w Smolensku i tez bedzie ladowal “na slepo”.
Nawet gdybysmy zalozyli, ze mgle rozpylili “Ruscy” to i tak o tym co sie stalo zdecydowal wyjatkowo zly zbieg okolicznosci. Zle warunki atmosferyczne, fakt, ze ta wizyta Prezydenta dotyczyla Katynia i pozostale delegacje dolecialy bez problemu, niepotrzebna obecnosc generala Blasika w kabinie pilotow, nieznajomosc topografii terenu przez pilotow i przez komputer pokladowy.
Rosyjscy kontrolerzy lotow zachowali sie po “rosyjsku” i ja nie widze nic nagannego w ich zachowaniu. Uprzedzili zaloge samolotu, ze nie ma warunkow do ladowania i widzac, ze zaloga Tu-154 jest zdecydowana ladowac mimo wszystko, prowadzili ja do samego konca zgodnie ze swoja najlepsza wiedza. W kazdym razie nie podawali nieprawdziwych informacji. “ Ja tebia priedupriezdal. Choczesz priziemlatsa? Pazaulsta.”. Kto zna Rosjan tak jak ja zapewne zgodzi sie ze mna. Ci ludzie na wiezy kontrolnej nie chcieli zeby nasz samolot sie rozbil.
Zastanawiam sie, jak ja bym postapil bedac na miejscu Kapitana Tu – 154. Chyba tak samo. Jestem Polakiem i byc moze zaryzykowalbym. Gdyby sie udalo, Kapitan bylby bohaterem ( chociaz cichym, nieznanym). Z drugiej strony, nie potrafie okazywac szacunku, a nawet podleglosci tzw. Przedstawicielom wladzy. Wiekszosc z nich doszla do swoich stanowisk po “trupach”. Jestem wiecej niz pewien, ze poprosilbym, tych niepisanych gosci o wyjscie z kabiny, nawet ryzykujac, ze moja kariera odtad bedzie sie koncentrowac na jakims zapasowymn lotnisku kolo Bialegostoku.
A zatem, kto winien?
Nikt.
Winny jest uklad wyjatkowo zlych okolicznosci atmosferyczno-polityczno-psychologicznych.


