FALE WISŁY II czyli Nina

Coraz trudniej zarabiać – stwierdziła Nina – kiedyś wszystko było legalne i był spokój, a teraz musimy pracować na czarno.
Nie wydawała się być tym faktem zbyt zestresowana, więc nie komentowałem tej informacji.
Nina była Ukrainką, z niewielkiego miasteczka nad Morzem Azowskim. Powiedziała, że ma ponad czterdzieści lat, ale nie wyglądała na tyle. Miała staranny makijaż, zadbane dłonie, zgrabne nogi i tylko jedna wadę – gadała głupoty. W pewnym momencie zaczęła mi opowiadać o mężu, który utonął podczas łowienia ryb i o tym jak wyglądał, jak go znaleźli i wyciągnęli z wody po dwóch tygodniach. Poprosiłem grzecznie żeby się zamknęła i oszczędziła sobie i mi tych szczegółów. Nie obraziła się, bo po rosyjsku można człowieka zesobaczyć tak, że jeszcze się uśmiechnie z zadowoleniem. Poza tym płaciłem za te jej oszukane drinki i za każdym razem barman przynosił jej żeton. Tyle tylko, ze po niewielkiej negocjacji, w trakcie której posyłałem go kilkakrotnie ( po rosyjsku, jak najbardziej) na h.., uzgodniliśmy, że będę płacił dziesięć euro za jej napój i normalnie za swoje piwo.
Posiedziałem tam jakiś czas, posłuchałem tych głupot, które Nina wygadywała, zmęczyła mnie wreszcie i wróciłem do hotelu. Wieczór był dość chłodny i zacząłem się martwić, jak to będzie z pogodą nazajutrz.
Niepotrzebnie, bo kiedy wreszcie zwlokłem się z łóżka około dziesiątej rano i wyszedłem na balkon, okazało się, że jest gorąco i słonecznie.
Drugi dzień wczasów jest zawsze u mnie dniem kompletnej bezczynności, tak żeby się całkowicie zregenerować po całym dniu podróżowania. Zaległem więc na jednym z leżaków nad basenem i wystawiłem swoje spracowane członki na działanie słońca.

Jpeg

Jpeg


Basen kusił błękitną wodą, ale po zamoczeniu nogi i stwierdzeniu, że woda ma temperaturę, w której przechowuje się zmarłych, oczekujących na postępy w medycynie, zrezygnowałem.
Ponieważ spóźniłem się na śniadanie, więc ubrany tylko w szorty, poszedłem na sąsiednią ulicę, gdzie poprzedniego wieczoru widziałem rosyjski sklep i kupiłem polski jogurt, a parę kroków dalej, w małej piekarni, nabyłem kilka smakowitych, ogromnych precli z sezamem.
Po powrocie stwierdziłem, że mój leżak jest zajęty!
Jpeg

Jpeg


Jak to na Cyprze, wszędzie kręciły się koty. Właziły na leżaki, zaglądały do toreb albo siadały obok, w pozie wyczekiwania na jakiś poczęstunek. Tym razem trafiłem na wyjątkowo bezczelnego osobnika. Zlazł z leżaka, ale przysiadł z boku i zaczął mnie obserwować. Poczekał aż odstawię na chwilę jogurt, wsadził nos do kubka i wziął się do wylizywania zawartości. Tak się przy tym zapamiętał, że dopiero krótki, karcący klaps przywrócił go do rzeczywistości. Oddalił się niespiesznie i jeszcze po drodze odwracał się i patrzył na mnie tak, że poczułem się jak ostatni cham.
Jakaś młoda Angielka weszła do wody, przepłynęła cały basen i stwierdziła flegmatycznie, że woda jest dość chłodna. Obok na leżaku przysiadł Bill z Cardiff. Chwilę pogawędziliśmy, ale w porównaniu z Arthurem, którego poznałem w ubiegłym roku w Larnace, chociaż zdecydowanie młodszy, wypadał nieciekawie. Powtarzał w kółko jakieś komunały, albo wyświechtane żarty. Zmęczył mnie tym ględzeniem, ale nie chciałem go urazić brakiem zainteresowania, więc zachęcony przykładem młodej Angielki, powiedziałem, że idę popływać. Wskoczyłem biegiem do basenu, bo inaczej nigdy bym się nie zanurzył. Woda była lodowata! Moje fucki i shity było chyba słychać w całej dzielnicy. Przepłynąłem pół basenu, zmarzłem na kość i szybko wylazłem na brzeg. Bill uśmiechnął się sarkastycznie, wsadził stopę do wody i stwierdził, żebym nie przesadzał.
Widok jego miny, po przepłynięciu kilku metrów, był bezcenny. Wyskoczył z basenu jak oparzony i przyznał, że woda jest „fucking freezing”. Po chwili dodał jeszcze, że czuł się jak w zamrażarce. Z trudem ukryłem uśmiech satysfakcji.
Dla podtrzymania konwersacji, zagadnąłem go o Brexit. Głosował za.
Unia Europejska wykończyła jego firmę transportową, która kiedyś składała się z siedmiu ciężarówek i kilku busów. Obecnie, w wyniku, jak twierdził, wprowadzenia masy kretyńskich przepisów i regulacji, została zredukowana do jednego busa, którym sam powoził.
Czuło się w nim spory dystans, więc zająłem się lekturą nowej książki Connelly’ego, którą kupiłem na lotnisku w Dublinie i nawet nie zauważałem jak sobie poszedł.
Po południu poszedłem się przejść po okolicy. Mijając znajomy taras z wygodnymi kanapami, zobaczyłem Ninę. Już była w pracy. Pomachała mi ręką i uśmiechała się zachęcająco-zapraszająco. Zawołałem, że mam inne plany na dzisiaj i umknąłem, zanim zaczęła używać bardziej zdecydowanych metod perswazji. A była w tym dobra, o czym przekonałem się poprzedniego wieczoru.
Miałem ochotę na rybę. Minąłem spore centrum handlowe z nudnymi sieciówkami, które można znaleźć w każdym większym mieście na świecie.
Przed pubem, który wyglądał bardzo po angielsku siedział jakiś stary Grek. Zapytał na co mam ochotę i obiecał mi dobrą rybę, w dobrej cenie. Wszedłem do środka. Zamówiłem Guinnessa, którego wspaniały, cierpki smak już prawie zapomniałem. Sącząc go powoli i gapiąc się bezmyślnie na pięć ekranów, pokazujących przeważnie piłkę nożną, czekałem na obiecaną rybę – cudo. Grek mówił prawdę. Była naprawdę wyśmienita i jak zwykle podana z mnóstwem małych przystawek. Bar znajduje się przy „Tomb of the kings road”, po tej samej stronie ulicy co Mall. Chciałem zrobić zdjęcie, ale potem zainteresował mnie napis po drugiej stronie ulicy i zapomniałem.
Napis głosił – „Russian karaoke”. Poszedłem zobaczyć. Okazało się, że jest jeszcze za wcześnie. Otwierają o dziewiątej, za to można śpiewać do samego rana. Nie chciało mi się czekać do dziewiątej, ale postanowiłem tam zajrzeć któregoś wieczoru. Coś mi mówiło, że nie pożałuję.
Recepcjonista w hotelu przyglądał mi się uważnie, gdy naciskałem przycisk przywołujący windę. Miałem coraz większą pewność, że nasi tu byli.

Dodaj komentarz

FALE WISŁY czyli Marek dziwi się światu

Niepomny na wszelkie ryzyko, związane z możliwością narażenia się na dewastację moich męskich atrybutów (wspominałem o tym w pierwszym wpisie o Arthurze), udałem się jednak do Pafos, czyli miejsca na Cyprze, w którym Afrodyta wyłoniła się jakoby z morza. Samą skałę, która była świadkiem tego wydarzenia, widziałem tylko z samolotu, w czasie lądowania. Wygadała jakoś tak nieszczególnie, że potem już mi się nie bardzo chciało jej szukać na piechotę, tym bardziej, że hotel miałem w pewnej odległości od morza. Tym razem wybierałem oferty, patrząc tylko na cenę, bo i tak w drugiej połowie listopada morze na Cyprze jest chłodne. Korzystając z korzystnego kursu funta do euro, kupiłem wczasy w Thomson Holidays, z wylotem z Londynu. Tym bardziej, że z Dublina do Londynu jest rzut beretem i samolot jeszcze dobrze nie wystartuje, a już musi lądować. Ponieważ wylot z Londynu był zaplanowany na dość wczesne godziny, postanowiłem przespać się w Londynie, tak żeby rano wypoczęty i po śniadaniu rozpocząć prawie pięciogodzinny lot do Pafos. Wprawdzie samoloty Thomson Airlines to nie latające beczki ze śledziami Rayanair’a i człowiek ma trochę więcej miejsca, ale mimo wszystko pięć godzin to sporo.
Wszystko miałem kupione i wydrukowane jak pan B. przykazał, bo jak zwykle lubię mieć całą papierkową robotę w absolutnym porządku, na wypadek gdyby shit happened, jak mawiają miejscowi.
Nie latam może co tydzień, ale jednak dość często i mogę powiedzieć, że radze sobie bez paniki na lotniskach i w hotelach.
Tym razem jednak spotkało mnie kilka niespodzianek.
Miałem bagaż do oddania, więc udałem się do znajomej sekcji terminala numer 1 w Dublinie, gdzie Ryanair ma swoje punkty przyjmowania. Zwykle siedzą tam miłe panienki, które nie zwracają przesadnej uwagi na wagę torby i mała nadwaga przechodzi bez większych problemów.
Tym razem żadnych panienek nie było. Nikogo nie było, poza jedną starszą kobitką, która sterowała kilkoma kolejkami naraz i coś tam objaśniała.
Kiedy przyszła moja kolej okazało się, że trzeba postawić bagaż na taśmę, która go waży, samemu zeskanować kartę pokładową, którą się wydrukowało w domu, a potem SAMEMU nakleić opaskę z nazwą lotniska przeznaczenia. Nie ma się do kogo uśmiechać przepraszająco, co czasem pomagało i dwa czy trzy ekstra kilogramy można było przemycić. W razie stwierdzenia nadwagi, opaska nie wychodzi i trzeba iść zapłacić i udać się do okienka, w którym już znajduje się żywa panienka i tam dalej kontynuować proces nadawania bagażu.
Ja akurat nadwagi nie miałem, więc ważenie poszło gładko, tyle że to wszystko było takie odhumanizowane, że czułem się jak w jakimś filmie science fiction. Ze skanerem nie pogadasz.
W hotelu na lotnisku Gatwick w Londynie zetknąłem się ponownie z tym samym. Skanery zamiast recepcji. Trzeba było zeskanować rezerwację, którą się wydrukowało w domu i maszyna wydawała kartę do otwierania pokoju, bo już teraz się kluczy w większości hoteli nie stosuje. Musiałem wyglądać jakoś nieszczególnie inteligentnie, bo zrobiła to za mnie sympatyczna pracownica hotelu, która się tam akurat kręciła, pewnie wydelegowana do pomocy takim tępakom jak ja.
Dalej już było łatwo. Windę potrafię obsługiwać i system otwierania drzwi za pomocą karty magnetycznej też nie jest mi obcy. Godzina była dość późna, a samolot miał wylatywać wcześnie rano, więc po szybkim prysznicu wskoczyłem do pachnącego łóżka i dla zmęczenia oczu i sprawdzenia czy w międzyczasie nie dokonano jakiegoś zamachu na moim lotnisku, włączyłem telewizor. Żadnych zamachów w mojej okolicy akurat nie było, ale nie dane mi było szybko zasnąć, bo akurat czwarty kanał angielskiej telewizji nadawał program w idei zbliżony do „Randki w ciemno”. Wszyscy uczestnicy tej zabawy byli tym razem na golasa i bez żenady osądzali wszystkie detale swego ciała, które po kolei odsłaniano, ze szczególnym uwzględnieniem wagin i penisów. Kamera co i raz robiła close up rzeczonych części ciała i chociaż nie jestem już przecież nastolatkiem, to jednak ciśnienie mi lekko podskakiwało. W końcu zabawa się skończyła, nadali krótkie, nieważne wiadomości i po nich zaczął się jakiś nudny film. Przed zaśnięciem pomyślałem, że świat się toczy w jakimś dziwnym kierunku. Chociaż właściwie to wszystko przecież już było. Raz jest goło i wesoło, a raz wszystko zapięte pod szyję i smutne. I tak na zmianę.
Sam lot na Cypr odbył się bez żadnych niespodzianek, tylko przy wsiadaniu do samolotu był taki porządek, że podziwiałem Thomson Airlines za sprawną organizację załadunku. Żadnego stania w kolejce i przepychania się. Najpierw wezwano do wyjścia rzędy od pierwszego do dziesiątego, potem od dziesiątego do dwudziestego i tak dalej. Ludzie podchodzili grzecznie i spokojnie i tylko ci, których wywołano. W ciągu dwudziestu minut wszyscy siedzieli na swoich miejscach i czekali z zapiętymi pasami na wylot.
A jednak świat schodzi na psy, bo w Pafos na lotnisku, tak jak w Egipcie, zobaczyłem znudzonego żołnierza, z karabinem maszynowym na ramieniu. Możliwe, że to ze względu na bliskość Syrii.
Nie miałem czasu przyglądać mu się za bardzo, bo zaraz porwała mnie przedstawicielka Thomsona i skierowała do właściwego autobusu, który jechał do „Mayfair Gardens Hotel”. I znowu byłem świadkiem doskonałej organizacji i całkowicie bezstresowego transferu z lotniska do hotelu.
myfair-gardens
Poza tym, ze recepcjonista, po oględzinach paszportu, zapytał czy jestem Polakiem i patrzył jakoś przeciągle (chyba nasi tam byli), zostałem sprawnie przyjęty i dostałem kartę do swojego pokoju. Thomson jest znany z tego, że dostaje najlepsze pokoje w hotelach i tym razem mogę to potwierdzić. Czysto, że bardziej byłoby trudno i wspaniały widok na basen i całą okolicę.
Było już po południu, a ja cały dzień na jednej kanapce, którą nabyłem w samolocie. Rzuciłem więc wszystkie rzeczy bezładnie, przebrałem się w lżejsze ubranie i udałem się na poszukiwanie jakiegoś miejsca, gdzie można by zjeść sheftalia, potrawę, którą zapamiętałem z ubiegłorocznego pobytu w Larnace.
sheftalia
Zaraz za rogiem wypatrzyłem miejsce, które wyglądało jak jakaś garkuchnia, ale było zapełnione miejscowymi, a to zawsze oznacza, że dają jeść dobrze i niedrogo. Oczywiście miałem nosa. Było smacznie i do zamówienia dostałem tyle rożnych dodatków, przekąsek, sałatek, chlebków i tak dalej, że tylko to by wystarczyło, żeby się najeść do syta. I jak zwykle na Cyprze, wszystko podane z naturalnym uśmiechem, jakbyśmy się znali sto lat. Chodziłem tam potem co dzień i już z daleka pozdrawiali mnie kelnerzy i właścicielka, pokazywali gdzie mi będzie lepiej siedzieć i zastawiali pół stołu talerzykami, spodkami i miseczkami, zapełnionymi rożnymi smakowitościami.
cafe-cyprus
Mogłem znowu rozkoszować się tym miłym uczuciem, że czas się zatrzymał, nic nie muszę i nic nie jest ważne, oczywiście poza tym, co przede mną na stole. Po leniwym posileniu się i zapłaceniu rachunku, ruszyłem na poszukiwanie jakiegoś sympatycznego miejsca, gdzie można by wypić genialne miejscowe piwo, które nazywa się Keo.
W Pafos , tak jak na całej wyspie, na każdej ulicy jest tyle knajpek, restauracji i pubów, że niełatwo się zdecydować. Zwykle zdaję się na intuicję i przeważnie mnie nie zawodzi, chociaż czasem za pierwszym razem nie jest idealnie. Tym razem też przeszedłem koło jakiegoś baru i po chwili zatrzymałem się w pół kroku, bo poczułem, że właśnie minąłem odpowiednie miejsce. Zawróciłem i rzeczywiście – miejsce wyglądało sympatycznie. W środku pustawo, ale jeszcze było dość wcześnie, a wygodne kanapy z miękkimi poduchami, stojące na niewielkim tarasie, wyglądały czysto i zachęcająco. Poprosiłem przy barze o Keo i powoli usadowiłem się na jednej z tych kanap, z zamiarem spędzenia czasu na powolnym piciu piwa i bezmyślnej obserwacji spokojnego ruchu na ulicy.
Wraz z barmanem, który podał mi oszronioną pintę złocistego płynu, przyszła też jakaś niebrzydka lady. Przysiadła się bez pytania i trochę śpiewnym angielskim zapytała czy bym jej nie zechciał postawić drinka. Ponieważ złapała mnie przy tym za udo, dość blisko miejsca, o którym wspominałem w pierwszym akapicie, myśl o tym żeby jej odmówić nawet nie błysnęła w mojej głowie. Kelner przyniósł jej mini drinka, który wyglądał na czysty sok pomarańczowy i zarządził za niego dwadzieścia euro. Zanim zorientowałem się co robię, zapytałem czy go czasem nie poj..bało. Ponieważ sytuacja była raczej dynamiczna, więc zrobiłem to trochę automatycznie i użyłem języka rosyjskiego, którym posługuję się płynnie i który w takich przypadkach jest niezastąpiony. Panienka parsknęła śmiechem, z czego wniosłem, że język rosyjski nie jest jej obcy.

Comments (2)

Rita czyli kobiety zaśmiecają świat.

Jak to mówią: nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki. Ale można dwa razy popełnić ten sam błąd. Wtedy jest się po prostu bezmyślnym. Trzeci raz to już idioctwo.
Mieszkam ostatnio w sympatycznym domku, z trzema sypialniami, kuchnią, salonikiem i oddzielnym pokojem na biuro (które teraz jest mi potrzebne). Naokoło spory ogródek, z trawnikiem i żywopłotem. Tutaj to swego rodzaju klasyka. Czynsz całkiem znośny, ale od dłuższego czasu patrzyłem na te puste sypialnie i zastanawiałem się czy nie zaryzykować jeszcze raz i nie wziąć kogoś „na pokój”, bo to trochę bez sensu płacić samemu za dom, w którym praktycznie się nie przebywa. Ostatnimi czasy stale jestem albo w pracy, albo w drodze do pracy, hurtowni, urzędu itp.
Szale wątpliwości przechylili sympatyczni panowie (?), którzy byli uprzejmi odwiedzić mnie któregoś wieczoru, przez okno na tyłach domu, po uprzednim otwarciu go w całkiem nieinwazyjny sposób, jakimś nieznanym narzędziem. Czysto i co potwierdziła późniejsza analiza daktyloskopijna, bez śladów. Ku uciesze mojej i mojej landlady, okno udało się naprawić od reki i właściwie bez żadnych kosztów, a straty w mieniu ( ku naszej jeszcze większej uciesze) okazały się minimalne – stare żelazko, całkiem nowy odkurzacz i elektryczny skateboard. Mimo wszystko nieprzyjemne uczucie, przy każdorazowym wieczornym powrocie do domu, zostało. Landlady postanowiła zainstalować dla mnie nowoczesny system alarmowy, a ja ze swej strony kupiłem dwie kamery, które są podłączone do internetu, tak że mogę w swoim telefonie obserwować w czasie rzeczywistym, co się dzieje w domu. I tutaj, jakby deux ex machina, pojawiła się Rita.
Dla porządku muszę dodać, że od dłuższego czasu, rzeczy w moim życiu dzieją się same, a ja tylko muszę dokonywać stosownych wyborów. Być może zawsze tak było, a tylko teraz wreszcie to widzę. Przy tym, jeśli próbuję wybrać w sposób niewłaściwy, to życie rzuca mi same kłody pod nogi, a kiedy wybór jest dobry ( co się zwykle dość szybko wyjaśnia), to wszystko idzie jak z płatka. O tym być może napiszę kiedyś, bo mógłbym podać bez liku przykładów na potwierdzenie tej reguły.
W każdym razie Rita akurat szukała pokoju i wpadliśmy na siebie, będąc w gościach u naszej wspólnej znajomej. Od słowa do słowa, dogadaliśmy się, że zamieszka u mnie na próbę. Mieszkamy wspólnie już od kilku miesięcy i muszę powiedzieć, że dobrze się z nią mieszka.
Ma jednak swoje drobne słabostki. Na przykład, co jakiś czas gotuje coś, co w zapachu przypomina stare skarpety. Z tym, że od razu otwiera wszystkie okna, zapala świece i stara się wietrzyć dom, tak że nie mogę jej tego brać za złe. Przez jakiś czas polewała się ponad miarę perfumami, które są ostatnio modne, ale są ciężkie i śmierdzą jak jasny gwint, a w takim stężeniu w jakim ona mi je serwowała, były toksyczne jak iperyt. Z tym poradziłem sobie, wylewając wiadra męskiego Hugo Bossa w okolicach jej drzwi i zdaje się, że moja nieśmiała sugestia dotarła, bo już dłuższy czas nie czuję tego jej świństwa. Rita zarabia na życie, pracując ciężko w szpitalu, więc w weekendy lubi sobie walnąć parę głębszych, dla odreagowania mozolnego tygodnia. Ja nie piję wcale, ale ponieważ właściwie mijamy się w drzwiach, a jej sobotnie czy piątkowe sesje z butelką nie kończą się nigdy żadnymi ekscesami, więc nie ma problemu. Ostatnio nawet jakoś mniej się „odstresowuje”. Płaci regularnie, nie pali papierosów, nie słucha głośnej muzyki i prasuje moje koszule. Da się z nią żyć.
Jedyny problem, który mnie nie tyle denerwuje, co silnie nurtuje, to śmieci.
Kiedy mieszkałem sam, zapełniałem spory, piećdziesięciolitrowy kosz, mniej więcej około miesiąca. Teraz muszę wywozić taki sam pojemnik raz na tydzień! Co ona tam wrzuca i dlaczego tego jest tyle, sam Bóg raczy wiedzieć. Prawdziwa zagadka.

Comments (2)

Lektury nadobowiązkowe

Ten tekst odleżał ponad dwa lata na półce, więc proszę o wyrozumiałość. To i tak nieźle w porównaniu do silnie „odgrzewanych kotletów”, serwowanych po raz kolejny na niektórych zaprzyjaźnionych blogach :-).
Jestem po lekturze dwóch książek (których jeszcze nie czytałem). Jedna to „Człowiek z teczki” Cenckiewicza (albo CENTKIEWICZA – jak zwykł go nazywać jego „ulubiony” adwersarz), a druga to „Więzienny prawnik” Grishama.
Zacznę od tej drugiej, bo mam tu trochę mniej do powiedzenia.
Grisham napisał nareszcie coś w miarę wciągającego, chociaż wykorzystał znowu ten sam schemat, który stosował już wiele razy. Dobrzy czarni, źli biali, tęsknota za swobodnym życiem na łodzi, krążącej po Karaibach, brudne pieniądze zarabiane (lub rabowane) przez złych ludzi.
Grisham ma mocno lewicowe przekonania i pewnie w czasach McCarthy’ego miałby problemy. Książka jest w zasadzie ok. Czytałoby się lekko, gdyby nie jedna ( ale jak dla mnie zasadnicza) przeszkoda – tłumaczenie.
Po pierwsze, tłumacz uparł się, żeby używać gdzie się da polskich kolokwializmów. W zestawieniu z amerykańską rzeczywistością, opisywaną przez Grishama, to w ogóle nie pasuje, denerwuje i często wywołuje skutek odwrotny do zamierzonego przez autora oryginału.
Po drugie, czytałbym pewnie z przyjemnością przekład Londona, Greena czy nawet Archera wykonany przez tego tłumacza, ale do Grishama taki język już nie pasuje. Teraz się po prostu tak nie mówi. Nie wiem czy to jakiś emeryt, który wziął się za nieswoją pracę, czy może się zwyczajnie czepiam. Kto chce niech się sam przekona. Książka da się czytać i nawet miejscami Grisham się całkiem postarał, chociaż do poziomu „Firmy” czy „ Czasu zabijania” się nie wspiął.
Druga pozycja to już inny kaliber. Cenckiewicz zebrał tu w jednym miejscu wszystko, co do tej pory gdzieś tam na temat Lecha Walesy wyciekało do wiadomości publicznej. Trzeba przyznać, że się przyłożył i wykonał dużą pracę, żeby opisać lata wczesnej młodości, udział w wydarzeniach w Gdańsku w 1970 roku, a potem w „obaleniu komuny”.
Zastanawiałem się, czy opublikowanie takiej książki to dowód na zwycięstwo demokracji w Polsce, czy może jednak coś innego? Mam mieszane odczucia. W świetle ostatnich informacji ( ze stycznia 2016) o mianowaniu Cenckiewicza na szefa archiwów informacji wojskowej MON, tym bardziej nie wiem co myśleć. Z jednej strony, Cenckiewicz dobrał się do prawdy o życiu i działalności Walesy kompleksowo i bardzo blisko. Z drugiej strony, książka zostawia spory niedosyt, bo autor skupia się bardziej na charakterystyce obyczajowej i psychologicznej Walesy, wytykając mu, po kolei: wieśniactwo, chamstwo, nieuctwo, prostactwo, konformizm, instrumentalne traktowanie religii, tchórzostwo, alkoholizm itd. Dobrze podpiera faktami, dzisiaj już raczej oczywistą tezę, że Walesa był marionetka sterowana…. no właśnie. Przez kogo? Tego mi zabrakło. Gdzie są dzisiaj ci ludzie, czym się zajmują, w której partii maja najsilniejsze wpływy itd. Przecież nie zrobili przewrotu w Polsce po to, żeby na tym stracić. Z tym, ze to już by była inna książka, o tym jak w Polsce zrobiono „przewrót” i przywrócono normalność, sic!
Cenckiewicz nie napisał tym razem pracy naukowej, więc pozwala sobie na bardziej soczysty język i sporo osobistych wycieczek pod adresem „Lecha”. Miejscami to bawi, ale miejscami wydaje się przesadzone. Dostało się też małżonce prezydenta, do czego zresztą sama się przyczyniła, publikując swoją, zbyt szczerą biografię.
No więc zwycięstwo demokracji czy co innego?
Można chyba zaryzykować tezę, że jednak chodzi o co innego.
Wałęsa skończył się dość dawno i przestał być potrzebny tym, którzy nim sterowali i wynieśli w nagrodę na prezydencki stolec, zapewniając dostatnie życie do końca jego dni. Przestał być potrzebny jako człowiek i jako legenda „Solidarności”. A żeby mu nie przyszły do głowy jakieś głupie pomysły, w rodzaju robienia samodzielnej i niezależnej kariery politycznej, to się go trochę kompromituje i trzyma na pasku. Co nie jest zbyt trudne. A jak trzeba to Walesa leci np. do Kijowa „podtrzymać” protesty „społeczeństwa”, albo wypowiada się ( tak jak potrzeba) na aktualne tematy.
Niedawno obejrzałem też film Wajdy o Wałęsie – „ Człowiek z nadziei”. Film jest niezły, bo Wajda zna swoje rzemiosło. Niezły w sensie warsztatowym. W sensie faktologicznym, to, mówiąc kolokwialnie – „kiszka”.
Wajda zrobił laurkę, całkiem ładną, ale dość irytującą dla kogoś, kto widział te wydarzenia na własne oczy, albo chociaż poczytał sobie trochę Cenckiewicza, Ziemkiewicza i innych. Film dla prostaczków i obcokrajowców. Trzeba przyznać, że Robert Więckiewicz genialnie parodiuje Wałęsę, jeszcze raz udowadniając, że ma talent. Wygląda na to, że nieźle się przy tym bawi.
„Człowiek z nadziei” to film na raz. W sam raz do obejrzenia przy kolacji. Drugi raz już nudzi. Tak jak ten sam dowcip, słyszany po raz kolejny.
A tymczasem poczekajmy co nowego Cenckiewicz wygrzebie w archiwach MON. Może znowu zrobi się ciekawie.

Comments (14)

Święty dym

Będzie o filmie „Holy smoke”. Ten film ma już swoje lata, bo został zrealizowany w 1999 roku, ale tym razem to zaleta. Czuć w nim jeszcze atmosferę beztroskich i bezpiecznych lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia. Reżyserem jest kobieta i scenariusz napisały kobiety. To widać prawie natychmiast po napisach początkowych. Gdyby to nakręcił mężczyzna, to z całkowitą pewnością film byłby uznany za antykobiecy, a ponieważ zrobiła to Jane Campion, to możemy zaryzykować twierdzenie, że ten film jest bardzo prawdziwy. Prawdziwy, chociaż posługuje się dużymi przerysowaniami. Każda z postaci jest trochę dziwna i sytuacje, w które je uwikłano też są raczej niecodzienne. Seks został użyty tutaj w sporych ilościach i miejscami dzieło ociera się prawie o pornografię, ale na szczęście bez przekraczania tej cienkiej granicy. Wielka w tym zasługa Kate Winslet, która potrafi grać nago w bardzo naturalny sposób.
Nie wiem jakie było zamierzenie Jane Campion i jej siostry Anny, która jest współautorką scenariusza tzn. nie jestem pewien czy dobrze zrozumiałem jej intencje twórcze, a lektura kilku recenzji w internecie tylko powiększyła moją niepewność. Gdyby patrzeć na ten obraz bez jakiejś głębszej refleksji, to z grubsza rzecz biorąc ten film jest o młodej dziewczynie, która próbuje odnaleźć się w dorosłym życiu, a ponieważ robi to w sposób, który niepokoi jej bliskich, wzywają oni na pomoc „specjalistę”, który ma ja „wyprostować”, czyli przywrócić na łono społeczności australijskiej, bo rzecz dzieje się przeważnie w „Krainie Kangurów”. Nieoczekiwanie okazuje się, że lekarz ma większe problemy niż pacjentka i następuje co najmniej pomieszanie ról.
Specjalistę gra Harvey Keitel i chociaż nie jest to raczej jego najlepsza rola (może dlatego, że scenariusz nie dawał na to szansy), to zrobił wszystko żeby uwiarygodnić swoją postać i dał radę. Patrząc na niego widzimy nie Harveya Keitela, ale właśnie PJ Watersa – podstarzałego specjalistę numer 1 od zawracania innych ze złej drogi.
A co ja tam zobaczyłem? Kolosalną krytykę współczesnego społeczeństwa zachodniego. Brak normalnych wartości, bezcelowość egzystencji, nietolerancję. To życie, które pokazuje Jane Campion jest właśnie takie i nie wiem czy to było zamierzone przerysowanie, czy to po prostu obraz rzeczywistości, użyty w tle dla pokazania życia klasy średniej w Australii. Kompletna degrengolada, do której próbuje na siłę ściągnąć dziewczynę jej rodzina, wszelkimi ( nawet nieuczciwymi) sposobami. Tymczasem ona znalazła miejsce na ziemi, gdzie obowiązują jakieś wartości, gdzie życie ma swój sens i cel, chociaż jest jest mniej komfortowe, a użycie toalety może być sporym wyzwaniem.
Rozpoczyna się walka, z której wszyscy wychodzą właściwie wygrani, pomimo niewielkich okaleczeń, poniesionych w jej trakcie. W tym kontekście, nie bardzo rozumiem sens ostatniej sceny, w której PJ Waters pisze list do Ruth, trzymając na kolanach dwójkę swoich dzieci i uśmiechając się do kręcącej się po kuchni żony.
Być może zobaczyłem coś, co „Holy smoke” ilustruje w sposób nie całkiem zamierzony, albo Jane Campion nie chciała pójść „na całość” i w ostatniej chwili trochę zaprzeczyła wszystkiemu, co opowiadała przez półtorej godziny.
A może chciała pokazać, że każdy wybór życiowy jest dobry, jeśli dokonuje się go z przekonaniem i w zgodzie z własnym ja.
Warto obejrzeć, jeśli człowiek sam zastanawia się nad sensem swego egzystowania albo chociażby dla zobaczenia nagiej, sikającej po nogach z podniecenia, Kate Winslet.
holy smoke

Comments (2)

ARTHUR IV albo KLĄTWA AFRODYTY

Siedzimy wieczorem w barze. Łowcy jak zwykle kręcą się tam i z powrotem. Gorąco, ale jakoś jakby mniej dokuczliwie. Nastroje trochę minorowe. Jutro rano Arthur odlatuje do domu.
Pytam jak mu się żyje na spokojnej walijskiej wsi. Nie takiej znowu spokojnej, oponuje z chichotem. W zeszłym roku sąsiadowi ukradli z pastwiska całe stado owiec. Wieczorem jeszcze się pasły, a rano zostały po nich tylko wyżarte połacie trawy i charakterystyczne czarne kulki.
Arthur hoduje świnie. Dziesięć rocznie. Nie więcej. Potem sprzedaje je wszystkie, oprócz jednej, na aukcji. Jedną zawsze odwozi do rzeźni i ma mięso na kilka miesięcy.
Patrzę na niego i nie mogę się nadziwić, że jemu się chce. Mieszka tylko z siostrą, która jest niewiele młodsza od niego. Pytam dlaczego się zajmuje tymi świniami. A tak, mówi Arthur. Żeby było zajęcie. Poza tym jego dziadek hodował świnie, ojciec hodował świnie i on też je hoduje. Taka rodzinna tradycja.
Rzeźnia kasuje go dość drogo za zaszlachtowanie tucznika i mięso jest tylko nieco tańsze niż w sklepie, ale nie o to chodzi. Chodzi o to żeby mieć jakieś zajęcie, no i mięso jest na pewno zdrowe, bo Arthur hoduje świnie ekologicznie.
– Zawsze by było taniej jak byś sam zabił – zauważam. Arthur chichocze.
– Po pierwsze – to jest chyba zabronione, a po drugie – ja bym nie zabił nawet muchy – odpowiada.
Patrzę na niego uważnie i obydwaj wiemy o czym myślę. O strzelaniu do ludzi w Korei.
– Ja wiem, że to dziwne – chichocze – ale to prawda. Mam na farmie kaczki i kury, które sobie łażą jak chcą, a jak mi się zachce kurczaka, to jadę do sklepu i kupuję gotowego. Poza tym mam trzy emerytury.
– Jak to trzy? – dziwię się.
– Jedna z wojska, jedna z policji, no i jedna państwowa, tak jak każdy. Nie mam kiedy tego wydać – znowu chichocze.
Dzisiaj jest trochę inny. Co chwila pyta mnie jak się bawię i informuje mnie, że on bawi się świetnie. Kilka razy w ciągu wieczoru powtarza, że spędza tu dwa tygodnie, co roku, zawsze na początku września. Pucołowaty barman kiwa głową.
Wreszcie Arthur decyduje się na zakończenie wieczoru, bo samolot jutro wcześnie rano. Żegna się bez żadnych wylewności. Jest na to za bardzo angielski. Ale pyta z nadzieją w głosie, czy przyjadę tutaj na drugi rok, w tym samym czasie.
20150912_003911
To śmieszne, ale czuję jakiś dziwny ucisk w gardle i niemal przyrzekam mu, że spotykamy się tutaj dokładnie za rok. I tym razem wierzę w to głęboko. Ostatnia fotka i Arthur znika w windzie.
Nie jest jeszcze późno i zastanawiam się co tu począć z tak miło rozpoczętym wieczorem. Rozglądam się dyskretnie po barze i niespodziewanie napotykam, wlepione w siebie, rozmaślone oczy młodej Rosjanki. Uśmiecha się tak zachęcająco, że decyduję się na postawienie jej drinka, żeby jakoś nawiązać pierwszy kontakt. Drink zostaje przyjęty i coś mi się wydaje, że słupek rtęci znowu gwałtownie poszybował w górę. Robi się bardzo gorąco.
Gadamy, pijemy, pijemy, gadamy. Jest naprawdę sympatycznie. Rosjanka, tak jak dziewięćdziesiąt dziewięć procent jej rodaczek, ma na imię Lena. Dobrze się z nią rozmawia, bo jest otwarta, ma swoje zdanie, dużo ją interesuje. W końcu zaczynamy sobie wróżyć z dłoni…
Nagle „ni z gruchy ni z pietruchy”, pucołowaty barman informuje mnie teatralnym szeptem, że „jakby co” to on nie widzi problemu z wpuszczaniem „nierezydentów” do pokojów gości, o ile „nierezydenci” opuszczą pokój przed końcem jego zmiany, to jest przed siódmą rano.
Niemal jednocześnie dochodzi do mnie sens jego słów i Lena pyta która to godzina?
Nonszalanckim ruchem wydostaję telefon z kieszeni i pokazuję jej ekran.
– Dopiero trzecia. Mamy jeszcze dużo czasu – uśmiecham się znacząco – zachęcająco.
Lenka wstaje i gwałtownym ruchem wygładza krótką, symboliczną spódniczkę.
– Za godzinę mam autobus na lotnisko. Zasiedziałam się trochę – mówi z przepraszającym uśmiechem. Delikatnie muska wargami mój policzek i już jej nie ma. Siedzę w pozie żony Lota jakieś piętnaście minut, zanim dochodzi do mnie, że szukanie o tej porze kolejnych rozrywek byłoby już tylko szukaniem kłopotów. Idę spać.
I to tyle. Więcej nic się nie wydarzyło. Poza może jednym. Z tą wyspą Afrodyty to jednak racja. Znalazłem tutaj swoją miłość i tęsknię. Obiekt mego uczucia ma już swoje lata, pije jak smok i lubi rzucić mięchem, ma wystający brzuch i ubiera się niemodnie, hoduje świnie i swego czasu zabijał ludzi z karabinu maszynowego. A jednak tęsknię za inteligentnymi rozmowami, jego optymizmem i niesamowitym poczuciem humoru. Miłość jest naprawdę ślepa.

Comments (4)

ARTHUR III

– Chcesz zobaczyć coś ciekawego? – pyta Arthur któregoś przedpołudnia. Siedzi jak zwykle w cieniu, nad swoją gazetą, a ja krążę między basenem, jego stolikiem i barem. Wypijam litry herbaty z mlekiem, od której jestem mocno uzależniony. Pierwszy tydzień wakacji minął, energia mnie rozpiera i mam ochotę rozejrzeć się po Larnace. Do tej pory jakoś nie było kiedy. Arthur potrafi wypełnić człowiekowi czas.
– Jasne, że chcę! – przystaję z ochotą na jego propozycję.
– To bądź gotowy o ósmej wieczorem. Zamówię taksówkę – mówi Arthur tajemniczo i odmawia podania szczegółów. Po chwili dodaje jednak, że nie będę zawiedziony. Chichocze. Kilka razy upewnia się, że nie zapomnę i oddala się żeby “zdobyć trochę drobnych monet”. Nie wiem o co chodzi, ale jestem pewien, że dowiem się w swoim czasie.
Biorę trochę pieniędzy do kieszeni i idę. Już się przyzwyczaiłem do tego skwaru, mam swój kowbojski kapelusz, który kupiłem na Majorce, a w ogóle, to jestem rozebrany prawie “do rosołu”. Zbliża się południe i temperatura w słońcu podnosi się co najmniej do czterdziestu stopni.
20150907_125328
Larnaka robi wrażenie dość ambiwalentne. Centrum jest zadbane i totalnie zapchane firmowymi sklepami z drogą odzieżą, sieciowymi restauracjami i miejscowymi tawernami, zapraszającymi bielą obrusów i szerokimi uśmiechami kelnerów. Im dalej od głównego nadmorskiego deptaka, tym węższe robią się uliczki, spotyka się mniejsze i przytulniejsze kafejki, a ceny za pamiątki z Cypru (made in China) zjeżdżają gwałtownie na dół. Jeszcze kawałek dalej i jesteśmy w Bułgarii. Brudno, rozsypujące się domy, śmieci na ulicach i wszechobecne bezpańskie koty.
DSC06085DSC06088
Kupuję, w hurtowych ilościach, magnesy na lodówkę i jakieś inne pierdoły, żeby mieć “z głowy” wszystkich znajomych, którym zwykle coś przywożę z wakacji. Wszędzie w sklepach napisy po rosyjsku i sprzedawcy próbują mówić do mnie w tym języku. Prawie jak na Krymie, z tą niewielką różnicą, że tutaj, mimo upału i potu kapiącego z wszystkich, sprzedawca uśmiecha się przyjaźnie, chętnie odpowiada na wszystkie pytania i nawet zakup drobiazgu jest celebrowany jak transakcja w sklepie jubilerskim. Na Krymie, swego czasu, zaczepiłem sprzedawcę okularów przeciwsłonecznych, któremu przerwałem drzemkę głupim pytaniem, czy okulary, które wyłożył na swoim stoliku, na nadmorskiej promenadzie, są oryginalne? Miały wszystkie atrybuty oryginalności, napisy, loga, itd, tylko ceny były podejrzanie niskie. W odpowiedzi dostałem taki “wygawor”, że nie wiedziałem gdzie się schować i stosownie do polecenia miłego Rosjanina, oddaliłem się pospiesznie, w swoich własnych “poddiełkach”, które miałem na nosie. Nota bene, kupiłem je w sklepie firmowym za dość znaczną sumę pieniędzy, ale nie różniły się niczym od tych, które oferował nerwowy Sasza.
Wracam nad morze i przysiadam w pustawej tawernie. Kelner włącza, specjalnie dla mnie, wielki wentylator, a kiedy dowiaduje się, że jestem Polakiem, próbuje coś tam powiedzieć w naszym języku. Od razu robi się sympatycznie, przynoszą mi ogromne porcje sałatek i mięs i spędzam nad tym ponad godzinę, leniwie pojadając, konwersując z kelnerem, obserwując ruch uliczny i ludzi na plaży.
20150918_102555
Jest mi tak dobrze, że siedziałabym tak pewnie do późnej nocy, gdyby nie to, że przecież umówiłem się na ósmą z Arthurem!
Gdy docieram do hotelu, Arthur siedzi już na recepcji i gdy mnie dostrzega, spogląda wymownie na zegarek.
-Taksówka już jedzie – oznajmia.
Biegnę szybko po schodach do swojego numeru. Po krótkim wahaniu, ubieram się w nieco elegantsze krótkie spodenki i białą koszulę, polewam troche intensywniej woda toaletową i zbiegam na dół.
– Masz jakieś drobne monety? – pyta Arthur.
– Coś tam mam – odpowiadam i patrzę na niego wyczekująco.
– To dobrze. Będą nam potrzebne – chichocze zamiast wyjaśnień.
Nadjeżdża klimatyzowany mercedes, taki jak większość taksówek tutaj. Arthur sadowi się obok kobiety siedzącej za kierownicą i mówi żeby jechała “w to miejsce”. Po chwili dowiaduję się, że kobieta wozi Arthura w “to miejsce” od piętnastu lat.
Kluczymy po jakichś bocznych uliczkach Larnaki i wreszcie Arthur daje znak, że wysiadamy.
Wydaje mi się, że wchodzimy do czyjegoś mieszkania, położonego na poziomie ulicy. W środku dostrzegam jakieś kanapki, stolik, ciemnawo i dwóch gości grających w miejscową grę planszową.
Na widok Arthura jeden z nich żwawo podskakuje, włącza przyćmione światła i zaprasza nas na siedzenia przy barze. Bo to jest bar. Malutki, dziwnie udekorowany, ale bar. Wszędzie stoją i wiszą zdjęcia gospodarza w różnym wieku. Gospodarz, pijany “w trzy dupy” Grek, ubrany tylko w jakieś powyciągane gacie i nic poza tym, serwuje nam niespodziewanie dobrze schłodzone piwo i zaczyna wystawiać na bar wszystkie przekąski, paluszki, orzeszki i co tylko znajdzie. Jest taki niski, że kiedy porusza się za barem widzimy tylko czubek jego głowy i dopiero, kiedy siada na stołek po swojej stronie baru, jesteśmy na mniej więcej tym samym poziomie. Chce mi się śmiać, ale powstrzymuję się. Czekam co będzie dalej.
20150914_212514
Arthur wysypuje na bar całą kieszeń drobnych monet i nasza podróż w czasie się zaczyna. Grek – ma na imię Mikael – zgarnia monety, podchodzi do muzealnej szafy grającej, którą dopiero teraz zauważam i po chwili z głośników charczą na zmianę Dean Martin, Demis Roussos, Frank Sinatra i ludowe greckie kawałki. Zaczynają się wspomnienia z linii frontu. Okazuje się, że Arthur służył w armii angielskiej na Cyprze i był w jednostce, która ochraniała linię demarkacyjną między wojskami greckimi i tureckimi, w okolicach Famagusty. Mikael mówi, że byli z Arthurem po różnych stronach frontu i byli wrogami. Śmieje się. Arthur chichocze. Na barze pojawiają się kolejne butelki piwa i następne talerze z przekąskami. Arthur szepcze mi do ucha, że zapłaci za wszystko na końcu, a potem się rozliczymy. Zazwyczaj Grek jest taki pijany, że zapomina co serwował. Mrugam do niego porozumiewawczo. Deal.
Oglądam zdjęcia Mikaela. Był całkiem przystojnym młodym mężczyzną. Na jednej z fotografii ma gęstą brodę. Arthur wyjaśnia, że to tutaj taki zwyczaj. Kiedy umiera żona, mąż zapuszcza brodę na znak żałoby. Żona Mikaela umarła dawno temu. Przez grzeczność nie pytam, co zapuszcza tutejsza żona, kiedy umiera mąż.
Pijemy dalej i Mikael zwraca uwagę na mój nos. Dotyka swojego organu powonienia, który, podobnie jak mój, jest solidnych rozmiarów i z błyskiem w oczach objaśnia, łamaną angielszczyzną, że duży nos oznacza, że natura obdarzyła nas także szczodrze w innym miejscu. Nie bardzo wiem jak na to zareagować, mówię więc tylko, zgodnie z prawdą, że do tej pory nikt nie narzekał. Wzbudza to ogólną wesołość. Partner Mikaela od gry planszowej, przysiada się do nas i Arthur zamawia mu piwo, mrugając do mnie uspokajająco. Mikael zapłaci. Grecka muzyka ryczy za naszymi plecami, a Mikael narzeka, że nie moze pić, bo ma cukrzycę. Zastanawiam się co tu się działo, kiedy mógł pić, bo teraz co chwila nalewa sobie jakiego trunku z niewielkiej piersiówki, sączy to przez zęby i coraz bardziej chwiejnym krokiem porusza się za barem.Zauważa, że go obserwuję i bez pytania stawia przede mną mały kieliszek i nalewa z piersiówki. Mówi, że to miejscowy specjał. Sam robił. Wstydzę się wąchać, więc bez zastanowienia przechylam szkło i wlewam w gardło zawartość kieliszka. Oczy zachodzą mi mgłą, bo płyn okazuje się być regularnym samogonem, o mocy paliwa do napędu rakiet. Nie wiem jak on to może pić małymi łyczkami. Rozglądam się za jakąś zakąską, a Mikael usłużnie podaje mi jakieś zielone “coś”, wydobyte ręką ze słoika. Nie mam wyjścia. Biorę i wkładam do ust. Smakuje trochę jak gołąbek. Mięso zawinięte w liść winogrona. Nawet niezłe. Też sam robiłem, informuje z dumą Mikael i nalewa mi następny kieliszek.
20150914_214036
Wspominają z Arthurem niedawne całkiem czasy. Dziesięć, piętnaście lat temu, kiedy życie tętniło na Cyprze i nikt nie myślał o kryzysie. W każdym barze siedziały dziewczyny, które zachęcały klientów do zamawiania kolejnych drinków i za każdy dostawały żeton. Było miło, było bogato, dziewczyny były owarte na wszystkie propozycje. Mikael rechocze nieco obleśnie i Arthur pokazuje mi oczami mała galeryjkę nad nami, do której prowadzą wąskie schodki.
Te miłe wspominki przerywa przyjazd naszej taksówki, którą Arthur przezornie zamówił na dziesiątą. Arthur płaci nasz rachunek i żegnamy się wylewnie z Mikaelem. Jestem zaproszony do “Rhino Pub” na następny rok i obiecuję, że przyjadę “na tysiąc procent”. W drodze powrotnej Arthur pyta jak mi się podobało. Absolutnie szczerze odpowiadam, że bardzo, że jestem pod urokiem otwartości i sympatii, z jaką Mikael mnie, zupełnie obcego, traktował. Arthur mruczy z zadowoleniem na przednim siedzeniu. Nie chcę mu psuć wieczoru, więc już nie wspominam, że według moich obliczeń, Mikael “naciął” nas przy rachunku na jakieś dwadzieścia pięć procent. Miało być trochę inaczej. Ale co tam.
CDN.

Comments (11)

Older Posts »