Rita czyli kobiety zaśmiecają świat.

Jak to mówią: nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki. Ale można dwa razy popełnić ten sam błąd. Wtedy jest się po prostu bezmyślnym. Trzeci raz to już idioctwo.
Mieszkam ostatnio w sympatycznym domku, z trzema sypialniami, kuchnią, salonikiem i oddzielnym pokojem na biuro (które teraz jest mi potrzebne). Naokoło spory ogródek, z trawnikiem i żywopłotem. Tutaj to swego rodzaju klasyka. Czynsz całkiem znośny, ale od dłuższego czasu patrzyłem na te puste sypialnie i zastanawiałem się czy nie zaryzykować jeszcze raz i nie wziąć kogoś „na pokój”, bo to trochę bez sensu płacić samemu za dom, w którym praktycznie się nie przebywa. Ostatnimi czasy stale jestem albo w pracy, albo w drodze do pracy, hurtowni, urzędu itp.
Szale wątpliwości przechylili sympatyczni panowie (?), którzy byli uprzejmi odwiedzić mnie któregoś wieczoru, przez okno na tyłach domu, po uprzednim otwarciu go w całkiem nieinwazyjny sposób, jakimś nieznanym narzędziem. Czysto i co potwierdziła późniejsza analiza daktyloskopijna, bez śladów. Ku uciesze mojej i mojej landlady, okno udało się naprawić od reki i właściwie bez żadnych kosztów, a straty w mieniu ( ku naszej jeszcze większej uciesze) okazały się minimalne – stare żelazko, całkiem nowy odkurzacz i elektryczny skateboard. Mimo wszystko nieprzyjemne uczucie, przy każdorazowym wieczornym powrocie do domu, zostało. Landlady postanowiła zainstalować dla mnie nowoczesny system alarmowy, a ja ze swej strony kupiłem dwie kamery, które są podłączone do internetu, tak że mogę w swoim telefonie obserwować w czasie rzeczywistym, co się dzieje w domu. I tutaj, jakby deux ex machina, pojawiła się Rita.
Dla porządku muszę dodać, że od dłuższego czasu, rzeczy w moim życiu dzieją się same, a ja tylko muszę dokonywać stosownych wyborów. Być może zawsze tak było, a tylko teraz wreszcie to widzę. Przy tym, jeśli próbuję wybrać w sposób niewłaściwy, to życie rzuca mi same kłody pod nogi, a kiedy wybór jest dobry ( co się zwykle dość szybko wyjaśnia), to wszystko idzie jak z płatka. O tym być może napiszę kiedyś, bo mógłbym podać bez liku przykładów na potwierdzenie tej reguły.
W każdym razie Rita akurat szukała pokoju i wpadliśmy na siebie, będąc w gościach u naszej wspólnej znajomej. Od słowa do słowa, dogadaliśmy się, że zamieszka u mnie na próbę. Mieszkamy wspólnie już od kilku miesięcy i muszę powiedzieć, że dobrze się z nią mieszka.
Ma jednak swoje drobne słabostki. Na przykład, co jakiś czas gotuje coś, co w zapachu przypomina stare skarpety. Z tym, że od razu otwiera wszystkie okna, zapala świece i stara się wietrzyć dom, tak że nie mogę jej tego brać za złe. Przez jakiś czas polewała się ponad miarę perfumami, które są ostatnio modne, ale są ciężkie i śmierdzą jak jasny gwint, a w takim stężeniu w jakim ona mi je serwowała, były toksyczne jak iperyt. Z tym poradziłem sobie, wylewając wiadra męskiego Hugo Bossa w okolicach jej drzwi i zdaje się, że moja nieśmiała sugestia dotarła, bo już dłuższy czas nie czuję tego jej świństwa. Rita zarabia na życie, pracując ciężko w szpitalu, więc w weekendy lubi sobie walnąć parę głębszych, dla odreagowania mozolnego tygodnia. Ja nie piję wcale, ale ponieważ właściwie mijamy się w drzwiach, a jej sobotnie czy piątkowe sesje z butelką nie kończą się nigdy żadnymi ekscesami, więc nie ma problemu. Ostatnio nawet jakoś mniej się „odstresowuje”. Płaci regularnie, nie pali papierosów, nie słucha głośnej muzyki i prasuje moje koszule. Da się z nią żyć.
Jedyny problem, który mnie nie tyle denerwuje, co silnie nurtuje, to śmieci.
Kiedy mieszkałem sam, zapełniałem spory, piećdziesięciolitrowy kosz, mniej więcej około miesiąca. Teraz muszę wywozić taki sam pojemnik raz na tydzień! Co ona tam wrzuca i dlaczego tego jest tyle, sam Bóg raczy wiedzieć. Prawdziwa zagadka.

Comments (1)

Lektury nadobowiązkowe

Ten tekst odleżał ponad dwa lata na półce, więc proszę o wyrozumiałość. To i tak nieźle w porównaniu do silnie „odgrzewanych kotletów”, serwowanych po raz kolejny na niektórych zaprzyjaźnionych blogach🙂.
Jestem po lekturze dwóch książek (których jeszcze nie czytałem). Jedna to „Człowiek z teczki” Cenckiewicza (albo CENTKIEWICZA – jak zwykł go nazywać jego „ulubiony” adwersarz), a druga to „Więzienny prawnik” Grishama.
Zacznę od tej drugiej, bo mam tu trochę mniej do powiedzenia.
Grisham napisał nareszcie coś w miarę wciągającego, chociaż wykorzystał znowu ten sam schemat, który stosował już wiele razy. Dobrzy czarni, źli biali, tęsknota za swobodnym życiem na łodzi, krążącej po Karaibach, brudne pieniądze zarabiane (lub rabowane) przez złych ludzi.
Grisham ma mocno lewicowe przekonania i pewnie w czasach McCarthy’ego miałby problemy. Książka jest w zasadzie ok. Czytałoby się lekko, gdyby nie jedna ( ale jak dla mnie zasadnicza) przeszkoda – tłumaczenie.
Po pierwsze, tłumacz uparł się, żeby używać gdzie się da polskich kolokwializmów. W zestawieniu z amerykańską rzeczywistością, opisywaną przez Grishama, to w ogóle nie pasuje, denerwuje i często wywołuje skutek odwrotny do zamierzonego przez autora oryginału.
Po drugie, czytałbym pewnie z przyjemnością przekład Londona, Greena czy nawet Archera wykonany przez tego tłumacza, ale do Grishama taki język już nie pasuje. Teraz się po prostu tak nie mówi. Nie wiem czy to jakiś emeryt, który wziął się za nieswoją pracę, czy może się zwyczajnie czepiam. Kto chce niech się sam przekona. Książka da się czytać i nawet miejscami Grisham się całkiem postarał, chociaż do poziomu „Firmy” czy „ Czasu zabijania” się nie wspiął.
Druga pozycja to już inny kaliber. Cenckiewicz zebrał tu w jednym miejscu wszystko, co do tej pory gdzieś tam na temat Lecha Walesy wyciekało do wiadomości publicznej. Trzeba przyznać, że się przyłożył i wykonał dużą pracę, żeby opisać lata wczesnej młodości, udział w wydarzeniach w Gdańsku w 1970 roku, a potem w „obaleniu komuny”.
Zastanawiałem się, czy opublikowanie takiej książki to dowód na zwycięstwo demokracji w Polsce, czy może jednak coś innego? Mam mieszane odczucia. W świetle ostatnich informacji ( ze stycznia 2016) o mianowaniu Cenckiewicza na szefa archiwów informacji wojskowej MON, tym bardziej nie wiem co myśleć. Z jednej strony, Cenckiewicz dobrał się do prawdy o życiu i działalności Walesy kompleksowo i bardzo blisko. Z drugiej strony, książka zostawia spory niedosyt, bo autor skupia się bardziej na charakterystyce obyczajowej i psychologicznej Walesy, wytykając mu, po kolei: wieśniactwo, chamstwo, nieuctwo, prostactwo, konformizm, instrumentalne traktowanie religii, tchórzostwo, alkoholizm itd. Dobrze podpiera faktami, dzisiaj już raczej oczywistą tezę, że Walesa był marionetka sterowana…. no właśnie. Przez kogo? Tego mi zabrakło. Gdzie są dzisiaj ci ludzie, czym się zajmują, w której partii maja najsilniejsze wpływy itd. Przecież nie zrobili przewrotu w Polsce po to, żeby na tym stracić. Z tym, ze to już by była inna książka, o tym jak w Polsce zrobiono „przewrót” i przywrócono normalność, sic!
Cenckiewicz nie napisał tym razem pracy naukowej, więc pozwala sobie na bardziej soczysty język i sporo osobistych wycieczek pod adresem „Lecha”. Miejscami to bawi, ale miejscami wydaje się przesadzone. Dostało się też małżonce prezydenta, do czego zresztą sama się przyczyniła, publikując swoją, zbyt szczerą biografię.
No więc zwycięstwo demokracji czy co innego?
Można chyba zaryzykować tezę, że jednak chodzi o co innego.
Wałęsa skończył się dość dawno i przestał być potrzebny tym, którzy nim sterowali i wynieśli w nagrodę na prezydencki stolec, zapewniając dostatnie życie do końca jego dni. Przestał być potrzebny jako człowiek i jako legenda „Solidarności”. A żeby mu nie przyszły do głowy jakieś głupie pomysły, w rodzaju robienia samodzielnej i niezależnej kariery politycznej, to się go trochę kompromituje i trzyma na pasku. Co nie jest zbyt trudne. A jak trzeba to Walesa leci np. do Kijowa „podtrzymać” protesty „społeczeństwa”, albo wypowiada się ( tak jak potrzeba) na aktualne tematy.
Niedawno obejrzałem też film Wajdy o Wałęsie – „ Człowiek z nadziei”. Film jest niezły, bo Wajda zna swoje rzemiosło. Niezły w sensie warsztatowym. W sensie faktologicznym, to, mówiąc kolokwialnie – „kiszka”.
Wajda zrobił laurkę, całkiem ładną, ale dość irytującą dla kogoś, kto widział te wydarzenia na własne oczy, albo chociaż poczytał sobie trochę Cenckiewicza, Ziemkiewicza i innych. Film dla prostaczków i obcokrajowców. Trzeba przyznać, że Robert Więckiewicz genialnie parodiuje Wałęsę, jeszcze raz udowadniając, że ma talent. Wygląda na to, że nieźle się przy tym bawi.
„Człowiek z nadziei” to film na raz. W sam raz do obejrzenia przy kolacji. Drugi raz już nudzi. Tak jak ten sam dowcip, słyszany po raz kolejny.
A tymczasem poczekajmy co nowego Cenckiewicz wygrzebie w archiwach MON. Może znowu zrobi się ciekawie.

Comments (14)

Święty dym

Będzie o filmie „Holy smoke”. Ten film ma już swoje lata, bo został zrealizowany w 1999 roku, ale tym razem to zaleta. Czuć w nim jeszcze atmosferę beztroskich i bezpiecznych lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia. Reżyserem jest kobieta i scenariusz napisały kobiety. To widać prawie natychmiast po napisach początkowych. Gdyby to nakręcił mężczyzna, to z całkowitą pewnością film byłby uznany za antykobiecy, a ponieważ zrobiła to Jane Campion, to możemy zaryzykować twierdzenie, że ten film jest bardzo prawdziwy. Prawdziwy, chociaż posługuje się dużymi przerysowaniami. Każda z postaci jest trochę dziwna i sytuacje, w które je uwikłano też są raczej niecodzienne. Seks został użyty tutaj w sporych ilościach i miejscami dzieło ociera się prawie o pornografię, ale na szczęście bez przekraczania tej cienkiej granicy. Wielka w tym zasługa Kate Winslet, która potrafi grać nago w bardzo naturalny sposób.
Nie wiem jakie było zamierzenie Jane Campion i jej siostry Anny, która jest współautorką scenariusza tzn. nie jestem pewien czy dobrze zrozumiałem jej intencje twórcze, a lektura kilku recenzji w internecie tylko powiększyła moją niepewność. Gdyby patrzeć na ten obraz bez jakiejś głębszej refleksji, to z grubsza rzecz biorąc ten film jest o młodej dziewczynie, która próbuje odnaleźć się w dorosłym życiu, a ponieważ robi to w sposób, który niepokoi jej bliskich, wzywają oni na pomoc „specjalistę”, który ma ja „wyprostować”, czyli przywrócić na łono społeczności australijskiej, bo rzecz dzieje się przeważnie w „Krainie Kangurów”. Nieoczekiwanie okazuje się, że lekarz ma większe problemy niż pacjentka i następuje co najmniej pomieszanie ról.
Specjalistę gra Harvey Keitel i chociaż nie jest to raczej jego najlepsza rola (może dlatego, że scenariusz nie dawał na to szansy), to zrobił wszystko żeby uwiarygodnić swoją postać i dał radę. Patrząc na niego widzimy nie Harveya Keitela, ale właśnie PJ Watersa – podstarzałego specjalistę numer 1 od zawracania innych ze złej drogi.
A co ja tam zobaczyłem? Kolosalną krytykę współczesnego społeczeństwa zachodniego. Brak normalnych wartości, bezcelowość egzystencji, nietolerancję. To życie, które pokazuje Jane Campion jest właśnie takie i nie wiem czy to było zamierzone przerysowanie, czy to po prostu obraz rzeczywistości, użyty w tle dla pokazania życia klasy średniej w Australii. Kompletna degrengolada, do której próbuje na siłę ściągnąć dziewczynę jej rodzina, wszelkimi ( nawet nieuczciwymi) sposobami. Tymczasem ona znalazła miejsce na ziemi, gdzie obowiązują jakieś wartości, gdzie życie ma swój sens i cel, chociaż jest jest mniej komfortowe, a użycie toalety może być sporym wyzwaniem.
Rozpoczyna się walka, z której wszyscy wychodzą właściwie wygrani, pomimo niewielkich okaleczeń, poniesionych w jej trakcie. W tym kontekście, nie bardzo rozumiem sens ostatniej sceny, w której PJ Waters pisze list do Ruth, trzymając na kolanach dwójkę swoich dzieci i uśmiechając się do kręcącej się po kuchni żony.
Być może zobaczyłem coś, co „Holy smoke” ilustruje w sposób nie całkiem zamierzony, albo Jane Campion nie chciała pójść „na całość” i w ostatniej chwili trochę zaprzeczyła wszystkiemu, co opowiadała przez półtorej godziny.
A może chciała pokazać, że każdy wybór życiowy jest dobry, jeśli dokonuje się go z przekonaniem i w zgodzie z własnym ja.
Warto obejrzeć, jeśli człowiek sam zastanawia się nad sensem swego egzystowania albo chociażby dla zobaczenia nagiej, sikającej po nogach z podniecenia, Kate Winslet.
holy smoke

Comments (2)

ARTHUR IV albo KLĄTWA AFRODYTY

Siedzimy wieczorem w barze. Łowcy jak zwykle kręcą się tam i z powrotem. Gorąco, ale jakoś jakby mniej dokuczliwie. Nastroje trochę minorowe. Jutro rano Arthur odlatuje do domu.
Pytam jak mu się żyje na spokojnej walijskiej wsi. Nie takiej znowu spokojnej, oponuje z chichotem. W zeszłym roku sąsiadowi ukradli z pastwiska całe stado owiec. Wieczorem jeszcze się pasły, a rano zostały po nich tylko wyżarte połacie trawy i charakterystyczne czarne kulki.
Arthur hoduje świnie. Dziesięć rocznie. Nie więcej. Potem sprzedaje je wszystkie, oprócz jednej, na aukcji. Jedną zawsze odwozi do rzeźni i ma mięso na kilka miesięcy.
Patrzę na niego i nie mogę się nadziwić, że jemu się chce. Mieszka tylko z siostrą, która jest niewiele młodsza od niego. Pytam dlaczego się zajmuje tymi świniami. A tak, mówi Arthur. Żeby było zajęcie. Poza tym jego dziadek hodował świnie, ojciec hodował świnie i on też je hoduje. Taka rodzinna tradycja.
Rzeźnia kasuje go dość drogo za zaszlachtowanie tucznika i mięso jest tylko nieco tańsze niż w sklepie, ale nie o to chodzi. Chodzi o to żeby mieć jakieś zajęcie, no i mięso jest na pewno zdrowe, bo Arthur hoduje świnie ekologicznie.
– Zawsze by było taniej jak byś sam zabił – zauważam. Arthur chichocze.
– Po pierwsze – to jest chyba zabronione, a po drugie – ja bym nie zabił nawet muchy – odpowiada.
Patrzę na niego uważnie i obydwaj wiemy o czym myślę. O strzelaniu do ludzi w Korei.
– Ja wiem, że to dziwne – chichocze – ale to prawda. Mam na farmie kaczki i kury, które sobie łażą jak chcą, a jak mi się zachce kurczaka, to jadę do sklepu i kupuję gotowego. Poza tym mam trzy emerytury.
– Jak to trzy? – dziwię się.
– Jedna z wojska, jedna z policji, no i jedna państwowa, tak jak każdy. Nie mam kiedy tego wydać – znowu chichocze.
Dzisiaj jest trochę inny. Co chwila pyta mnie jak się bawię i informuje mnie, że on bawi się świetnie. Kilka razy w ciągu wieczoru powtarza, że spędza tu dwa tygodnie, co roku, zawsze na początku września. Pucołowaty barman kiwa głową.
Wreszcie Arthur decyduje się na zakończenie wieczoru, bo samolot jutro wcześnie rano. Żegna się bez żadnych wylewności. Jest na to za bardzo angielski. Ale pyta z nadzieją w głosie, czy przyjadę tutaj na drugi rok, w tym samym czasie.
20150912_003911
To śmieszne, ale czuję jakiś dziwny ucisk w gardle i niemal przyrzekam mu, że spotykamy się tutaj dokładnie za rok. I tym razem wierzę w to głęboko. Ostatnia fotka i Arthur znika w windzie.
Nie jest jeszcze późno i zastanawiam się co tu począć z tak miło rozpoczętym wieczorem. Rozglądam się dyskretnie po barze i niespodziewanie napotykam, wlepione w siebie, rozmaślone oczy młodej Rosjanki. Uśmiecha się tak zachęcająco, że decyduję się na postawienie jej drinka, żeby jakoś nawiązać pierwszy kontakt. Drink zostaje przyjęty i coś mi się wydaje, że słupek rtęci znowu gwałtownie poszybował w górę. Robi się bardzo gorąco.
Gadamy, pijemy, pijemy, gadamy. Jest naprawdę sympatycznie. Rosjanka, tak jak dziewięćdziesiąt dziewięć procent jej rodaczek, ma na imię Lena. Dobrze się z nią rozmawia, bo jest otwarta, ma swoje zdanie, dużo ją interesuje. W końcu zaczynamy sobie wróżyć z dłoni…
Nagle „ni z gruchy ni z pietruchy”, pucołowaty barman informuje mnie teatralnym szeptem, że „jakby co” to on nie widzi problemu z wpuszczaniem „nierezydentów” do pokojów gości, o ile „nierezydenci” opuszczą pokój przed końcem jego zmiany, to jest przed siódmą rano.
Niemal jednocześnie dochodzi do mnie sens jego słów i Lena pyta która to godzina?
Nonszalanckim ruchem wydostaję telefon z kieszeni i pokazuję jej ekran.
– Dopiero trzecia. Mamy jeszcze dużo czasu – uśmiecham się znacząco – zachęcająco.
Lenka wstaje i gwałtownym ruchem wygładza krótką, symboliczną spódniczkę.
– Za godzinę mam autobus na lotnisko. Zasiedziałam się trochę – mówi z przepraszającym uśmiechem. Delikatnie muska wargami mój policzek i już jej nie ma. Siedzę w pozie żony Lota jakieś piętnaście minut, zanim dochodzi do mnie, że szukanie o tej porze kolejnych rozrywek byłoby już tylko szukaniem kłopotów. Idę spać.
I to tyle. Więcej nic się nie wydarzyło. Poza może jednym. Z tą wyspą Afrodyty to jednak racja. Znalazłem tutaj swoją miłość i tęsknię. Obiekt mego uczucia ma już swoje lata, pije jak smok i lubi rzucić mięchem, ma wystający brzuch i ubiera się niemodnie, hoduje świnie i swego czasu zabijał ludzi z karabinu maszynowego. A jednak tęsknię za inteligentnymi rozmowami, jego optymizmem i niesamowitym poczuciem humoru. Miłość jest naprawdę ślepa.

Comments (4)

ARTHUR III

– Chcesz zobaczyć coś ciekawego? – pyta Arthur któregoś przedpołudnia. Siedzi jak zwykle w cieniu, nad swoją gazetą, a ja krążę między basenem, jego stolikiem i barem. Wypijam litry herbaty z mlekiem, od której jestem mocno uzależniony. Pierwszy tydzień wakacji minął, energia mnie rozpiera i mam ochotę rozejrzeć się po Larnace. Do tej pory jakoś nie było kiedy. Arthur potrafi wypełnić człowiekowi czas.
– Jasne, że chcę! – przystaję z ochotą na jego propozycję.
– To bądź gotowy o ósmej wieczorem. Zamówię taksówkę – mówi Arthur tajemniczo i odmawia podania szczegółów. Po chwili dodaje jednak, że nie będę zawiedziony. Chichocze. Kilka razy upewnia się, że nie zapomnę i oddala się żeby “zdobyć trochę drobnych monet”. Nie wiem o co chodzi, ale jestem pewien, że dowiem się w swoim czasie.
Biorę trochę pieniędzy do kieszeni i idę. Już się przyzwyczaiłem do tego skwaru, mam swój kowbojski kapelusz, który kupiłem na Majorce, a w ogóle, to jestem rozebrany prawie “do rosołu”. Zbliża się południe i temperatura w słońcu podnosi się co najmniej do czterdziestu stopni.
20150907_125328
Larnaka robi wrażenie dość ambiwalentne. Centrum jest zadbane i totalnie zapchane firmowymi sklepami z drogą odzieżą, sieciowymi restauracjami i miejscowymi tawernami, zapraszającymi bielą obrusów i szerokimi uśmiechami kelnerów. Im dalej od głównego nadmorskiego deptaka, tym węższe robią się uliczki, spotyka się mniejsze i przytulniejsze kafejki, a ceny za pamiątki z Cypru (made in China) zjeżdżają gwałtownie na dół. Jeszcze kawałek dalej i jesteśmy w Bułgarii. Brudno, rozsypujące się domy, śmieci na ulicach i wszechobecne bezpańskie koty.
DSC06085DSC06088
Kupuję, w hurtowych ilościach, magnesy na lodówkę i jakieś inne pierdoły, żeby mieć “z głowy” wszystkich znajomych, którym zwykle coś przywożę z wakacji. Wszędzie w sklepach napisy po rosyjsku i sprzedawcy próbują mówić do mnie w tym języku. Prawie jak na Krymie, z tą niewielką różnicą, że tutaj, mimo upału i potu kapiącego z wszystkich, sprzedawca uśmiecha się przyjaźnie, chętnie odpowiada na wszystkie pytania i nawet zakup drobiazgu jest celebrowany jak transakcja w sklepie jubilerskim. Na Krymie, swego czasu, zaczepiłem sprzedawcę okularów przeciwsłonecznych, któremu przerwałem drzemkę głupim pytaniem, czy okulary, które wyłożył na swoim stoliku, na nadmorskiej promenadzie, są oryginalne? Miały wszystkie atrybuty oryginalności, napisy, loga, itd, tylko ceny były podejrzanie niskie. W odpowiedzi dostałem taki “wygawor”, że nie wiedziałem gdzie się schować i stosownie do polecenia miłego Rosjanina, oddaliłem się pospiesznie, w swoich własnych “poddiełkach”, które miałem na nosie. Nota bene, kupiłem je w sklepie firmowym za dość znaczną sumę pieniędzy, ale nie różniły się niczym od tych, które oferował nerwowy Sasza.
Wracam nad morze i przysiadam w pustawej tawernie. Kelner włącza, specjalnie dla mnie, wielki wentylator, a kiedy dowiaduje się, że jestem Polakiem, próbuje coś tam powiedzieć w naszym języku. Od razu robi się sympatycznie, przynoszą mi ogromne porcje sałatek i mięs i spędzam nad tym ponad godzinę, leniwie pojadając, konwersując z kelnerem, obserwując ruch uliczny i ludzi na plaży.
20150918_102555
Jest mi tak dobrze, że siedziałabym tak pewnie do późnej nocy, gdyby nie to, że przecież umówiłem się na ósmą z Arthurem!
Gdy docieram do hotelu, Arthur siedzi już na recepcji i gdy mnie dostrzega, spogląda wymownie na zegarek.
-Taksówka już jedzie – oznajmia.
Biegnę szybko po schodach do swojego numeru. Po krótkim wahaniu, ubieram się w nieco elegantsze krótkie spodenki i białą koszulę, polewam troche intensywniej woda toaletową i zbiegam na dół.
– Masz jakieś drobne monety? – pyta Arthur.
– Coś tam mam – odpowiadam i patrzę na niego wyczekująco.
– To dobrze. Będą nam potrzebne – chichocze zamiast wyjaśnień.
Nadjeżdża klimatyzowany mercedes, taki jak większość taksówek tutaj. Arthur sadowi się obok kobiety siedzącej za kierownicą i mówi żeby jechała “w to miejsce”. Po chwili dowiaduję się, że kobieta wozi Arthura w “to miejsce” od piętnastu lat.
Kluczymy po jakichś bocznych uliczkach Larnaki i wreszcie Arthur daje znak, że wysiadamy.
Wydaje mi się, że wchodzimy do czyjegoś mieszkania, położonego na poziomie ulicy. W środku dostrzegam jakieś kanapki, stolik, ciemnawo i dwóch gości grających w miejscową grę planszową.
Na widok Arthura jeden z nich żwawo podskakuje, włącza przyćmione światła i zaprasza nas na siedzenia przy barze. Bo to jest bar. Malutki, dziwnie udekorowany, ale bar. Wszędzie stoją i wiszą zdjęcia gospodarza w różnym wieku. Gospodarz, pijany “w trzy dupy” Grek, ubrany tylko w jakieś powyciągane gacie i nic poza tym, serwuje nam niespodziewanie dobrze schłodzone piwo i zaczyna wystawiać na bar wszystkie przekąski, paluszki, orzeszki i co tylko znajdzie. Jest taki niski, że kiedy porusza się za barem widzimy tylko czubek jego głowy i dopiero, kiedy siada na stołek po swojej stronie baru, jesteśmy na mniej więcej tym samym poziomie. Chce mi się śmiać, ale powstrzymuję się. Czekam co będzie dalej.
20150914_212514
Arthur wysypuje na bar całą kieszeń drobnych monet i nasza podróż w czasie się zaczyna. Grek – ma na imię Mikael – zgarnia monety, podchodzi do muzealnej szafy grającej, którą dopiero teraz zauważam i po chwili z głośników charczą na zmianę Dean Martin, Demis Roussos, Frank Sinatra i ludowe greckie kawałki. Zaczynają się wspomnienia z linii frontu. Okazuje się, że Arthur służył w armii angielskiej na Cyprze i był w jednostce, która ochraniała linię demarkacyjną między wojskami greckimi i tureckimi, w okolicach Famagusty. Mikael mówi, że byli z Arthurem po różnych stronach frontu i byli wrogami. Śmieje się. Arthur chichocze. Na barze pojawiają się kolejne butelki piwa i następne talerze z przekąskami. Arthur szepcze mi do ucha, że zapłaci za wszystko na końcu, a potem się rozliczymy. Zazwyczaj Grek jest taki pijany, że zapomina co serwował. Mrugam do niego porozumiewawczo. Deal.
Oglądam zdjęcia Mikaela. Był całkiem przystojnym młodym mężczyzną. Na jednej z fotografii ma gęstą brodę. Arthur wyjaśnia, że to tutaj taki zwyczaj. Kiedy umiera żona, mąż zapuszcza brodę na znak żałoby. Żona Mikaela umarła dawno temu. Przez grzeczność nie pytam, co zapuszcza tutejsza żona, kiedy umiera mąż.
Pijemy dalej i Mikael zwraca uwagę na mój nos. Dotyka swojego organu powonienia, który, podobnie jak mój, jest solidnych rozmiarów i z błyskiem w oczach objaśnia, łamaną angielszczyzną, że duży nos oznacza, że natura obdarzyła nas także szczodrze w innym miejscu. Nie bardzo wiem jak na to zareagować, mówię więc tylko, zgodnie z prawdą, że do tej pory nikt nie narzekał. Wzbudza to ogólną wesołość. Partner Mikaela od gry planszowej, przysiada się do nas i Arthur zamawia mu piwo, mrugając do mnie uspokajająco. Mikael zapłaci. Grecka muzyka ryczy za naszymi plecami, a Mikael narzeka, że nie moze pić, bo ma cukrzycę. Zastanawiam się co tu się działo, kiedy mógł pić, bo teraz co chwila nalewa sobie jakiego trunku z niewielkiej piersiówki, sączy to przez zęby i coraz bardziej chwiejnym krokiem porusza się za barem.Zauważa, że go obserwuję i bez pytania stawia przede mną mały kieliszek i nalewa z piersiówki. Mówi, że to miejscowy specjał. Sam robił. Wstydzę się wąchać, więc bez zastanowienia przechylam szkło i wlewam w gardło zawartość kieliszka. Oczy zachodzą mi mgłą, bo płyn okazuje się być regularnym samogonem, o mocy paliwa do napędu rakiet. Nie wiem jak on to może pić małymi łyczkami. Rozglądam się za jakąś zakąską, a Mikael usłużnie podaje mi jakieś zielone “coś”, wydobyte ręką ze słoika. Nie mam wyjścia. Biorę i wkładam do ust. Smakuje trochę jak gołąbek. Mięso zawinięte w liść winogrona. Nawet niezłe. Też sam robiłem, informuje z dumą Mikael i nalewa mi następny kieliszek.
20150914_214036
Wspominają z Arthurem niedawne całkiem czasy. Dziesięć, piętnaście lat temu, kiedy życie tętniło na Cyprze i nikt nie myślał o kryzysie. W każdym barze siedziały dziewczyny, które zachęcały klientów do zamawiania kolejnych drinków i za każdy dostawały żeton. Było miło, było bogato, dziewczyny były owarte na wszystkie propozycje. Mikael rechocze nieco obleśnie i Arthur pokazuje mi oczami mała galeryjkę nad nami, do której prowadzą wąskie schodki.
Te miłe wspominki przerywa przyjazd naszej taksówki, którą Arthur przezornie zamówił na dziesiątą. Arthur płaci nasz rachunek i żegnamy się wylewnie z Mikaelem. Jestem zaproszony do “Rhino Pub” na następny rok i obiecuję, że przyjadę “na tysiąc procent”. W drodze powrotnej Arthur pyta jak mi się podobało. Absolutnie szczerze odpowiadam, że bardzo, że jestem pod urokiem otwartości i sympatii, z jaką Mikael mnie, zupełnie obcego, traktował. Arthur mruczy z zadowoleniem na przednim siedzeniu. Nie chcę mu psuć wieczoru, więc już nie wspominam, że według moich obliczeń, Mikael “naciął” nas przy rachunku na jakieś dwadzieścia pięć procent. Miało być trochę inaczej. Ale co tam.
CDN.

Comments (11)

ARTHUR II

Rano zastaję Arthura przy stoliku nad basenem. Żar leje się z nieba. Schował się w cieniu markizy i popija jakis płyn.
– Gdzie twoja gazeta? – pytam, bo widziałem, że zwykle spędza przedpołudnie czytając “Daily Mirror” od deski do deski, włącznie z krzyżówkami.
– Nie mam dzisiaj dosyć energii, żeby iść w tym upale po gazetę – odpowiada i odwraca wzrok.
Idę do pobliskiego bistro, w którym robią prawdziwą kawę z ziaren, więc proponuję, że zajdę po drodze do kiosku i przyniosę mu gazetę. Przystaje na to z wyrazem wdzięczności i zakłopotania na twarzy i wysypuje mi na dłoń garść drobnych.
Po powrocie układam się wygodnie na leżaku nad basenem i obserwuję spod oka siedzącego w cieniu Arthura. Jestem w samych kapielówkach, pocę się na potęgę, bo gorąco tak, że chce się wyskoczyć ze skóry. Arthur, jak zwykle, ubrany w koszulę, długie spodnie, wełniane skarpety i pantofle. Całkowicie pochłonięty lekturą gazety.
– I po co się tak męczyc? – Zadane po rosyjsku pytanie pada z ust starszej kobiety, energicznie pływającej w basenie.
– Lepiej idź się połóż w morzu. Jest takie słone, że wyciąga wszystko błyskawicznie – dodaje. – Wiem, co mowię, jestem lekarzem.
Uśmiecham się krzywo, ale po chwili postanawiam pojść za jej radą. Do plaży tylko dziesięć minut spacerkiem.
Upał. Próbuję iść boso, żeby ochłodzić stopy, ale chodnik tak parzy, że natychmiast wskakuję spowrotem w klapki.
Rozkładam się na plaży i włażę do morza. Woda ciepła jak zupa. Siedzi się jak w wannie. Straszliwie przy tym słona.
Układam się przy brzegu, żeby mieć oko na swój dobytek i leżę. Drobne rybki pływają naokoło i co chwila dotykają mnie pyszczkami, sprawdzając, co to za obiekt pojawił się na ich terenie. Łaskoczą.
Co jakis czas nad horyzontem pojawia się samolot, powoli zbliża się do plaży, rośnie do takich rozmiarów, że w oknach widać twarze pasażerow i wreszcie ląduje tuż za nią, na lotnisku.20150916_122553
Przesiaduję w wodzie, przysłuchując się rozmowom toczonym obok, zwykle po rosyjsku, gapię się na lądujace samoloty, czasem wychodzę podrzemać trochę na słońcu i tak mija godzina za godziną.
Rosyjska lekarka miała rację. Po południu czuję się jak nowo narodzony i robię się głodny. W drodze powrotnej do hotelu wstepuję do sympatycznej tawerny, na małe “conieco”. Wszystko trochę zwalnia, kelnerzy poruszają się wolno, potrawa przygotowuje się długo, ale nie ma się czym przejmować. Ostatecznie jestem na wakacjach i nigdzie się nie spieszę. Dostaję swoje greckie jedzenie, napakowane taką iloscią pietruszki, że zaczynam się zastanawiać czym to się skończy.
Jak powszechnie wiadomo, pietruszka jest silnym afrodyzjakiem.
20150910_202717
Wieczorem zastaję Arthura na swoim miejscu przy barze. Uśmiecha się z daleka zachęcająco i macha ręka. Nie ma rady. Przysiadam się, ale od razu uprzedzam go, że dzisiaj nie piję. Jedno – dwa piwa i idę spać. Dzisiaj trochę zwalniamy – Arthur usmiecha się porozumiewawczo i woła barmana.
Sączymy powoli chłodne piwo, wentylator kręci się bez sensu, omiatając nas co chwila falami gorącego powietrza.
– Opowiedz o swojej pracy w policji – rzuca w kierunku Arthura pucołowaty barman i patrzy na mnie znacząco.
– Ktorą historię chcesz usłyszec? – pyta Arthur, chłodno spogladając na barmana – Tą z wyciąganiem martwych marynarzy z przewroconego kutra, czy tą o wydobywaniu ciał dzieci ze spalonego autobusu?
Barman usmiecha się krzywo i odpływa. Arthur chichocze i zaczyna mi opowiadać jak to znalazł się w brygadzie, której zadaniem było obserwowanie nocnych lokali, w których zbierały się prostytutki i różne męty.
– Wchodziliśmy tam po cywilnemu, we dwóch albo trzech. Zamawialiśmy drinki i obserwowaliśmy wszystko.
Chichocze.
– Sam płaciłeś za te drinki? – pytam.
– Oszalałeś?! – obrusza się Arthur. – Mieliśmy na to budżet. Na drugi dzień trzeba było napisać szczegółowy raport!
– A dziewczynki? – pytam ze śmiechem. – Na to też miałeś budżet?
– Nie! Ale różne rzeczy się działy!
Chichocze, po czym pogrąża się w zamyśleniu. Nie przerywam mu, siedzę cicho, bo wiem, że w jego wieku wspomnienia to jedna z nielicznych przyjemności, które jeszcze zostały.
Ludzie kręcą się po barze, zamawiają drinki i wychodzą na mały taras przed wejściem do hotelu. Zwykle przychodzą parami, ale co jakiś czas w wejściu do hotelu pojawia się samotna sylwetka mężczyzny, który omiata wzrokiem bar i jeśli odkrywa samotnie siedzącą kobietę, podchodzi do jej stolika. Krótko rozmawiają, drink albo dwa i wychodzą razem.
– Łowcy – rzuca z pogardą Arthur i kiwa ręką w kierunku młodej kobiety o dość egzotycznej urodzie, która weszła do baru i rozgląda się niezdecydowanie.
Dziewczyna jest z Anglii, ale rodzice, jak mówi, są Persami. To chyba z Iranu, domyślam się inteligentnie. Podczas gdy ona jeździ palcem po ekranie swojego smartfona, Arthur zamawia wino dla niej i po szklaneczce whisky dla nas i dyskretnie daje mi znaki, żebym się zabierał do roboty.
Czy my jeszcze zwalniamy, czy właśnie na odwrot – przyspieszamy!
Nie jestem mocny w te klocki i zwykle podryw idzie mi dość opornie. Wpadam na genialny pomysł i pytam ją, czy zna jakieś poematy po persku, bo czytałem gdzieś, że są niezłe. Dziewczyna spogląda na mnie trochę nieprzytomnie, chyba przerwałem jej jakąś konwersację na FB czy Viberze. Po chwili bez słowa wraca do swego telefonu. Nie wiem czy nie usłyszała czy nie zrozumiała.
– Nigdy w życiu nie płaciłem za seks – mruczy Arthur za moimi plecami i wydaje mi się, że słyszę lekki sarkazm w jego głosie….
CDN.

Comments (9)

ARTHUR

Urodził się osiemdziesiąt lat temu w niewielkim miasteczku nieopodal Liverpool’u. W jego rodzinie było ośmioro dzieci – pięciu chłopców i trzy dziewczynki. Jak mówi, jego rodzina całe życie walczyła najpierw dla króla, a potem królowej. Kończy to zdanie wiązką przekleństw.
Nie bardzo wiem jak na to zareagować, więc oglądam z “zainteresowaniem” szklankę z chłodnym, pieniącym się złoto piwem, która stoi przede mną na barze. Ogromny wentylator mieli powietrze, ale nie bardzo pomaga, bo powietrze ma temperaturę pieca hutniczego. Z tęsknotą spoglądam na podświetlony basen, który znajduje się za naszymi plecami. Jestem ubrany tylko w szorty i cieniutkiego t-shirta, ale najchętniej pozbyłbym się i tego. Chłodna woda kusi, ale napisy po grecku, angielsku i rosyjsku, wyraźnie mówią, że wchodzenie do basenu po dwudziestej jest zabronione.
Arthur nieoczekiwanie dodaje, że monarchia skończy się najdalej za dziesięć lat. Na moje nieśmiałe protesty wytacza, w jego opinii, najcięższe działa – ludzie tracą zainteresowanie monarchią – to raz, Wielka Brytania zapełniła się obcymi, którzy mają monarchię dość głęboko w pewnym miejscu – to dwa. To drugie jest zresztą przyczyną jego sporego niepokoju. Obcych jest za dużo, mówi z naciskiem i groźnie błyska swoimi osiemdziesięcioletnimi oczami. Mam wrażenie, że Wielka Brytania sama ich zaprosiła, bo ich potrzebuje – próbuję dyskutować z nim. W odpowiedzi pada kolejny grad przekleństw, z których najłagodniejsze to: gówno prawda!
Zaczynam się bać o jego serce, ale chyba niepotrzebnie, bo wyglada dobrze i zdrowo, chociaż na moich oczach wlał w siebie ponad pół litra whisky i wcale nie zamierza poprzestać na tym. Zaczyna się zabawa w “to teraz moja kolej kupić drinka” i dość szybko okazuje się, że dotrzymanie mu kroku będzie sporym wyzwaniem. I wcale nie w pieniądzach rzecz, tym razem.
Zastanawiam się jak to możliwe, żeby o dwunastej w nocy było tak gorąco. Pucołowaty barman rzuca, że też nie pamieta tak gorącego września na Cyprze. Do tego w powietrzu wisi, wciskający się wszędzie drobny pył, który burza piaskowa przyniosła z Syrii. Spłukuję ten pył kolejną szklaneczką pienistego płynu i ocieram pot z czoła.
Odwracam się do Arthura i pytam co miał na myśli, gdy mówił, że jego rodzina dobrze służyła monarchii? Kątem oka zauważam, że barman przewraca oczami i odchodzi w drugi koniec baru. Dopiero potem dowiedziałem się, że Arthur przyjeżdża do tego hotelu regularnie, od dwudziestu lat, zawsze na początku wrzesnia.
Od tej chwili prawie każde zdanie zaczyna od: w roku 1953… nie… 54…ee…, nie, w 1957. I kończy chichotem.
Najpierw jako dziewiętnastoletni kadet był wysłany do Korei, gdzie odsłuzył dwa lata. Pytam czy strzelał do ludzi? A jakże! Strzelałem – mówi. I zabijałeś ich? – pytam znowu. Oczywiście! Byłem strzelcem karabinu maszynowego – chichocze. Gdybym ja ich nie zabijał, to oni zabiliby mnie – dodaje po chwili milczenia, rzeczowym tonem. Zaczyna rzucać mi krótkie, niespokojne spojrzenia, sprawdzając czy dotarło do mnie to, co powiedział i czy akceptuję tą oczywistą oczywistość. Milczę, bo ja nigdy nie strzelałem do żadnego żywego stworzenia.
Przysiada się do nas atrakcyjna czterdziestka i z chłodnym uśmiechem akceptuje kieliszek wina, który kupuje dla niej Arthur. Jakaś przezroczysta chustka okrywa jej opalone ciało, odziane tylko w skąpy kostium kapielowy. Jest kanadyjską Ukrainką, jeździ z dwoma nastoletnimi córkami, które grają w tenisa. Podróżują od turnieju do turnieju, szukają sponsorów i tak jakoś życie się toczy.
Przestaję się na nią gapić, bo za moimi plecami Arthur informuje, że po Korei został wysłany do Egiptu i pyta czy byłem w wojsku. Mówię, że byłem, ale w odróżnieniu od niego, nie mam dobrych wspomnień. Mimo to, zrozumiesz to, co chcę ci teraz opowiedziec. Sposób w jaki rzeczy dzieją się w armii.
Zaczyna od tego, że w czasie drugiej wojny światowej jego starszy brat był pilotem myśliwca. Kiedy brata zwolnili z wojska, przyszło wezwanie dla niego, a kiedy on skończył słuzyć, do wojska poszedł młodszy brat. Chichocze.
Ale nie o to chodzi. Otóż kiedy był w Egipcie, jeden z jego braci, który był graczem rugby, miał wypadek na boisku i uszkodził sobie kręgosłup. Przeżył wypadek, ale został trwale sparaliżowany. Informacja o tym dotarła do jednostki Arthura na Synaju. Został wezwany do sierżanta do kancelarii, gdzie powiedziano mu, co się stało i że zgodnie z przepisami otrzymuje cztery dni przepustki. Patrzę na niego trochę bezmyślnie, bo zaczynam już odczuwać działanie sporych ilości piwa, które wlałem w siebie i nie bardzo nadążam za tokiem jego coraz bardziej niewyraźnego angielskiego. Wyobrażasz sobie! Jestem po środku pieprzonej pustyni i dają mi cztery dni wolnego, bo mi się należy! Chichocze.
Robi się naprawdę późno, mimo to temperatura nadal utrzymuje się około 35 stopni Celsjusza. Pocę się potwornie. Dosłownie kapie ze mnie.
Chodźmy popływać w basenie, mówi Kanadyjko-Ukrainka. Pokazuję jej palcem napisy informujące o zakazie kąpieli po dwudziestej. Ona uśmiecha się chłodno, bez słowa wstaje ze stołka barowego i podchodzi do brzegu basenu. Wsuwa się powoli do wody i zaczyna pływać. Patrzę na barmana. Barman udaje, że nie widzi. To, co – mówi Arthur – teraz moja kolej płacić? Mam już dosyć, ale zanim zdążyłem zaprotestować Arthur podaje barmanowi banknot i po chwili mamy przed sobą kolejne oszronione szklanki z chłodnym płynem.
Biorę spory łyk, ocieram usta wierzchem dłoni i podchodzę do brzegu basenu. Pytam Kanadyjko-Ukrainkę, czy w związku z tym, że nie mam ze sobą kąpielówek, miałaby coś przeciwko temu żebyśmy popływali na golasa….
CDN.
20150913_135634

Comments (4)

Older Posts »