WIKTORIA I

CZĘŚĆ I. VENI.
1.
Agent ubezpieczeniowy uśmiechał się półgębkiem i milczał. Siedział w głębokim skórzanym fotelu starannie ogolony i pachnący. Ciemny garnitur, koszula z niemodnym kołnierzykiem i spokojny krawat. Wyglądał jak profesjonalista i był nim w rzeczywistości. Doświadczenie podpowiadało mu, że trzeba dać tym ludziom trochę czasu. Klienci często spierali się przy nim. Potrafił to wykorzystać. Umiał słuchać i po krótkiej chwili na ogół wiedział, kto w domu trzyma kasę i będzie decydował o zawarciu umowy ubezpieczenia na życie. W stosownym momencie wtrącał się do dyskusji małżonków i prowadził ich jak na sznurku.
Tutaj było prawie tak samo jak w wielu innych podobnych przypadkach.
Mężczyzna zadzwonił i poprosił o spotkanie, ale decyzję podjęła ona, jego żona. Teraz nie mogli się zdecydować jak wysoka ma być składka. Musiał czekać aż Teresa i Waldemar Otoccy – tak się przedstawili – wygadają się.
Na razie miał trochę czasu żeby dyskretnie ocenić kondycję fizyczną i finansową klientów. Otocki miał wykupić ubezpieczenie na życie dla siebie, ale gdyby agent miał decydować wolałby sprzedawać polisę dla niej. Wyglądała zdrowo i była zadbana. Jej świeżość kontrastowała z jego szarą, nalaną twarzą. Miał lekką nadwagę. Ciekawe czy nie cukrzyk ? – pomyślał z zawodową ciekawością. Ubrany pospolicie, w tanie bazarowe ubrania. Wytarte niedrogie dżinsy i sweter, powypychany na rękawach. Nie wyglądał na intelektualistę, raczej drobny handlarz albo rzemieślnik. Palce pobrudzone smarami.
Ciekawe czy nie jakiś rękodzielnik albo nie daj Boże, mechanik samochodowy? To mogło oznaczać komplikacje przy ustalaniu ryzyka ubezpieczeniowego. Agent dyskretnie rozejrzał się po pokoju. Umeblowanie świadczyło o niezłych dochodach właścicieli. Skórzane fotele i kanapa. Dębowe, solidne meble. Po szczegółach wywnioskował, że dochody domowników muszą być stałe i na więcej niż średnim poziomie. Nowa plazma. Pewnie ma ze czterdzieści cali, ocenił na oko. Kuchnia,
widoczna przez otwarte drzwi w końcu krótkiego korytarza, umeblowana nowocześnie, chyba niedawno…
Przedłużająca się cisza przerwała mu obserwacje. Małżonkowie wpatrywali się w niego intensywnie.
– Proszę wybaczyć, zamyśliłem się – powiedział z przepraszającym uśmiechem.
– Pytałem, ile według pana, warte jest moje życie? – zaczepnie rzucił Otocki.
– Dla pana rodziny jest nieocenione – odpowiedział machinalnie, wyuczonym tekstem.
– No dobra, dobra, może pan sobie darować te frazesy!
– Waldek…! – Kobieta teatralnym szeptem strofowała męża.
– Ile się płaci w moim wieku? Chodzi mi o składkę za cały rok – kontynuował ofensywę niezrażony Waldek.
– To zależy, jaką kwotę chciałby pan zabezpieczyć dla rodziny, na wypadek swojej śmierci albo trwałej utraty zdrowia. – Agent nie dawał za wygraną i unikał konkretów. Wolał czekać na propozycje. W tej chwili nie mógł jeszcze ocenić prawdziwych możliwości finansowych tych ludzi. Powoli wyjął z kieszeni marynarki swoją wizytówkę i położył na stole.
– Niech pan poda jakąś liczbę, żebym mógł ocenić, na co mnie stać. – Mężczyzna zaczynał być poirytowany.
Twarda sztuka, pomyślał agent. Trzeba zaryzykować. Otworzył laptopa, stojącego przed nim na stole i chwilę udawał, że coś tam wylicza. Był trochę zły na siebie za dopuszczenie do sytuacji, w której miał mało możliwości manewrowania. Zbyt mała kwota była tak samo zła jak zbyt wysoka. Albo zarobi jakąś śmieszną prowizję albo wystraszy niezłą sztukę, która kręci się już blisko sieci.
– Myślę, że w pańskiej sytuacji odpowiednia byłaby suma ubezpieczenia w
wysokości trzystu tysięcy złotych? – powiedział wolno i spojrzał spod oka. Najpierw na nią.
– Co powiesz na to Teresa? W razie mojej śmierci dostaniesz trzy bańki. – Otocki zaczął się śmiać.
Wydaje się palantowi, że będzie żył wiecznie, pomyślał agent i też zaśmiał się uprzejmie.
− To teraz niech pan powie ile to kosztuje – zarządził Waldek – Tylko niech
pan się streszcza. Dziś sobota. Chcę iść do fryzjera. Jutro w kościele muszę wyglądać przyzwoicie.
Teresa, czerwona na twarzy, spoglądała w okno. Agent spokojnie zaczął rozkładać swoje papiery. Był zbyt blisko zawarcia umowy ubezpieczenia, żeby przejmować się takimi drobnymi nietaktami. W takich miasteczkach jak ta Dąbrówka, rzadko trafiał się dobry klient. Większość już powymiatały duże firmy, które miały agentów dosłownie w
każdej wsi. Nawet lepiej, że jest mało czasu. Nie będzie musiał odpowiadać na dziesiątki głupich pytań.
2.
U fryzjera zawsze siedzieli ci sami, stali bywalcy. W co drugą sobotę mistrz Tadeo strzygł wyjątkowo starannie. Przed jego zakładem, położonym nad dużym stawem na końcu Dąbrówki, zatrzymywał się – jak zawsze, co dwa tygodnie – potężny, chociaż już trochę leciwy „japończyk”. Wytaczał się z niego gruby facet. Kołeczek – najbogatszy rolnik w okolicy. Strzygł się regularnie i płacił podwójną stawkę. Nieśmiałe, nieszczere protesty balwierza ucinał niezmiennie krótkim – stać mnie i z namaszczeniem wysupływał dwa banknoty dziesięciozłotowe ze starego, wytartego portfela.
Normalnie zakład funkcjonował trochę na zasadzie pogotowia ratunkowego. Mistrz jako zapalony wędkarz, całe dnie spędzał na stawku, przed zakładem, wpatrując się w spławiki wędek wrzuconych do stawu i popijając piwo. Potencjalny klient, który miał życzenie ostrzyc się w takim dniu, sporo ryzykował. Tadeo, podenerwowany słabym braniem, mógł bardzo obcesowo odmówić wykonania usługi albo zrobić nieszczęśnikowi fryzurę a’la „Szopen po ostatnim koncercie”. Zdarzały się też przypadki
obcięcia fragmentów uszu. Kto nie chciał czekać i musiał się ostrzyc natychmiast mógł iść do salonu damskiego, jedynego w Dąbrówce. Tam młode praktykantki, na takich przypadkowych klientach, uczyły się sztuki władania nożyczkami. Nauka ta opierała się przeważnie na własnych błędach. Wybór zatem nie był wielki, a różnica tylko taka, że u mistrza Tadeo było znacznie taniej.
Kto o tym wiedział, starał się odwiedzać jego zakład tylko w sobotę. Wtedy bywał tu Kołeczek, Tadeo był trzeźwy i przykładał się do pracy. Musiał. W przeciwnym wypadku umarłby pewnie z głodu. Ryby nie brały nadzwyczajnie.
Paweł Filipowski wiedział o tym i po prostu dostosował się. Lubił te soboty u fryzjera. Schodziło się sporo ludzi – jedni ostrzyc się, inni pogadać, a jeszcze inni spotkać się z Kołeczkiem i pożyczyć od niego parę złotych. Można było przeglądać całe sterty starych gazet albo po prostu siedzieć, słuchać i patrzeć. A było na co. Małe miasteczka pełne są ludzi nietuzinkowych. Niekoniecznie normalnych. Czasami zaglądał do zakładu
chłopak trudniący się głównie żebractwem i włóczęgostwem. Znosił ciekawe informacje z całego powiatu. Ludzie słuchali jego sensacji z rozdziawionymi gębami, dopóki w odpowiedzi na pytanie: jak się wabi jego nowy pies, który też wcisnął się do środka, nie usłyszeli odpowiedzi, poprzedzonej dłuższym namysłem:
– Nieźle.
Paweł Filipowski miał dwadzieścia dziewięć lat i był właścicielem sklepu z
używaną odzieżą. Prowadził go razem z żoną. A właściwie to Maryla – tak miała na imię, decydowała o najistotniejszych sprawach, a on zajmował się transportem towaru. To było jedyne źródło ich, prawdę powiedziawszy, mizernych dochodów.
Dzisiaj była sobota i handel skończył się wcześniej. Paweł zamknął sklep o drugiej. Teraz mógł spokojnie posiedzieć w zakładzie mistrza Tadeo, czekając na swoją kolejkę.
Kołeczek już się ostrzygł i pojechał. Fryzjer posłał chłopaka z psem po piwo do sklepu i atmosfera nabrała rumieńców. Trzech ostatnich klientów, oczekujących na strzyżenie, też dorzuciło się do piwa i chłopak miał polecone przynieść dwa sześciopaki.
Paweł zaczął czytać z nudów ogłoszenia w różnych gazetach. Przeglądał
najczęściej rubrykę – „dam pracę”. Nie szukał jakiejś konkretnej oferty. Brak dużych pieniędzy nie był dla niego tak bardzo stresujący. Marzył, tak jak każdy, żeby je kiedyś zdobyć, ale nie za wszelką cenę. Lubił życie spokojne, bez nerwów i pośpiechu. Dobrze się czuł w Dąbrówce, znał tu każdy kąt i prawie wszystkich ludzi. To raczej Maryla – jego żona, cierpiała prawdziwe psychiczne katusze z powodu ich marnej sytuacji
finansowej, a co za tym idzie – towarzyskiej. Marzyła o mieszkaniu w dużym mieście, najlepiej w Gdańsku, który trochę znała i bardzo lubiła. Chciała być kimś, imponować innym i wzbudzać zazdrość. W Dąbrówce – małym miasteczku na prowincji, trudno było czymś imponować. Uzdolnienia artystyczne, czy też przymioty umysłu nie były tu
specjalnie w poważaniu. Po pierwsze nie było gdzie ich eksponować, a po drugie audytorium jakby nieprzygotowane. Zresztą obydwoje zakończyli kariery naukowe na szkole średniej, a co się tyczy uzdolnień artystycznych to ewentualnie można by tu zaliczyć uliczne happeningi wokalno – taneczne, wykonywane przez Pawła od czasu do czasu. Bez względu zresztą na porę dnia czy nocy. Nietrudno się domyślić, że raczej chłodno traktowane przez Marylę, nie wspominając o sąsiadach. Na pewno nie była to droga do osiągnięcia popularności czy bogactwa.
W tej sytuacji jedyna szansa na bycie kimś sprowadzała się do zaimponowania posiadaniem czegoś. Dobrego samochodu, dużego domu i drogiego futra. Dla Maryli, tak samo zresztą jak dla większości jej przyjaciółek i znajomych, odwieczny egzystencjalny dylemat – być czy mieć – nie istniał. Mieć znaczyło być. Inna filozofia życiowa, uważana była w Dąbrówce za objaw słabości umysłowej, a najłagodniejszym określeniem osoby prezentującej ją był epitet – oryginał.
Chłopak przyniósł piwo. Tadeo dał mu złotówkę napiwku i wypchnął z zakładu. Przekręcił klucz w zamku i oświadczył:
– Koniec na dzisiaj! Więcej głów nie wytrzymam. Za duży upał. Gdyby się ktoś dobijał, możecie mu dać w pysk. Na moją odpowiedzialność.
Odpowiedział mu pomruk zadowolenia. Tadeo miał ochotę napić się w
kameralnym gronie. Był u siebie i jego życzenie było świętością.
– Ewentualnie można wpuścić, jeśli wylegitymuje się pół litrem – dorzucił fryzjer.
Nerwowe śmiechy, siedzących na zdezelowanych taboretach mężczyzn,
świadczyły, że przyjęliby takiego delikwenta z otwartymi ramionami. Tadeo wypił duszkiem piwo i pełnym kurtuazji gestem zaprosił następnego klienta na stary, powycierany fotel.
Kiedy wszyscy byli już ostrzyżeni, piwo też się skończyło. Upał dawał się we znaki i mężczyźni porozbierali się do podkoszulek. Paweł wyjął z kieszeni mały zwitek banknotów i zaczął liczyć.
– Tylko tyle dzisiaj utargowałeś? – zapytał Tadeo.
Paweł pokiwał głową.
– Nie jest tego za dużo – zauważył fryzjer.
– Na pół litra na pewno wystarczy. Napijemy się wódeczki?
Pytanie zostało potraktowane jako retoryczne. Zawołali chłopaka, który kręcił się w pobliżu i posłali go po flaszkę. Tadeo poszedł na zaplecze i przyniósł kieliszki. Nastroje osiągnęły wysoki poziom. Paweł czuł się doskonale. Był fundatorem i pozostali podświadomie okazywali mu szacunek.
Dochody ze sklepu pozwalały na życie skromne, ale bez konieczności
zastanawiania się nad wydaniem każdej złotówki. Z drugiej strony klienci ich interesu należeli do najuboższych i nie należało liczyć na to, że uda się zbić majątek, starając się zaspokoić ich niewielkie wymagania. Tym bardziej, że konkurencyjne „salony” w tej branży powstawały jak grzyby po deszczu, wykańczając się wzajemnie. To był jeden z powodów, dla których Paweł kupował codziennie gazetę i studiował ogłoszenia o pracy.
Szczególnie namiętnie oddawał się tej lekturze po każdym, hałaśliwym wykładzie na temat celu i sensu ich egzystencji w rodzinnym stadle. Czasami silnym katalizatorem tych tyrad był fakt skonsumowania przez Pawła skromnego utargu ich sklepiku w miejscowej restauracji „Pawie Oko”. Jego tłumaczenia, że musiał zgubić pieniądze, wobec zgodnych
zeznań personelu „Pawiego Oka” i jego błogiego stanu, wyglądały żałośnie i tylko dodatkowo rozsierdzały Marylę. Początkowo rozładowywała stres przy pomocy różnych narzędzi kuchennych, potem już tylko krzyczała.
Całe szczęście, że jej brat – Waldek Otocki był lepiej ustawiony w życiu i w
krytycznych sytuacjach wspomagał ich niewielkimi, nieoprocentowanymi pożyczkami. Nie żałował przy tym szwagrowi słów krytyki za bezczynność i brak energii w zdobywaniu majątku, a także dobrych rad jak go zdobyć. Wydawałoby się, że jego uwagi nie robią na Pawle żadnego wrażenia, ale były to tylko pozory. W rzeczywistości miał ich serdecznie dosyć i po każdym takim wykładzie rozmyślał nad sposobem zdobycia
większej gotówki i uniezależnienia się od łaski szwagra. To był drugi, zasadniczy powód, dla którego chciał być bogaty. Chciał, ale nic nie robił, aby ten cel osiągnąć. Może tylko nie umiał się zmobilizować, a może przyczyna leżała gdzieś głębiej w jego nieskomplikowanej psychice.
Było już późno, kiedy uczestnicy libacji u fryzjera rozeszli się. Paweł wlókł się do domu powoli. Przeszkadzały mu własne nogi i wyrzuty sumienia. Chłopak z psem biegał do sklepu jeszcze dwa razy. Za każdym razem płacił Paweł. W kieszeni zostało mu tylko kilka monet.
Podszedł do domu i po cichu go okrążył. Potem zajrzał do środka przez kuchenne okno. Maryla siedziała przy stole i mieszała łyżką w szklance herbaty. Co chwila spoglądała na zegarek. Widać było, że jest zła i tylko siłą woli powstrzymuje się przed wyruszeniem na poszukiwania męża. Odwróciła się do okna i zauważyła głowę Pawła.
Podskoczyła ze strachu, wydając okrzyk przerażenia. Otworzyła drzwi wejściowe z trzaskiem i wybiegła na dwór.
– Zidiociałeś do reszty?! Chcesz żebym dostała zawału?! – krzyknęła.
Paweł patrzył z miną skruszonego nieszczęśnika. Maryla wyciągnęła rękę.
– Pieniądze! – Zażądała stanowczo.
Paweł zaczął niezdarnie grzebać w kieszeniach.
– Chyba zgubiłem- wybełkotał.
– Tak jak w zeszłym miesiącu?! No to do widzenia! – odwróciła się na pięcie i weszła do domu, zatrzaskując za sobą drzwi. Usiadła z powrotem przy stole kuchennym, zasłoniła twarz dłońmi i zaczęła cicho płakać.
Pod oknem Paweł ułożył się do snu na ogrodowej ławce.
– Exitus – wymruczał i zasnął.
3.
Kilkanaście dni później, pięknego lipcowego poranka, Paweł jak zwykle wyszedł z parterowego domku, odziedziczonego po rodzicach. Jak co dzień, zajrzał do skrzynki na listy, kupił w kiosku gazetę i udał się piechotą do sklepu. W korespondencji była między innymi pocztówka od szwagra. Przesyłał pozdrowienia z wczasów w Tunezji.
Widokówka przedstawiała parę zakochanych, siedzących pod palmami na piaszczystej plaży. Paweł z zazdrością pomyślał, że Waldek właśnie wyleguje się na gorącej plaży nad Morzem Śródziemnym, podczas gdy on musi tu siedzieć w tym nędznym, zapyziałym sklepiku. Poczuł silną potrzebę odmiany swego losu. Z determinacją sięgnął po gazetę,
obiecując sobie w duchu, że wreszcie się na coś zdecyduje.
Jak zwykle zaczął od przeglądania ogłoszeń ramkowych. Zamieszczały je duże firmy, poszukujące ludzi do pracy na stanowiska, których angielskie nazwy na nic mu nie mówiły, na przykład: Sales Manager, Accountant i tym podobne. Lubił je czytać dla samego ekscytowania się perspektywami, roztaczanymi przez pracodawców przed kandydatami, którzy spełnią określone warunki. Oczami wyobraźni widział się za ogromnym biurkiem, popijającego kawę, zrobioną przez seksowną sekretarkę i spoglądającego przez okno na swoją służbową limuzynę. Limuzyna ostatecznie mogłaby
być jego własna.Jego rozmyślania przerwało wejście klientki. Starsza kobieta z ciężkimi torbami. Rower zostawiła przed sklepem, a torby ułożyła równo w kącie. Zaczęła grzebać w koszu z bluzkami. Wyciągnęła wreszcie jakiś ciuch i podniosła blisko do oczu.
– Ile ta bluzka? – zapytała skrzekliwym głosem.
– Cztery złote – odpowiedział niechętnie Paweł.
Kobieta popatrzyła jeszcze chwilę na trzymaną w ręku bluzkę i powoli odłożyła ją do kosza. Zagłębiła się jeszcze bardziej i znowu coś wyciągnęła.
– A ta ile? – jeszcze raz zapytała.
– Ta też cztery złote. – Paweł z wysiłkiem oderwał się od lektury.
– Nie może być trochę taniej?
– Taniej?! Za darmo to jest w opiece społecznej, a tu jest sklep – odezwał się
opryskliwie.
Babka rzuciła bluzkę i zaczęła zbierać z kąta swoje manatki. Pawłowi zrobiło się jej szkoda. Pewnie staruszka nie ma za wiele grosza przy duszy, pomyślał.
– Niech już będzie moja strata. Sprzedam pani za dwa złote – rzucił ugodowo.
Kobieta obejrzała się na niego z wahaniem. Powoli postawiła torby na podłodze, podeszła do kosza i wyciągnęła obie bluzki. Wepchnęła je do swojej torby i wyjęła z kieszeni cztery złote. Położyła bez słowa na biurku i wyszła. Paweł pokręcił głową. Wziął się znów do czytania ogłoszeń. Czuł, że mógłby jeszcze czegoś w życiu dokonać, coś zmienić, zrealizować jakiś śmiały projekt, ale do tej pory nie nadszedł jeszcze jego czas. Mimo że formalne wykształcenie miał marne, nie był głupi. Raczej charakteryzował się pewnym lenistwem umysłowym i minimalizmem. Maryla twierdziła,
że cechy te odziedziczył po ojcu, który w swoim krótkim życiu zajmował się głównie spożyciem produktów Polskiego Monopolu Spirytusowego i walką z nadmiernymi, według niego, ambicjami żony. Na jego zasługi można zapisać, że nigdy nie wykorzystał w tej walce swej przewagi fizycznej. Koncentrował się raczej na pacyfikowaniu nastrojów żony krótkimi celnymi ripostami, czym doprowadził ją do chronicznego nadciśnienia i migreny. Męczyli się razem krótko i dokonując żywota w tym samym
roku, osierocili syna niedługo po osiągnięciu przez niego pełnoletności.
Po śmierci rodziców Paweł na jakiś czas zaczepił się u wujostwa w Gdańsku, potem próbował szczęścia w Niemczech, a wreszcie wpadł w objęcia Maryli i już się z nich nie wydostał. Zresztą zbyt mocno się nie opierał. Inicjatywa była po jej stronie, a on poddawał się biegowi wypadków. Małżeństwo zaakceptował jako element znajomej  rzeczywistości, tak jak rozlatujące się płoty sąsiadów, zapach skoszonej trawy, poranne mgły na łąkach, widocznych z okien jego sypialni i senne uliczki Dąbrówki. Jego stosunek do Maryli był mieszaniną miłości dorosłego mężczyzny do kobiety i chłopca do matki. Przynajmniej do czasu urodzenia się ich syna – Patryka, a potem córki – Martyny.
Poza skromnymi dobrami doczesnymi pozostawionymi przez rodziców, Paweł odziedziczył po matce przyzwyczajenie do czystości, a po ojcu umiejętność przedstawienia każdej, nawet najbardziej kompromitującej sytuacji, w korzystnym dla siebie świetle. Tak samo jak on miał też w zwyczaju komentowanie swego stanu krótkim słówkiem „exitus”, które padało z jego umęczonego gardła tuż przed całkowitą utratą świadomości. Bywało, że wracając do domu w środku nocy, wykrzykiwał je na ulicy.
Lojalnie uprzedzał żonę i sąsiadów, że jego późniejszy powrót nie jest wynikiem natłoku obowiązków zawodowych.
Po ogłoszeniach ramkowych czytał drobne. Były mniej atrakcyjne i wydawały się bardziej przyziemne. Praca w charakterze spawacza, akwizytora, robotnika budowlanego czy kelnera nie leżała w obszarze zainteresowań Pawła. Co leżało w tym obszarze nie wiedział nikt, z nim samym włącznie. Tego dnia trafił jednak na tekst, który go zaciekawił. Duża międzynarodowa firma, sprzedająca usługi finansowe, poszukiwała przedstawicieli na terenie całego kraju. Oferowała niezależność finansową, prestiż i możliwość szybkiego awansu w strukturach firmy. Wykształcenie nie grało roli, liczyły się tylko chęci i determinacja w działaniu. W
ogłoszeniu podano numery telefoniczne, pod którymi można było nawiązać kontakt i uzyskać wszystkie informacje. W podpisie widniały obco brzmiące słowa – unit manager.
Paweł odczytał kilka razy tekst ogłoszenia, aby upewnić się, że niczego nie
przeoczył. Był zaintrygowany. Największe wrażenie zrobiło na nim jedno słowo – prestiż. Obiecywało wielkie biurka, limuzyny, piękne kobiety, bankiety i sławę. Miał wrażenie, że do tej pory nie spotkał się z podobną ofertą. Zastanawiające było tylko to, że przecież wiele firm używa w swych ogłoszeniach słowa prestiż i musiał już wcześniej czytać anonse obiecujące tę niewymierną korzyść. Uznał ten fakt za znak od Boga i postanowił zadzwonić pod wskazane numery, aby poznać szczegóły. Do tej pory nie miał kontaktu z nikim, kto pracowałby dla takiej firmy. Dąbrówka
leżała na uboczu wielkich wydarzeń i pieniędzy. Agenci pracujący dla dużych firm nie docierali tutaj, a jeśli nawet docierali to Paweł, ze względu na swój niski status materialny, nie leżał w kręgu ich zainteresowań.
W sklepie nie było telefonu, a komórki przeważnie nie zabierał ze sobą. Musiał czekać do siedemnastej, żeby zamknąć i pójść do domu zadzwonić. Jeszcze kilkakrotnie odczytywał ogłoszenie, coraz bardziej umacniając się w swej decyzji. To było to! Wielkie pieniądze i prestiż!
Pod koniec dnia przyszła Maryla. Postawiła plastikową torbę z zakupami na stole i usiadła na krześle.
– Dużo utargowałeś? – zapytała zmęczonym głosem.
Paweł pokręcił przecząco głową. Rozłożył gazetę i spojrzał na nią spod oka.
– Posłuchaj: „Firma świadcząca usługi finansowe poszukuje współpracowników. Praca w domu. Wysokie zarobki.” – odczytał na głos.
Maryla wzruszyła ramionami.
– No i co? Ty się nie nadajesz do stałej pracy. Pamiętasz co było dwa lata temu w szpitalu? Wyrzucili cię po dwóch miesiącach.
– To było dawno. Zresztą, co to była za praca?! To co innego. – Uderzył dłonią w gazetę.
Maryla nic nie odpowiedziała. Podniosła się i zbierała do wyjścia.
– Matka dzwoniła żebyśmy przyszli dziś do nich na kolację. Kupili sobie nowy samochód. Po pracy nigdzie nie chodź.
– Dobrze. Ale na to ogłoszenie i tak zadzwonię. Przynajmniej dowiem się o co chodzi. Może to jest właśnie moje przeznaczenie. Może muszę tam pojechać, żeby los się wypełnił i żebym osiągnął w życiu sukces.
– Jak chcesz – powiedziała obojętnie i wyszła ze sklepu.
Tego dnia jednak nie udało mu się skontaktować z „unit managerem”, który
zamieścił ogłoszenie. Najpierw pod podanym numerem nikt nie odpowiadał, potem Maryla okupowała aparat, relacjonując którejś ze swoich koleżanek ostatnią, niedzielną wycieczkę na zakupy do Gdańska. Paweł nienawidził tych wyjazdów. Cały dzień musiał chodzić za Marylą i bez przerwy odpowiadać na głupie pytania, na temat jej wyglądu w
różnych ubraniach. Do tego, najczęściej nic w końcu nie kupowała.
Wieczorem wyszli do teściów na proszoną kolację. Teść uważał, że nowy zakup trzeba opić.
4.
Otoccy – teściowie Pawła, mieszkali w domu jednorodzinnym. Pobudowali go za
komuny. W tych wspaniałych czasach powszechnego dobrobytu, gdy dom musiał być
brzydki, a wszelkie przejawy nonkonformizmu i oryginalności były tępione z urzędu. Stał
przy ulicy w centrum miasta, początkowo otoczony podobnymi, obskurnymi klockami
bez wyrazu. Ojciec Maryli, człowiek niezwykle oszczędny, nie zamierzał wydawać ani
grosza na remonty, dopóki nie będzie zmuszony do tego absolutną koniecznością.
Sąsiedzi powoli zmieniali elewacje na bardziej nowoczesne, energooszczędne albo
przynajmniej ładniejsze, ale Otocki nie zamierzał, jak twierdził, wydawać pieniędzy bez
sensu. Mamy wnuki i one będą się o to martwić, mówił często.
10
1
Paweł starał się, aby oględziny pojazdu wypadły po myśli teścia, który do tej pory
eksploatował kilkunastoletniego „malucha” i nowy nabytek stanowił w jego oczach
prawdziwy szczyt geniuszu ludzkiego.
Centralne miejsce, w odmalowanym na tą okoliczność garażu, zajmował nowy
samochód. Paweł usiadł za kierownicą i oglądał pojazd od środka. Teść stał na zewnątrz i z
niepokojem czekał na opinię. Szyba od strony kierowcy była otwarta.
– Niezłe cacko, co? Aż pachnie nowością – zagaił teść.
– Ładny – odpowiedział z wahaniem w głosie Paweł. – Na raty?
– Na raty… Co tak patrzysz na mnie? – zapytał niespokojnie Otocki.
– Zastanawiam się czy będzie dobrze chodził. Tak bez smarowania…
– Aaa… – Teść odwrócił się i wyjął z szafki, zawieszonej na ścianie, szklankę i butelkę z
grubego szkła, wypełnioną przezroczystym płynem.
– Będzie śmigał jak błyskawica. Powąchaj jak to pachnie. Trzy razy przepuszczałem. Po
prostu koniak. Courvasier, jak to mówią. – Podstawił Pawłowi pod nos otwartą butelkę.
– Niech ojciec nie przeklina, tylko poleje.
Delektowali się namiętnie, zakąszając ogórkami kiszonymi, stojącymi w słoikach
na półkach. Wymieniali przy tym coraz bardziej zdecydowane uwagi, na tematy związane
początkowo z motoryzacją, a potem życiem w ogóle. Ich rozważania przerwało nagłe
wezwanie z góry. Paweł o mało nie udusił się wychylanym właśnie napitkiem, gdy
teściowa, swoim donośnym głosem niespodziewanie ryknęła ze schodów:
– Co wy tam do cholery robicie tyle czasu! Kotlety już się zimne zrobiły!
– To nie hulajnoga, trzeba dokładnie obejrzeć – teść, bardziej przyzwyczajony, dał
spokojnie wymijającą odpowiedź i rozpoczęli odwrót „na łono” małżonek.
Ponieważ obydwaj panowie palili papierosy, jeszcze kilkakrotnie mieli okazję zejść
„na dymka” do piwnicy. Zostali jednak nieuchronnie zdemaskowani, gdy po kolejnym
wyjściu wrócili w czułych objęciach, ze śpiewem na ustach. Ich oddechy nabrały mocy
uśmiercania przelatujących much i komarów, a wzrokiem – wydawało się – przenikali
ściany.
W tej sytuacji panie wprowadziły całkowitą prohibicję, zakaz palenia oraz
zaordynowały mężom po wielkim kubku rosołu. Imprezę zakończono i Paweł z Marylą i
dziećmi wrócili do domu. Stan Pawła nie był tak fatalny, żeby uniemożliwiać
jakiekolwiek rozmowy, z telefonicznymi włącznie, ale na pewno mocno je utrudniał.
Tego wieczoru ograniczył się tylko do tradycyjnego „exitus” i zasnął. Maryla położyła
11
1
dzieci do łóżek i kiedy wszystkie domowe odgłosy ucichły, usiadła przed telewizorem.
Była zadowolona z minionego dnia. Paweł oczywiście musiał się upić z ojcem, ale poszli
do rodziców razem i razem wracali. Paweł niósł Martynkę na rękach, a ona prowadziła
Patryka za rączkę. W takich chwilach czuła, że są rodziną i kochała Pawła jeszcze
bardziej niż zwykle.
Wiele razy zastanawiała się nad swoim stosunkiem do Pawła i zawsze na końcu
dochodziła do wniosku, że nie wyobraża sobie życia bez niego. Nienawidziła go tylko
czasami, kiedy przychodził późno, pijany i nawet nie próbował się usprawiedliwić.
Często zastanawiała się dlaczego to robi. Co jest takiego ekscytującego w tych głupich
rozmowach z jakimiś zapijaczonymi typami? Dlaczego woli siedzieć w obskurnej budzie,
zwanej szumnie zakładem fryzjerskim Tadeo, niż z nią w czystym domu? Jej brat –
Waldek nie zachowywał się tak. Zarabiał z całych sił na rodzinę i nigdy nie włóczył się
wieczorami po mieście. Żył jak inni normalni ludzie, w niedziele i święta obowiązkowo
był w kościele, raz na rok wyjeżdżał z rodziną na wczasy. Paweł nawet w niedzielę nie
był zbyt chętny do odwiedzenia Domu Bożego, a na wspomnienie o wczasach tylko się
uśmiechał i pytał – za co? Mimo wszystko kochała go. Kiedy przytulał ją i mówił coś
miłego wiedziała, że to prawda, że mówi to szczerze, z potrzeby serca. Mimo tego nie
zamierzała zrezygnować z walki o życie lepsze niż to, które teraz prowadzili.
****
Przez kilka następnych dni byli bardzo zajęci. Oczekiwali na nowy transport ubrań,
który miał nadejść do hurtowni. Maryla stała w sklepie, a Paweł spędzał wiele godzin,
oczekując pod hurtownią na „Tir-a”, który wreszcie po kilku dniach nadjechał.
Oczekiwanie opłaciło się. Towar był pierwsza klasa, posortowany, w dobrym stanie.
Paweł był pierwszy w kolejce i miał prawo wybrać najlepsze ubrania. Przywiózł towar w
sobotę z samego rana, pożyczonym od szwagra „Żukiem”. Kolejka klientów,
czekających przed sklepem, świadczyła, że jego działania promocyjne zadziałały jak
zwykle. Działania promocyjne polegały na rozpuszczaniu w Dąbrówce plotki, że pod
koniec tygodnia będzie nowy towar.
Tego dnia utarg był niezły. Paweł, zajęty targowaniem się i liczeniem pieniędzy nie
miał czasu na rozmyślania o przyszłości. Zresztą, zawsze po lepszym dniu w sklepie jego
zapotrzebowanie na zmiany życiowe gwałtownie spadało. Maryla, podrzuciła dzieci
matce i przezornie przyszła do sklepu przed zamknięciem, uniemożliwiając Pawłowi
zadysponowanie gotówką w jakiś nieodpowiedzialny sposób. Wrócili do domu w miłych
12
1
nastrojach. Paweł, zmęczony całodziennym handlem, poświęcił się rozmyślaniom nad
zmiennością losu i przesiedział, patrząc bezmyślnie w telewizor, całe popołudnie i
wieczór.
Wieczorem, przy kolacji, Maryla zagadnęła go:
– Musimy odłożyć jakieś pieniądze i kupić samochód.
– Musimy – przytaknął. – Waldek coś mówił, że chce sprzedać swojego „Żuka”.
Ale tak szybko mu się chyba nie uda. Teraz ciężko sprzedać samochód.
– Tak czy tak, całe życie nie będziemy od niego pożyczać.
– Tylko skąd odłożyć? Handel idzie marnie.
– Przestań opuszczać każdemu, kto tylko się skrzywi to może jakoś będzie.
– Co będzie, co będzie!? – żachnął się Paweł. – W tygodniu sprzedałem parę bluzek
i to wszystko. Dobrze, że dzisiaj trochę lepiej było, inaczej na chleb by nie starczyło!
– Nie przesadzaj! Aż tak źle nie jest…
– Źle nie, a dobrze wcale – przerwał jej. – Z takimi obrotami możemy o aucie tylko
pomarzyć!
– To co zrobimy? Przecież jak Waldek sprzeda Żuka, to nie polecisz do hurtowni
pieszo i nie przyniesiesz towaru na plecach.
– Trzeba by jakoś zarobić. – Zamyślił się. Przypomniało mu się ogłoszenie.
Postanowił zadzwonić na podany w nim numer.
Tym razem, mimo soboty, miał szczęście. Pod numerem komórki męski głos
poinformował go, że firma jest bardzo bogata, z tradycjami, prowadzona profesjonalnie,
a zarobki zależą wyłącznie od aktywności zainteresowanego. Pracuje się we własnym
domu i w związku z tym czas pracy jest nielimitowany. W zasadzie poszukuje się ludzi
do sprzedaży usług leasingowych, ale oferta firmy jest bardzo bogata. Głos był miły i
sugerował osobiste spotkanie w siedzibie firmy w Trójmieście, w poniedziałek. Po
krótkim wahaniu, Paweł przystał na propozycję, ustalając z Marylą poza słuchawką, że
w poniedziałek ona posiedzi w sklepie.
Teraz problemem był odpowiedni strój dla Pawła. Na rozmowę w poważnej firmie
nie mógł jechać w dresie, czy też ubrany byle jak. W ich sklepie, na szczęście nie
brakowało spodni, na które był spory popyt. Dopasowanie marynarki powinno się też
udać. Jedyny problem stanowiły buty. Paweł nie przywiązywał wagi do wyglądu obuwia.
Latem najchętniej chodził w tzw. „cichobiegach”- made in China. W pozostałych porach
roku preferował buty sportowe, ze swej natury nie pasujące do eleganckiego stroju. Miał
13
1
wprawdzie pantofle, używane na szczególnie uroczyste okazje, ale ich stan pozostawiał
niestety wiele do życzenia. Nawet wyczyszczone i wypastowane nie wyglądały najlepiej.
Kupno nowych butów było jednak trudne z kilku powodów. Po pierwsze była
sobota wieczorem – sklepy w Dąbrówce do poniedziałku nieczynne. Po drugie, buty nie
były ujęte w planie finansowym na ten miesiąc. Po trzecie mogło się okazać, że Paweł nie
spodoba się firmie i vice versa. Na miejscowe, nieliczne okazje, stare kamasze mogły
jeszcze wystarczyć. Maryla zadecydowała, że Paweł założy – modne ostatnio – nieco
dłuższe i szersze na dole spodnie, które ukryją mizerię jego obuwia. Poza tym miał
starannie ukrywać stopy w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej.
Generalnie, radziła mu nie afiszować się ze strojem, a raczej starać się zrobić
wrażenie swoim właściwym zachowaniem i ogólną kulturą osobistą. Tego mu nigdy nie
brakowało, ale stanęło przed nim trudne zadanie, zważywszy, że spodnie były lekko za
długie i za szerokie, a jedyna, sensownie wyglądająca, marynarka o numer za mała i
musiał co chwila obciągać rękawy, aby zasłonić wystające mankiety koszuli. W tej
sytuacji postanowił założyć jaskrawy krawat, którego zadaniem miało być odwrócenie
uwagi od pewnej dysharmonii pozostałych elementów stroju. Wreszcie, średnio
zadowolony ze swego wyglądu, po całej niedzieli dopasowywania, poszedł spać.
Po kilku godzinach nerwowego snu przebudził się i nie mógł zasnąć. Przewracał
się w łóżku, rozmyślając o możliwych scenariuszach czekającego go spotkania. Jego
nastrój oscylował od skrajnego pesymizmu i wtedy walił głową w poduszkę i myślał o
tym, żeby w ogóle nie jechać, do radosnego optymizmu powodującego, że chciał budzić
Marylę, aby podzielić się z nią radością z otwierających się przed nimi wspaniałych
perspektyw. W ten sposób na przemian waląc głową w poduszkę i podskakując na
łóżku, dotrwał do rana. Wszyscy domownicy jeszcze spali, gdy postanowił wziąć
prysznic i ogolić się.
Szerokie cienie pod oczami były świadectwem stoczonej w nocy wewnętrznej
walki.
5.
Dzień wstał piękny, słoneczny, bez jednej chmurki na niebie. Paweł szedł raźnym
krokiem na dworzec kolejowy. Ostatecznie przełamał swoje wątpliwości. Postanowił
pokazać się z jak najlepszej strony i osiągnąć maksymalnie dużo. Obiecał sobie, że już
nigdy nie pozwoli Waldkowi na kpiny. Będzie ważny i bogaty. W bojowym nastroju
14
1
nabył bilet drugiej klasy i kiedy nadjechał dalekobieżny do Gdyni zajął wolne miejsce w
przedziale. Rytmiczne kołysanie pociągu uśpiło go, tak samo zresztą jak pozostałych
pasażerów. Kiedy pociąg dotarł do Gdańska, ubranie Pawła poprzedniego dnia starannie
prasowane i czyszczone, wyglądało jak wyjęte z samego dna szafy. Na dworcu wszedł
do toalety, żeby się trochę obmyć i uczesać. Udało mu się częściowo zniwelować
najbardziej widoczne defekty stroju i twarzy i po posileniu się kawą w dworcowym
barze, ruszył po swe przeznaczenie.
Przyjechał za wcześnie i miał sporo czasu, szedł więc piechotą nie spiesząc się,
podziwiając wystawy sklepów i fasady biurowców. Rozmyślał o tym, że jeśli uda mu się
dzisiaj przekonać do swej kandydatury unit managera z ogłoszenia, to będzie miał szansę
pracować w jednym z takich wspaniałych budynków. Na pewno mają tam klimatyzację,
pomyślał. Mimo wczesnej godziny zaczynało się już robić upalnie.
Wreszcie doczłapał się pod właściwy adres. Trochę się zdziwił bo firma mieściła
się w starej trzypiętrowej kamienicy i o jej istnieniu informowała tylko niewielka
metalowa tablica przy drzwiach wejściowych. Widniała na niej wygrawerowana starannie
nazwa – FINANCIAL BROKERS POLSKA Ltd. II p.
Przez chwilę zastanawiał się, co to może znaczyć – II p. Wreszcie zorientował się,
że to chodzi o drugie piętro. Zmyliła go ta angielska nazwa firmy. Nacisnął klamkę, ale
drzwi były zamknięte. Spojrzał na zegarek. Godzina dziesiąta piętnaście. Umówił się na
dziesiątą trzydzieści. Stał bezradnie przed drzwiami zastanawiając się jak by się tu dostać
do środka. Wreszcie dostrzegł koło drzwi coś w rodzaju domofonu, tylko niepodobne do
tych, jakie widywał do tej pory. Nacisnął guzik obok rzymskiej cyfry II i po chwili
usłyszał miły kobiecy głos:
– Dzień dobry. Słucham?
– Jestem umówiony – odpowiedział niepewnie.
– Proszę pchnąć drzwi i wejść na drugie piętro – polecił głos.
Drzwi zabrzęczały. Paweł pchnął je energicznie. Otworzyły się dziwnie lekko, jak
na tak solidną konstrukcję. Wszedł po schodach na drugie piętro. Minął następne solidne
wrota i znalazł się w pomieszczeniu, które jak się domyślił inteligentnie, musiało być
sekretariatem tej firmy. Ściany były pokryte idealnie białym i gładkim tynkiem. W głębi
zauważył kilka par drzwi, między którymi co chwila przechodzili mężczyźni ubrani w
garnitury. Za biurkiem, które odgradzało go od korytarzyka wiodącego do tych drzwi,
siedziała ładna, starannie uczesana, uśmiechnięta dziewczyna. Ocenił jej wiek na jakieś
15
1
dwadzieścia lat. Nie mógł oderwać wzroku od jej dużych pełnych piersi, z powodu
wysokiej temperatury, ukrytych jedynie pod cienką przewiewną bluzką. Jego koszula
była już wilgotna pod grubą wełnianą marynarką.
– W czym mogę panu pomóc? – zapytała z uprzejmym wyrazem twarzy.
Paweł odwrócił wreszcie wzrok od przedmiotu swego zafascynowania i z pewnymi
problemami, próbując dobierać starannie słowa, objaśnił sekretarkę co do celu swojej
wizyty. Nazwiska „unit managera” nie pamiętał, chociaż tamten przedstawił mu się przez
telefon. Po krótkich konsultacjach telefonicznych, cycatka ustaliła kto ma umówione
spotkanie z Pawłem i wskazała mu fotel, aby usiadł i chwilę zaczekał. Manager grupy
nazywał się Marcin „jakiś tam” – Paweł nie usłyszał dokładnie nazwiska – i miał w tej
chwili spotkanie z szefem. Szefem czego, sekretarka nie powiedziała.
Po chwili, siedząc i słuchając jak odbiera telefony, zorientował się, że ma na imię
Agata. Kiedy odbierała rozmowę z miasta śmiesznie modulowała głos, starając się
mówić niskim słodkim tonem, który kontrastował bardzo z jej autentycznym sposobem
mówienia – raczej wysokim i nerwowym. Telefon dzwonił prawie bez przerwy i Paweł
zauważył, że po podniesieniu słuchawki mówi za każdym razem to samo – coś w rodzaju
formułki powitalnej. Starała się być miła kiedy dzwonił ktoś obcy i była raczej chłodna
dla znajomych. Prowadząc i przełączając rozmowy jednocześnie pisała coś na
komputerze. Do tego, kątem oka, obserwowała ruch na korytarzu, co, jak sądził Paweł,
miało służyć przełączeniu rozmowy do pokoju, w którym akurat znajdował się ten ktoś,
do kogo był telefon. Ponieważ milczenie wydało mu się niezręczne, rzucił:
– Dużo ma pani pracy.
Agata spojrzała przelotnie na niego i uśmiechając się znad komputera stwierdziła:
– Dziś jest raczej spokojnie.
Zza ściany dochodził podniesiony głos. Ktoś nerwowo pokrzykiwał. Treści nie
można było jednak zrozumieć. Paweł spojrzał pytająco na Agatę, ale na jej twarzy nie
widać było najmniejszego grymasu. Spokojnie stukała w klawisze.
Paweł zerknął na zegarek – pokazywał dziesiątą trzydzieści. Pierwsze drzwi za
biurkiem sekretarki otworzyły się i wyszedł z nich młody, przystojny blondyn w
nienagannie skrojonym ciemnym garniturze, eleganckim krawacie i śnieżnobiałej koszuli.
Był czerwony na twarzy.
– Marcin. Pan do ciebie. – zaanonsowała sekretarka.
16
1
Mężczyzna zajrzał do trzymanego w ręku kalendarza, uśmiechnął się z wysiłkiem
do Pawła i podając mu rękę przedstawił się:
– Marcin Król. Czy pan Paweł Filipowski?
Paweł wydusił z siebie krótkie „tak”- na więcej nie pozwoliła mu suchość w gardle
i jakiś dziwny szczękościsk. Mimo dużej tremy zauważył, że na ręce, która wyciągnęła
się do niego na powitanie, zapięty był cieniutki złoty zegarek, niewątpliwie bardzo drogi.
Zarejestrował też doskonale wyczyszczone eleganckie buty i niewielki złoty sygnet na
drugiej dłoni. Przeszli korytarzem wzdłuż kilku par drzwi i weszli do pokoju, w którym
stało tylko spore biurko z telefonem i regał na dokumenty. Paweł został poproszony o
zajęcie miejsca na dodatkowym krześle, stojącym obok biurka, co bardzo mu
odpowiadało, ponieważ był zasłonięty do pasa i rozmówca nie widział dolnych partii
jego garderoby. Marcin Król zaproponował kawę albo wodę mineralną, a gdy Paweł
odmówił, usiadł i poprosił go o kilka słów o sobie. Skąd jest, czym się zajmuje, czy ma
rodzinę itd.
Paweł był przygotowany na taką ewentualność, więc pokrótce opisał swoją
sytuację rodzinną i materialną, niektóre rzeczy przemilczając – w jego opisie sklep, który
prowadził z żoną był to „sklep odzieżowy”. Inne jak niezłą znajomość języka
niemieckiego, zdobytą podczas kilkunastomiesięcznego pobytu na „saksach”,
podkreślając. Manager grupy zdawał się być myślami gdzie indziej, chociaż cały czas
uśmiechał się sympatycznie i zachęcał Pawła do kontynuowania. Co chwila spoglądał
przez szklaną ścianę na korytarz, na którym trwał nieustanny ruch. Jakby nie chciał
przepuścić czyjegoś przejścia. Wreszcie Paweł skończył swój monolog i zawiesił
niepewny wzrok na ustach rozmówcy, czekając na płynącą z nich opinię. Czuł, że po
plecach ścieka mu strużka potu. Teraz żałował, że nie poprosił o coś do picia – z
wrażenia zaschło mu w gardle.
– Proszę się nie denerwować – rzucił przyjaźnie Marcin Król – to co pan powiedział
nie podlega mojej ocenie. To tylko fakty, które muszę znać. Raczej staram się ocenić
sposób mówienia ponieważ w naszej pracy to bardzo istotna umiejętność. Nieźle pan
sobie radzi. Może powiem parę słów o naszej firmie, żeby zorientował się pan jak
wygląda praca tutaj i przejdziemy do następnego punktu.
– A jaki to punkt?
– Chciałbym przedstawić go panu, po usłyszeniu wstępnej zgody na współpracę z
nami.
17
1
– Zgadzam się – rzucił szybko Paweł, co wywołało szeroki uśmiech na twarzy
Marcina Króla. Dawno nie miał do czynienia z takim entuzjazmem.
– Myślę, że jednak powinien pan usłyszeć parę istotnych informacji i dopiero
zadecydować. Po pierwsze chciałbym uprzedzić, że to nie jest łatwa praca. Bardzo
obciąża fizycznie i psychicznie. Ale za to zarabiamy dużo. Na tyle dużo, że
rekompensuje to poniesiony wysiłek. Zapewniam pana, że za pół roku w pańskim
miasteczku trudno będzie znaleźć kogoś, kto zarabia tyle co pan. Pod jednym tylko
warunkiem – Paweł wciągnął głośno powietrze – Będzie pan, przez co najmniej osiem
godzin dziennie, realizował program, który panu zaproponuję. Ten program to efekt
pracy tysięcy ludzi, którzy do tej pory pracowali w tej branży i pracują w niej nadal.
Financial Brokers Polska jest częścią światowego imperium Financial Brokers, które
dysponuje ogromnym potencjałem finansowym i kadrowym. Praca dla takiej firmy może
być to szalony jakościowy skok dla pana kariery osobistej i sytuacji materialnej. Może
pozwolić panu na osiągnięcie niezależności finansowej już za kilka miesięcy, a także
podnieść pański prestiż osobisty. Firma rozwija się dynamicznie i droga kariery w jej
strukturach stoi otworem przed ludźmi dynamicznymi, operatywnymi i
zaangażowanymi. Takich ludzi właśnie szukamy.
Mówił tak przez kilka minut, po czym przerwał żeby zobaczyć jakie wrażenie
zrobił na słuchaczu. Oczy jak spodki i lekko otwarte usta mówiły same za siebie. Paweł
miał wrażenie, że siedzi w wannie. Pomimo działającej w pokoju klimatyzacji był cały
mokry.
– Czy ma pan jakieś pytania? – zapytał uprzejmie Marcin Król.
Paweł przełknął ślinę, uśmiechnął się i zapytał niepewnie:
– Ile to jest „dużo zarabiać”?
– To pan sam zadecyduje o tym. Zarobki w Financial Brokers zależą wyłącznie od
naszej aktywności. Jest to prowizja od kontraktów, które zawrzemy w imieniu naszej
firmy. W tej chwili mogę powiedzieć tylko, że jest to duża prowizja. Przy niezłej
aktywności może to być od razu kilka tysięcy miesięcznie. Szczegóły będę mógł zdradzić
dopiero po podpisaniu wstępnej umowy. Jeśli w dalszym ciągu jest pan zdecydowany, to
poproszę o wypełnienie czegoś w rodzaju ankiety personalnej.
Paweł skinął głową na znak zgody i otrzymał kilka kartek papieru z rubrykami do
wypełnienia. Właściwie nie wiedział, na czym ma polegać jego praca, ale coraz bardziej
miał ochotę na podjęcie tej próby. Kilka tysięcy złotych miesięcznie, pomyślał. –
18
1
Waldkowi by szczęka opadła. Skończyłoby się dogadywanie i uszczypliwe uwagi na
temat leni i nieudaczników, którzy nie potrafią zarobić grosza.
Podczas gdy biedził się nad odpowiedziami na pytania w rodzaju: „ Co uważa
pan/pani za największą porażkę życiową? ”, Marcin Król wyszedł na korytarz, aby
porozmawiać ze stojącym tam księgowym oddziału – Paprockim, który przez szybę robił
głupie miny.
– Co to za cudak?- zapytał Paprocki, kiedy Marcin zamknął za sobą drzwi. – Nie
szkoda ci czasu? Od razu widać, że nic z niego nie będzie.
– A co mam robić!? Szef podniósł mi limit przyjęć w tym miesiącu. Byłem dziś na
dywaniku. Co drugie słowo padające z jego szanownych, to jest chciałem powiedzieć –
zaśmiał się cicho – w i e l c e s z a n o w n y c h ust, to REKRUTACJA!!!. Wścieka się, bo
spadamy w rankingu oddziałów. Nasi agenci zawierają coraz mniej kontraktów. Muszę
brać każdego chętnego, który nie ucieka zaraz po tym jak powiem, że nie ma stałej
pensji, tylko prowizja. Ludzie zrobili się strasznie wygodni. Niby jest wielkie bezrobocie,
ale na moje ogłoszenie, które idzie w prasie od dwóch tygodni, odpowiedziało tylko
kilka osób.
Przez chwilę obaj stali w milczeniu i patrzyli na piszącego Pawła.
– Rzeczywiście kmiotek, ale strasznie napalony na pracę – mruknął wreszcie
Marcin.
– Co tam panowie szepczecie? – Agata wyrosła koło nich jak spod ziemi.
– Podziwiamy wspaniałego kandydata na współpracownika, który zaszczycił nasze
niskie progi – ironizował Paprocki.
– Według mnie wzbudza sympatię i zaufanie. Kiedy założy przyzwoity garnitur
będzie wyglądał zupełnie dobrze. A jeśli jeszcze zdobędzie umiejętność „aktywnego
nicnierobienia” tak samo szybko jak wy, to wróżę mu niezłą karierę – zaśmiała się i
wróciła do komputera. W Paprockiego jakby piorun strzelił. Skoczył do drzwi swego
gabinetu i zatrzasnął je z impetem.
– Głupia cipa – mruknął pod nosem Marcin i wszedł do swojego pokoju. Paweł
skończył właśnie pisać i ciekawie rozglądał się dookoła.
6.
19
2
Wieczorem Maryla siedziała w kuchni z bratem i bratową, którzy wrócili z
wczasów w Tunezji. Ich sześcioletni syn Mateusz bawił się w pokoju z Patrykiem i
Martyną. Był jedynakiem i lubił wizyty u cioci. W domu nudził się okropnie, a tu
przynajmniej przez jakiś czas, miał towarzystwo i mógł robić co mu się podobało.
Martyna i Patryk nie mieli dużo zabawek, ale i tak było zdecydowanie ciekawiej niż w
domu.
Waldek rozparł się na rozklekotanym krześle i wodził wzrokiem po skromnych
meblach i dawno nie malowanych ścianach. Miał czterdzieści lat, ale wyglądał na
starszego. Worki pod oczami i zmarszczki na twarzy były świadectwem intensywnego
trybu życia, który prowadził. Teresa, młodsza o pięć lat, jakby nieświadomie starając się
dostosować swój wygląd do niego, pielęgnowała lekką nadwagę, nadającą jej trochę
wygląd matrony. Była ładna i na wizytę ubrała się w drogie, eleganckie ciuchy, które
podkreślały jej urodę.
Przywieźli z Afryki drobne upominki i zdjęcia. Maryla zrobiła kawę i podała
upieczone na tę okazję ciasto. Siedzieli przy stole kuchennym i przeglądali fotografie –
Maryla z zazdrością, Waldek i Teresa ze słabo ukrywaną satysfakcją i miłym poczuciem
wyższości kogoś zamożniejszego nad kimś biedniejszym. W całej Dąbrówce tylko kilka,
najwyżej kilkanaście osób było stać na takie wyjazdy. Małżeństwo lekarzy prowadzących
miejscowy ośrodek zdrowia, magister z apteki, kilku prywatnych przedsiębiorców i to
wszystko.
Waldek radził sobie w życiu nieźle. Prowadził małą, kilkoosobową szwalnię.
Głównie szył na potrzeby bazarów na wschodniej granicy, ale czasami udało mu się
załatwić zlecenia od dużych firm produkujących koszule na zamówienie armii – polskiej
czy niemieckiej. To lubił najbardziej, bo nie musiał wtedy nic ryzykować. Wypoczynek w
Afryce był efektem ostatniego udanego kontraktu. Siedzieli teraz opaleni i wypoczęci, to
znaczy Waldek opalony, bo Teresa miała jasną skórę i nie lubiła słońca.
– Wspaniałe mieliście wakacje – westchnęła Maryla, odkładając zdjęcia i nalewając
wszystkim kawy z dzbanka stojącego na stole. – Nas na takie podróże niestety nie stać.
– Pogoń Pawła trochę do roboty to się wam poprawi. Z tych używanych szmat nie
da się wyciągnąć przyzwoitych dochodów – brat jak zwykle przyjął mentorski ton.
– On nie bardzo się pali do szukania jakiejś pracy. W zeszłym roku próbował w
szpitalu, jako sanitariusz, ale zwolnili go po dwóch miesiącach.
20
2
– Dziwisz się? Przecież nie może tak być, że sanitariusz jest bardziej zalany niż
pijak podnoszony z ulicy. Po co mieli go trzymać, jak na jego miejsce czeka kilku takich,
którzy mogą poczekać z piciem do fajrantu. Tylko ojciec się wstydu najadł, że takiego
artystę zaprotegował we własnej firmie – perorował dalej Waldek.
– Akurat! – obruszyła się Maryla. – Ojciec z nim najwięcej pił. To się nazywało, że
go wprowadza. Paweł nie potrafi odmówić.
– To ciekawe, że mi odmówił. Proponowałem, że załatwię mu pracę akwizytora w
Łodzi, u kogoś znajomego. Powiedział, że nie potrzebuje. Widocznie ma coś lepszego na
oku. Może do stoczni pójdzie pracować?
– Żebyś wiedział. Właśnie dziś pojechał do Gdańska na rozmowę kwalifikacyjną do
jakiejś firmy. – Maryla spojrzała na zegarek. – Nawet nie wiem czym ta firma się zajmuje.
Stocznia to to nie jest na pewno. Ale powinien zaraz być, to nam wszystko szczegółowo
opowie. On może nie jest taki energiczny… – przerwała nagle. Przed domem rozległ się
jakiś głuchy łomot i po dłuższej chwili z hukiem otworzyły się drzwi. Wszyscy spojrzeli
wystraszonym wzrokiem i ujrzeli Pawła ściskającego koniec rynny, który najwyraźniej
oderwał od ściany. Jego ubranie przedstawiało żałosny widok.
– Wpadłeś pod pociąg? – zainteresował się uprzejmie Waldek.
Paweł rozejrzał się po kuchni nieprzytomnym wzrokiem, delikatnie odstawił rynnę
do kąta, wyprostował się i rzucił: „exitus”. Z pewnymi trudnościami wtoczył się do
pokoju i zamknął za sobą drzwi.
– Za dużo nam nie opowiedział – zauważyła Teresa.
– Jak się nazywa ta firma? – zapytał Waldek. Jego brzuch trząsł się od
powstrzymywanego rechotu. – Stocznia nie, to może browar albo gorzelnia?
Maryla odwróciła się do lodówki i coś tam długo w środku ustawiała. Jej plecy
drgały, szarpane cichym szlochem. Nienawidziła teraz Pawła z całych sił, brzydziła się
nim i nie chciała więcej znać.
Waldek nie ustawał w dowcipnym, jak mu się zdawało, komentowaniu całego
zajścia.
– Ja bym na twoim miejscu nie wypuszczał go poza Dąbrówkę. Przecież to jest
totalna kompromitacja…
– Zamknij się idioto! – przerwała mu Teresa. – Bierz Mateusza i idziemy do domu.
7.
21
2
Następnego dnia Maryla podrzuciła dzieci do sąsiadki i poszła sprzedawać w
sklepie. Ruch był bardzo słaby, więc zamknęła przed trzecią, zrobiła jakieś zakupy na
obiad i wracała wolnym krokiem do domu. Rozkoszowała się letnim słońcem, które
mocno grzało ją w plecy. Już z ulicy dostrzegła męża naprawiającego rynnę. Przeszła
obok niego bez słowa. Paweł obejrzał się za nią dyskretnie. Miał od rana silne pragnienie
i wyrzuty sumienia.
Wypić czasem w „Pawim Oku”, po pracy – to było coś normalnego. Wprawdzie
nie akceptowanego przez Marylę, ale po kilku latach małżeństwa zdołała się oswoić, tym
bardziej, że przecież nie upijał się co dzień. Teraz jednak czuł, że przesadził. Zamiast
wrócić jak człowiek i podzielić się z żoną swoją radością, zalał się w trupa w wagonie
restauracyjnym pociągu. Co gorsza, świadkiem jego nieodpowiedzialnego zachowania
był szwagier z żoną, a poza tym w ogóle nie pamiętał swego powrotu do domu. Obawiał
się, że mógł powiedzieć coś niewłaściwego. Może i będzie zarabiał niedługo kilka tysięcy
złotych miesięcznie, ale na razie to nie jest nic pewnego. Jednak Waldek często ratował
ich budżet domowy.
Do tej pory, kiedy życie toczyło się leniwym rytmem, Maryla wybaczała mu takie
wyskoki dosyć szybko. Może dlatego, że niespecjalnie przejmował się jej nerwami i
czekał spokojnie aż jej przejdzie złość. Teraz było inaczej. Chciał podzielić się z nią
informacjami o nowej pracy, musiał usłyszeć jej zdanie na ten temat. Bez jej zgody nie
uczyniłby dalej ani jednego kroku. Potrzebował wsparcia i bodźca. Tylko ona nadawała
jakiś sens szukaniu pracy i zarabianiu pieniędzy. Sam na pewno nie zdecydowałby się na
żaden wysiłek. Nie widział większego sensu w szarpaniu się i zdobywaniu majątku za
wszelką cenę. Jeśli czasami w rozmowach przy wódce mówił co innego, to tylko
dlatego, że tak mówili wszyscy i nie chciał się wyróżniać. W rzeczywistości wolałby
wyjechać, na przykład do Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie albo nawet w Bieszczady i
żyć prosto i spokojnie. Pojechał do Gdańska do tej firmy, żeby uniknąć uszczypliwości
Waldka i pokazać mu, że też coś potrafi. Ale tak naprawdę zrobił to żeby Maryla nie
musiała ich wysłuchiwać. Kochał ją i nie chciał patrzeć na jej łzy, ale to oznaczało, że
musi poświęcić jakiś fragment siebie, zacząć myśleć jej kategoriami. Westchnął ciężko,
zawiesił, urwany wczoraj, kawałek rynny i powoli wszedł do domu.
Maryla obierała ziemniaki na obiad. Usiadł przy stole i zastanawiał się jak tu
zagadać. Patrzył na jej starannie uczesane jasne włosy i drobne dłonie, szybko
poruszające się nad garnkiem. Zawsze w takich razach próbował powiedzieć coś
22
2
dowcipnego, żeby skruszyć lody. Tym razem dowcipkowanie wydawało mu się jakieś
głupie. Niespodziewanie ona odezwała się pierwsza:
– Dlaczego się wczoraj upiłeś? – zapytała całkiem spokojnie.
– Nie wiem – odpowiedział cicho – chyba chciałem uspokoić nerwy.
– Zrobiłeś mi wielką przykrość. Było mi wstyd przed Waldkiem i Teresą. Właśnie
im opowiadałam o tym, że się zmieniasz na lepsze i że chcesz pracować w Gdańsku,
kiedy wszedłeś pijany jak świnia! – zaczynała się nakręcać i używać coraz dosadniejszych
określeń. Zapadła cisza i Paweł ze zdziwieniem zauważył, że Maryla płacze. Do tej pory
nie zdarzało jej się płakać z powodu jego wybryków. Owszem – krzyczała, złościła się
albo nic nie mówiła, ale nigdy nie płakała. Kiedy rzucała w niego czym popadło – uciekał.
Teraz nie wiedział jak się zachować. Czuł się podle.
– Mam tego dosyć – powiedziała cicho. – Mam dosyć szarpania się z tym sklepem,
z domem i z tobą. Wszystko na mojej głowie, a ty ciągle u s p o k a j a s z n e r w y!
– Przepraszam cię, ale naprawdę zdarzyło się tak dużo, że wracałem bardzo
napakowany emocjami. Spotkałem w pociągu Jurka Zawidzkiego i chciałem mu
opowiedzieć o wszystkim. Zaproponował żebyśmy wypili po piwie w restauracyjnym i
kiedy mu wszystko opisywałem on postawił jeszcze po jednym, a potem ja mu
odstawiłem, no i tak jakoś…
– Ledwo wszedłeś do domu. Szkoda, że nie widziałeś się wczoraj. Wyglądałeś
obrzydliwie.
Paweł spuścił głowę. Maryla przestała płakać i znowu było niby tak jak przedtem,
ale Paweł czuł się jakoś inaczej niż zawsze. Tym razem naprawdę było mu głupio. Miał
ochotę opowiedzieć jej wszystko o spotkaniu w Financial Brokers Polska, ale nic nie
powiedział. W gardle stał mu wielki kluch. Nie mógł się zdobyć na żaden gest ani słowo.
Obiad zjedli w milczeniu. Nawet dzieci zachowywały się przy stole wyjątkowo
spokojnie, jakby wyczuwały napięcie wiszące pomiędzy rodzicami.
Dopiero po posiłku, kiedy siedzieli rozleniwieni nad kawą, atmosfera się
poprawiła. Maryla nie potrafiła długo trzymać w sercu urazy. Powoli Paweł zaczął
relacjonować przebieg poprzedniego dnia. Opowiedział o tym jak znalazł siedzibę firmy,
jak został miło przyjęty przez sekretarkę a potem managera grupy, o ankiecie pełnej
dziwnych, niezrozumiałych pytań, wreszcie o tym, że został zaakceptowany i zaproszony
na jednodniowy kurs, poprzedzający podjęcie pracy.
23
2
– A jak z zarobkami? – zainteresowała się Maryla. To była dla niej jedna z
najistotniejszych informacji.
– Pieniądze są chyba duże, ale nie ma stałej pensji. Żeby zarabiać trzeba wykazać
się aktywnością – to chyba logiczne prawda. No i sprawiedliwe. Nie pracujesz – nie
zarabiasz. – Paweł powtórzył niemal słowo w słowo to, co usłyszał od Marcina Króla.
– Może to i logiczne i sprawiedliwe, ale trochę nieludzkie. Przecież każdy z nas ma
lepsze i gorsze okresy w życiu. Nie można pracować cały czas na pełnych obrotach,
czego, jak wynika z tego co mówisz, wymaga ta firma.
– Ale czas pracy jest dowolny! Pracuję kiedy zechcę, a że prowizja od zawartych
kontraktów jest bardzo wysoka, to można sobie pozwolić na trochę bezczynności –
przekonywał Paweł.
– Jak wysoka jest ta prowizja?
– Tego niestety nie chcieli mi powiedzieć, zanim nie podpiszemy umowy, ale po
nich widać, że musi być niezła. Wszyscy w garniturach, szwajcary na rękach, drogie
komórki, niezłe samochody.
– No tak, ale to przecież pracownicy centrali.
– Jakiej centrali?! To tylko niewielki oddział. Centrala jest w Warszawie. Zresztą,
co mi szkodzi spróbować. Jak się nie uda to najwyżej stracę parę złotych na przejazdy i
trochę czasu. – Paweł odzyskał energię i widać było, że jest podekscytowany.
– A co to za papiery przywiozłeś ze sobą?
Maryla wyjęła z szuflady pogniecione kartki, które wydobyła poprzedniego
wieczoru z kieszeni jego marynarki.
– To są wstępne informacje, z którymi kazali mi się zapoznać – Paweł wziął do ręki
pierwszą z brzegu kartkę, rozprostował na stole i przeczytał głośno nagłówek:
„Właściwy strój do pracy”.
– No tak – rzuciła Maryla. – Jednak trzeba ci kupić nowe buty. Stare całkiem
zniszczyłeś wczoraj. Zaliczyłeś chyba wszystkie psie kupy w okolicy. Spodnie też mają
wydarte kolana. Chodziłeś na czworakach, czy co?
Paweł zaczerwienił się i nic nie odpowiedział. Wpatrywał się intensywnie w dno
szklanki po kawie, jakby chciał w fusach znaleźć odpowiedź. Nic nie pamiętał.
– Kiedy to szkolenie się zaczyna? – zapytała Maryla.
– Za tydzień, w poniedziałek.
– No to mamy trochę czasu.
24
2
8.
Tydzień minął nie wiadomo kiedy. W czasie wakacji ruch w ich sklepie praktycznie
zamierał. Pracy było niewiele. Lato przypiekało ostrym słońcem i ludzie chętniej się
rozbierali niż ubierali. Dzięki wcześniejszemu zamykaniu interesu, mieli dużo czasu żeby
skompletować strój, w którym Paweł mógłby się pokazać na szkoleniu, bez wzbudzania
ironicznych uśmieszków. Kupili nowe buty, koszulę i krawat. Udało im się wybrać w
swoim sklepie, idealnie leżącą, mało zniszczoną marynarkę i tylko trochę za duże
spodnie. Matka Maryli, która miała maszynę do szycia, przerobiła je zięciowi tak, że
pasowały jak ulał i z wypiekami na twarzy wypytywała córkę o nowe zajęcie Pawła.
Cieszyła się razem z Marylą, chociaż nie omieszkała wyrazić swoich wątpliwości czy
„Pawełek sobie poradzi, ze swoją skłonnością do alkoholu”. Maryla stwierdziła, że
według niej nie ma co przesadzać. Przecież każdemu się zdarzy wypić, a z tego, że
Paweł ostatnio miał parę wpadek nie należy wyciągać zbyt daleko idących wniosków.
Poparł ją ojciec przysłuchujący się ich rozmowie, stwierdziwszy autorytatywnie, że
Paweł jest jego najlepszym zięciem.
– Bo nie masz innego, pijaku! – rzuciła złośliwie matka i poszły z Marylą ocenić na
Pawle efekt przeróbki spodni. Potem Otocka pobiegła do kościoła pomodlić się w
intencji zięcia, a Otocki nastawił nowy gąsiorek zacieru, żeby by przygotowanym na
imprezę z okazji przyjęcia Pawełka do nowej pracy.
On sam spędził tydzień na zapoznawaniu się z materiałami szkoleniowymi, które
przywiózł z firmy. Trochę siedział w sklepie i próbował rozszyfrowywać niektóre,
niezrozumiałe dla niego pojęcia, na które natknął się podczas lektury. Ani razu nie
zaszedł do „Pawiego Oka”. Trochę przez wzgląd na Marylę, a trochę przez brak
gotówki – ruch w sklepie był beznadziejny. Poza tym miał ciekawe zajęcie na całe
popołudnia – marzenia o gabinecie, przynajmniej takim samym jak Marcina Króla,
szwajcarskim zegarku na rękę i złotym sygnecie.
Miał zamiar trochę popracować przy domu – tynk na jednej ze ścian odpadał
całymi płatami, drewniany płot wyglądał jak zęby emeryta, a trawnik przed domem
przypominał pastwisko, ale nie mógł się zmobilizować. Kiedy już się wziął do pracy,
przerywał ją długimi okresami rozmyślań. Z materiałów, które dostał w firmie, zdążył się
ogólnie zorientować na czym będzie polegała jego praca.
25
2
Financial Brokers Polska była częścią światowego imperium Financial Brokers Ltd.
Światowa centrala firmy znajdowała się w Los Angeles, a oddziały mieściły się
praktycznie w każdej stolicy na świecie, wyjąwszy państwa o ustrojach totalitarnych,
gdzie „Financial Brokers” Ltd nie angażowała swoich kapitałów. Zakres usług
finansowych firmy był bardzo szeroki, ale w Polsce na razie oferowano tylko usługi
leasingowe.
Financial Brokers Polska dysponowała potężnym kapitałem i zachęcała swoich
agentów, których nazywano konsultantami finansowymi, do finalizowania jak
największych kontraktów. Na każde żądanie firma mogła, o ile uznałaby to za niezbędne,
uruchomić kapitał równy średniemu rocznemu budżetowi województwa.
Jak zrozumiał z broszury, miał szukać firm, które będą chciały skorzystać z
dobrodziejstwa leasingu, to znaczy kupią jakby na raty, za pośrednictwem Financial
Brokers Polska, urządzenia albo maszyny. W materiałach, które przeglądał traktowano
tę pracę jak posłannictwo. Wiele pisano o tym jak ważne dla firm jest finansowanie ich
rozwoju poprzez leasing, jaka to dla nich ogromna szansa na dogonienie Europy i świata
i jak to korzystnie wpływa na rozwój gospodarczy kraju. Najlepszym konsultantom
finansowym obiecywano karierę w szybko rozwijających się strukturach firmy, liczne
szkolenia – także w USA, no i rzecz jasna duże pieniądze. Paweł miał o czym rozmyślać.
Z tego wszystkiego pieniądze rajcowały go najmniej. Za to reszta była naprawdę
fascynująca.
W poniedziałek rano, ubrany zdecydowanie lepiej niż przed tygodniem,
przekroczył ciężkie drzwi biura Financial Brokers Polska w Gdańsku. Znów, czekając na
rozpoczęcie szkolenia, nie mógł się oprzeć urokowi piersi sekretarki – Agaty. Teraz
zauważył, że właściwie nie tyle są takie duże, co mocno sterczące. Nie chciał przyglądać
się jej zbyt nachalnie, ale skupienie wzroku na czymś innym kosztowało go dużo
wysiłku.
Agata obserwowała Pawła z pewnym zaskoczeniem. Zmienił się tak mocno, że aż
się sama zdziwiła jak trafnie oceniła go przed tygodniem. Na miejscu tamtego
przebierańca siedział atrakcyjny, przystojny mężczyzna. Może nie od razu James Bond,
ale całkiem blisko.
Sekretariat był właściwie fragmentem, rozszerzającego się w tym miejscu,
korytarza, więc ruch pracowników był tu spory. Większość kierowała się w stronę,
gdzie, jak domyślał się Paweł, były pokoje managerów.
26
2
Po pewnym czasie w sekretariacie zrobiło się tłoczniej – pojawili się kolejni
kandydaci do pracy. Wszystkie fotele były zajęte przez, spoglądających na siebie
ukradkiem, pięciu mężczyzn. Paweł zauważył z satysfakcją, że nie wygląda przy nich
najgorzej. Dwóch było młodszych od niego – chyba zaraz po maturze, a dwóch
zdecydowanie starszych – wyglądali obaj na emerytów. Jeden z nich swym wejściem
wzbudził wesołość pozostałych kandydatów. Wszedł do sekretariatu zdecydowanym
krokiem, stanął na baczność przed biurkiem Agaty i wykonał prawą ręką taki ruch jakby
chciał zasalutować, ale w ostatniej chwili zrezygnował i ręka wykonawszy dziwny
wygibas opadła wzdłuż ciała. Niezrażony tym, zameldował się zdecydowanym głosem i
zasiadł sztywno na wskazanym przez sekretarkę fotelu. Emeryt mundurowy, pomyślał
Paweł i uśmiechnął się pod nosem.
Wreszcie poproszono ich do małej sali konferencyjnej. Dwaj prowadzący szkolenie
managerowie rozpoczęli od przedstawienia się i poprosili o parę słów o sobie każdego z
kandydatów. Okazało się, że Paweł słusznie ocenił dwóch młodzieńców, którzy okazali
się świeżo upieczonymi maturzystami i byłego oficera Wojska Polskiego, od dwóch
miesięcy na emeryturze. Drugi ze starszych mężczyzn nie powiedział o sobie nic poza
tym, że jest z Sopotu, ma pięćdziesiąt sześć lat i że nazywa się Leon Bzdęga.
Szkolenie było przewidziane na jeden dzień, więc toczyło się w tempie
ekspresowym. Prowadzący, na zmianę referowali zagadnienia, dotyczące technicznych
szczegółów transakcji leasingowych, zawieranych za pośrednictwem Financial Brokers
Polska. Opisali dokładnie strukturę i funkcjonowanie firmy. Paweł dowiedział się, że
centrala mieści się w Warszawie, a w Gdańsku, Krakowie, Wrocławiu i Szczecinie są
oddziały, kierowane przez dyrektorów. Oddziały dzielą się na unity czyli kilkuosobowe
grupy konsultantów finansowych, kierowane przez unit managerów czyli po polsku –
kierowników grup. Paweł znalazł się w grupie Marcina Króla, a wszystkich grup w
oddziale było pięć. W sumie oddział liczył około trzydziestu stałych współpracowników.
Dyrektorem był facet, który nazywał się Dobromir Kotas. Pod koniec dnia miał wygłosić
dla nich wykład na temat etycznej strony pracy konsultanta finansowego oraz niektórych
aspektów technik sprzedaży.
W trakcie przerw w szkoleniu Paweł starał się kręcić w okolicach sekretariatu,
żeby pogadać z Agatą, a przynajmniej popatrzeć na jej zgrabną sylwetkę. Działo się z
nim coś dziwnego. Nie był podrywaczem. Maryla napracowała się ciężko zanim skłoniła
go do zawarcia bliższej znajomości. Za to potem nie miała żadnych problemów żeby
27
2
doprowadzić go przed oblicze księdza, który pobłogosławił i zalegalizował ich związek.
Właściwie można było powiedzieć, że nigdy jej nie zdradził. Wprawdzie zdarzało mu się
flirtować z różnymi panienkami, które bywały w „Pawim Oku”, ale nigdy te przytulanki
nie kończyły się w łóżku. Najczęściej dlatego, że wolał sobie wypić i pogadać z
kumplami, niż wysilać się na jakiś bajer. Kiedy już go trochę zakręciło nabierał więcej
ochoty, ale jego stan na ogół uniemożliwiał jakiekolwiek zdecydowane i skoordynowane
ruchy żadnym z członków.
Teraz, być może dlatego, że sytuacja była niecodzienna – był daleko od domu, sam
– coś go ciągnęło do tych pięknych pagórków, wyraźnie rysujących się pod cienkim
sweterkiem Agaty. Być może szukał tylko przyjaznej duszy, która pomogłaby mu
zaaklimatyzować się w obcym miejscu, a Agata uśmiechała się tak sympatycznie i
ciepło.
Szansę na miłą pogawędkę były żadne. Telefon ciągle dzwonił, a dyrektor co
chwila miał jakąś sprawę, ale i tak zdążył się dowiedzieć trochę o niej i opowiedzieć parę
słów o sobie – starannie omijając temat rodziny.
Pod koniec dnia cała potrzebna wiedza znalazła się w głowach, albo przynajmniej
w notatnikach kursantów i rozpoczęła się ostatnia godzina, z dyrektorem w roli
wykładowcy.
Dobromir Kotas okazał się niewysokim mężczyzną, który miał sporą nadwagę.
Prawdopodobnie większość tej nadwagi umiejscowiła się w sterczącym przed nim
okazałym brzuchu. W trakcie wykładu zrobił się czerwony na twarzy, jakby się okropnie
męczył. Marynarka zapięta na jeden guzik i niedopasowane, pogniecione spodnie,
nadawały mu jowialny, dobroduszny wygląd. Pomimo nieciekawej fizjonomii, Kotas był
bardzo dobrym mówcą i potrafił skupić zainteresowanie słuchaczy na sobie. Opowiedział
parę słów o amerykańskich właścicielach firmy i o kilku ważniejszych kontraktach
zawartych przez “Financial Brokers Polska”. Potem przeszedł do właściwego tematu
wykładu. Słuchacze nie spuszczali wzroku z jego ust, kiedy z zaangażowaniem mówił
jak ważna jest uczciwość w kontaktach z klientami, właściwa ocena kondycji finansowej
kontrahenta, unikanie wciskania zbyt dużych kontraktów słabym firmom albo forsowania
krótkich terminów spłaty rat leasingowych. Sprawa właściwego wyważenia interesu
klienta, własnego i firmy przewijała się wielokrotnie w trakcie wykładu, przeplatanego
licznymi anegdotami i przykładami z życia.
28
2
– Pamiętajcie panowie o tym, że to firma, czyli Financial Brokers płaci wam
prowizję i w waszym interesie jest dbanie o jak najlepszą kondycję finansową firmy.
Każdego klienta trzeba dokładnie prześwietlić, wszystkie dokumenty dokładnie
sprawdzić i zrobić dokładną analizę finansową całego planowanego przez klienta
przedsięwzięcia. Musimy zrobić wszystko, żeby ograniczyć ryzyko do minimum – mówił.
Na koniec sprzedał im trochę praktycznych informacji na temat sposobu
zdobywania klientów oraz prowadzenia negocjacji i zakończył:
– Panowie! Firma rozwija się dynamicznie i każdy z was może uczestniczyć w jej
sukcesie. Każdy z was może zostać managerem grupy, a w przyszłości może nawet
dyrektorem oddziału. Są dwa najważniejsze kryteria awansowania: po pierwsze – duża
produkcja, po drugie – absolutna uczciwość. Wobec firmy i wobec klienta. Poza tym
trzeba pamiętać, że jesteśmy jako oddział grupą ludzi, którzy powinni sobie wzajemnie
pomagać i wspierać się w każdy możliwy sposób. Z mojej strony możecie liczyć na
pomoc o każdej porze dnia i nocy. Jestem w stanie zaakceptować nawet najbardziej
niekonwencjonalne metody pracy, o ile przyniosą skutek w postaci wzrostu obrotów
oddziału. Dla najlepszych z was drzwi mojego gabinetu są zawsze otwarte.
Paweł był pod wrażeniem wykładu i osoby dyrektora. Miał ochotę wstać i już w tej
chwili zacząć szukać klientów. Energia go dosłownie rozpierała.
Okazało się, że podpisanie umów i odebranie pełnomocnictw odbędzie się
następnego dnia i przed Pawłem stanął problem noclegu. Miał do wyboru albo jechać do
domu i jutro rano wrócić do Gdańska na podpisanie umowy, albo nocować u stryja,
który mieszkał z żoną na Przymorzu. Ponieważ nie chciało mu się „tłuc” w pociągu w tę
i z powrotem, zadzwonił do Maryli, że wraca jutro. Miał ochotę zaprosić Agatę do
kawiarni, ale kiedy szkolenie się zakończyło nie było jej już w pracy.
Zadzwonił do stryjostwa, żeby upewnić się czy będą w domu i czy go przenocują.
Stryj Stefan, który odebrał telefon bardzo się ucieszył z możliwości goszczenia bratanka.
Był rencistą, byłym stoczniowcem i nudził się w domu okropnie. Wizyta Pawła była dla
niego miłą niespodzianką. Znali się dobrze. Po śmierci rodziców, Paweł bywał u nich
bardzo często, a nawet mieszkał jakiś czas, próbując studiować zarządzanie. Znudziło
mu się po pierwszym semestrze i wyjechał do Niemiec na saksy. Stryjostwo nie mieli
własnych dzieci, więc traktowali go trochę jak syna. Ponieważ różnica wieku między
Pawłem, a nimi nie była duża – stryj był najmłodszym bratem ojca Pawła – mówili sobie
na ty.
29
3
Nie chciał być u nich za wcześnie. Jak znał Stefana, który był nieodrodnym bratem
jego ojca, zaraz na stół wyjadą ogromne ilości alkoholu i jedzenia, a wykręcanie się od
ich spożycia nic nie da. Wolał być na jutro w formie. Dyrektor Kotas – jak sam
powiedział, miał zwyczaj przy podpisywaniu umowy przeprowadzać rozmowę z każdym
nowym agentem. Ta rozmowa mogła być ważna, więc wolał nie przesadzać z jedzeniem
i piciem. Chciał mieć świeży umysł i oddech. Poszedł do kina.
Wieczorem Stefan oczywiście wyciągnął z barku flaszkę, ale po dwóch kieliszkach
Paweł wykręcił się silnym zmęczeniem i poszedł spać, do przygotowanego wcześniej dla
niego łóżka. Naprawdę był zmęczony całodziennym szkoleniem. Zasnął błyskawicznie i
nie słyszał głośnych dyskusji Stefana i jego żony, którzy dopijali, rozpoczętą butelkę
wódki.
9.
Kiedy rano wstał z łóżka stwierdził z miłym zdziwieniem, że jego koszula i
skarpetki są wyprane i wysuszone. Po wyjściu spod prysznica zastał ciotkę przy
prasowaniu koszuli i spodni, a gotowe śniadanie na stole.
Podpisanie umowy odbyło się bardzo sprawnie. Agata miała przygotowany w
komputerze gotowy schemat, w którym zmieniała tylko daty, nazwiska i adresy
agentów. Paweł czuł się świetnie. Siedząc w skórzanym fotelu w sekretariacie Financial
Brokers pomyślał, że podjął słuszną decyzję o pozostaniu na noc u stryjostwa. Czekając
na rozmowę z dyrektorem Kotasem wyspany, wymyty i w odświeżonym ubraniu czuł się
o wiele pewniej.
Powoli schodzili się pozostali adepci sztuki sprzedaży. Emerytowany oficer znów
wykonał swój dziwny taniec przed biurkiem Agaty. Dwaj młodzieńcy przyszli razem i
teraz rozmawiali z Agatą, wybuchając co chwila śmiechem z własnych żartów.
Wyglądało na to, że traktują pracę dla Finnancial Brokers jako łatwą okazję do
zarobienia gotówki w czasie wakacji i niespecjalnie podniecała ich możliwość robienia
kariery. W dżinsowych spodniach i sweterkach jakoś nie pasowali do tego
pomieszczenia. Leon Bzdęga przyszedł bardzo elegancko ubrany. Nosił niemodny
garnitur i koszulę z malutkim kołnierzykiem, ozdobiona wąziutkim krawatem. W
milczeniu podpisał umowę, nie reagując na sympatyczne zaczepki Agaty i zasiadł z
godnością w fotelu. Jaki nabzdyczony, prawdziwa Bzdęga, pomyślał Paweł.
30
3
Telefon na biurku Agaty zadzwonił i Paweł został poproszony o wejście do
gabinetu szefa. Poczuł, że zaczyna się nerwowo pocić. Dyskretnie wytarł ręce o spodnie
i otworzył drzwi – jedyne na całym korytarzu nieprzezroczyste, pokryte lustrzaną folią.
Przez głowę przeleciała mu myśl, że to bardzo sprytne – nikt nie widzi, co się dzieje w
gabinecie, a od środka można doskonale obserwować cały sekretariat i korytarz.
Pierwsze wrażenie po przekroczeniu drzwi, to był silny zapach wody toaletowej.
Najwyraźniej dyrektor lubił zdecydowane wonie i polewał się obficie. Paweł
błyskawicznie omiótł wzrokiem całe pomieszczenie, jakby szukając najbezpieczniejszego
kąta. Czuł się niepewnie i chciał już mieć za sobą rozmowę z szefem.
Kotas podniósł się zza potężnego biurka, za którym wydawał się jeszcze mniejszy i
okrąglejszy niż w rzeczywistości. W biegu zapinał guzik od marynarki i zapraszał Pawła:
– Proszę bardzo panie … Pawle. Serdecznie zapraszam. Napije się pan kawy albo
herbaty?
– Nie. Dziękuję bardzo – odpowiedział machinalnie, nieprzygotowany na taką
propozycję.
– A ja się napiję. Pani Agato, poproszę kawę! – rzucił do sekretariatu i zamknął
drzwi.
– Proszę bardzo! Proszę usiąść gdzie panu wygodnie – zachęcał, obserwując
jednocześnie bardzo uważnie zachowanie nowicjusza. Zajmowanie odpowiedniego
miejsca należało do kanonu sztuki walki z klientem.
Paweł usiadł na pierwszym z brzegu fotelu, przy stojącym na środku gabinetu
okrągłym, niskim stole.
– Jakie wrażenia po szkoleniu? Wszystko jest dla pana jasne? – Dyrektor usiadł
naprzeciwko i z pewną trudnością założył jedną nogę na drugą. Uśmiechał się
zachęcająco nie przestając jednak przewiercać Pawła oczami, jakby nie chciał uronić
żadnego grymasu twarzy albo gestu.
– Wydaje mi się, że wszystko jest raczej proste. No i panowie opisaliście nam to
bardzo dobrze. Myślę, że teraz potrzebna jest mi tylko praktyka – odpowiedział z
wahaniem w głosie. Niepotrzebnie. Trafił w dziesiątkę.
– Słusznie! – Kotas podskoczył w fotelu. – Jak najwięcej spotkań z potencjalnymi
klientami, a w krótkim czasie zdobędzie pan potrzebne doświadczenie i wzrośnie pańska
skuteczność w negocjacjach, a to się przełoży wprost proporcjonalnie na pańskie
zarobki.
31
3
Przerwał, gdy weszła Agata z kawą. Cały czas uśmiechając się promiennie,
postawiła filiżankę na stole i wyszła. W tym czasie Paweł, który poczuł się już trochę
pewniej, z ciekawością rozejrzał się dookoła. Gabinet dyrektora był urządzony o wiele
bogaciej niż gabinety managerów. Na podłodze leżał gruby, miękki dywan, a ściany
ozdobiono kilkoma grafikami. Szafki z segregatorami były proste, ale eleganckie. Na
kolosalnych rozmiarów biurku, obok komputera i stert papierów, stały dwa aparaty
telefoniczne i fax.
– Jeśli chodzi o zarobki – kontynuował dyrektor – mam tutaj przygotowaną dla
pana umowę prowizyjną. Do 100.000 złotych wartości przedmiotu leasingu otrzyma pan
3 procent od jego wartości netto. Powyżej 100.000 otrzyma pan 2 procent. Oczywiście
pod warunkiem, że klient będzie wpłacał kolejne raty – zaśmiał się krótko, jakby
powiedział dowcip.
Paweł słyszał wczoraj, że bywają klienci, którzy unikają płacenia rat leasingowych.
Dział prawny Finnancial Brokers miał jednak jakieś swoje sposoby, żeby wyegzekwować
od nich należności. Agenci dostawali swoje prowizje liczone od wysokości ostatniej
wpłaconej raty.
– I to tyle – mówił dalej Kotas. – Resztę ma pan w umowie o współpracy i w
pełnomocnictwie, które dostanie pan od Agaty za chwilę. Jeżeli warunki odpowiadają
panu to proszę tu podpisać. – Podsunął Pawłowi umowę i długopis. Paweł podpisał w
milczeniu. Sam nie wiedział czy warunki umowy mu odpowiadają. Wszystko działo się
zbyt szybko jak na jego możliwości percepcji. Zdawał się całkowicie na swą intuicję.
Zresztą, nawet gdyby umowa mu nie odpowiadała to miałby tylko jedno wyjście – nie
podpisywać i nie pracować. Negocjacje nie wchodziły w rachubę.
Dyrektor złożył przy nim swój zamaszysty podpis i wręczył mu jeden egzemplarz
umowy.
– Wspaniale! W takim razie życzę powodzenia i obyśmy jak najszybciej mieli
okazję do spotkania. To będzie znaczyło, że znalazł pan dużego klienta – mówił,
podnosząc się z fotela. Cały czas się uśmiechał.
Uścisnął spoconą dłoń Pawła i otworzył mu drzwi.
Paweł ruszył w kierunku pokoju Marcina Króla, a dyrektor poprosił następnego z
kandydatów. Dwaj młodzi ludzie podnieśli się jednocześnie z foteli.
– Pojedynczo panowie! Pojedynczo! – śmiejąc się, dyrygowała Agata.
32
3
Marcin Król czekał już na Pawła aby udzielić mu ostatnich instrukcji. Jak zwykle
był ubrany elegancko i gustownie. Błękitna koszula i jedwabny krawat były doskonałej
jakości. Marynarkę powiesił na oparciu krzesła. Paweł podziwiał jego wysportowaną
sylwetkę.
– Już? Umowa podpisana? – zapytał Marcin.
– Tak. Nie chciał ze mną zbyt długo rozmawiać.
– Śpieszy się dzisiaj, bo o dwunastej mamy spotkanie z poważnym klientem. Gdyby
nie to, egzamin trwałby dłużej. Myślę, że przy pierwszej okazji będzie chciał nadrobić tę
zaległość. Ponieważ ja także biorę udział w spotkaniu z tym klientem chciałbym żebyśmy
szybko załatwili kilka spraw. Po pierwsze proponuję przejście na ty. Mam na imię
Marcin.
– Paweł. – Podali sobie ręce.
– O.K. Po drugie krótka powtórka algorytmu działania. – Marcin podszedł do
niewielkiej białej tablicy, biorąc do ręki kolorowy pisak.
– Wolałbym trochę praktycznych porad. Nie mam na razie pomysłu jak się zabrać
do pracy – zaproponował Paweł.
– No dobrze. Mam nadzieję, że teorię masz opanowaną w stopniu wystarczającym.
W razie czego numer mojej komórki znasz. A zresztą, każdy początkujący robi jakieś
błędy.
– Jakoś sobie poradzę, ale skąd brać klientów? Powiedz mi, jak wy ich znajdujecie?
Marcin patrzył przez chwilę na Pawła, jakby rozważając w myślach ile można mu
powiedzieć. Po chwili zaczął:
– To nie jest takie proste, ale udało nam się wypracować kilka sposobów na
ułatwienie sobie życia. Najlepiej znaleźć dużą, rozwijającą się firmę i trzymać się jej
rękami i nogami. Park maszynowy zużywa się i starzeje, komputery wymienia się co
dwa, trzy lata – żyć nie umierać. Tylko firma powinna być duża i stabilna, a takie w
większości są obstawione przez różne banki i firmy leasingowe. No, ale może będziesz
miał szczęście. I co przejaśniło ci się trochę? – zapytał.
Paweł zaprzeczył ruchem głowy. Zaczynał się dziwnie czuć podczas tej krótkiej
lekcji. Wczorajszy entuzjazm opadł z niego i teraz dostrzegał ciemniejsze strony tej
pracy. Wczoraj miał wrażenie, że wystarczy wyjść na ulicę i krzyknąć do ludzi, a zaraz
zbiegną się jak do studni mądrości. Teraz dotarło do niego z całą jasnością, że trzeba
33
3
będzie wykonać dużo nudnej, nieciekawej pracy. Marcin zauważył, że jego rozmówca
wyraźnie zmarkotniał.
– No to jeszcze jedna dobra rada. Możesz mieć wtyczkę w jakimś banku – będzie
cię informować o klientach, którzy biorą większe kredyty inwestycyjne. Możesz ich po
prostu ukraść bankowi, proponując nasze usługi. Ta metoda wymaga sprytu, delikatności
i dyskrecji. Musisz wiedzieć, że w razie jakichś problemów z bankiem, to twoja prywatna
inicjatywa, Financial Brokers nie ma wpływu na twoje działania i oczywiście ich nie
pochwala. Może to cyniczne, ale taka jest rzeczywistość i lepiej żebyś wiedział, na co
można liczyć. Bezpieczniejsze, ale za to mniej skuteczne jest rozesłanie naszej oferty do
wszystkich firm w okolicy i dzwonienie po jakimś czasie z pytaniem, czy ktoś nie jest
zainteresowany. Rynek w Polsce rozwija się, nowe firmy powstają jak grzyby po deszczu
– zakończył trochę optymistyczniej.
– I padają jak muchy – skomentował ponuro Paweł.
Marcin wyczuwał minorowy nastrój rozmówcy. Celowo jednak starał się
uzmysłowić Pawłowi stojące przed nim trudności, aby zmusić go do myślenia. Widział
już bardzo wielu hurraoptymistów, którzy rzucali umową po tygodniu albo dwóch i
więcej nie pokazywali się w pracy. Miał teorię, że kandydat będzie dobrym agentem, jeśli
mimo przedstawienia mu wszystkich trudności, wynikających z wykonywania tej
profesji, bierze się ostro do pracy i szybko przynosi jakieś kontrakty. Ta metoda
straszenia na początku, przyniosła efekt o tyle, że grupa Marcina była nieliczna, ale za to
wszyscy wykazywali się niezłą aktywnością.
– Są oczywiście jeszcze inne metody zdobywania klientów, ale sam szybko
powinieneś się w nich zorientować. To zresztą było z grubsza omówione na szkoleniu
początkowym. – Marcin nie chciał kończyć rozmowy bez dania Pawłowi jakiejś nadziei. –
Poza tym, każdy dobry doradca finansowy ma swój własny, utrzymywany w tajemnicy
sposób, więc i ty pewnie wkrótce dojdziesz do czegoś. Na koniec chcę ci powiedzieć, że
czasami, ostatnio nawet dosyć często, klienci zgłaszają się do nas sami. Te kontrakty
otrzymują do sfinalizowania nasi najlepsi ludzie. Jeśli naprawdę chcesz osiągnąć sukces,
musisz być jednym z nich. Uprzedzam lojalnie, że sama wysoka sprzedaż nie wystarcza.
– A co jeszcze jest ważne? – zainteresował się Paweł.
– Ważna, a może i najważniejsza jest opinia dyrektora o tobie. Bez niej nie masz
praktycznie szans na awans.
– Tak? A on chyba mówił co innego…
34
3
– On mówił to, co musiał powiedzieć na szkoleniu – przerwał mu Marcin – a ja ci
mówię jak jest. Duże obroty są ważne, ale o opinię też musisz dbać.
Paweł wyszedł z mieszanymi uczuciami. Pieniądze były prawdopodobnie duże, ale
stres związany z ich zdobyciem chyba jeszcze większy. No i te jakieś niejasne kryteria
awansowania zupełnie mu się nie podobały. Chociaż nie myślał o żadnym awansowaniu
to jednak lubił sytuacje jasne i klarowne. W drodze na dworzec zaczął się zastanawiać,
czy w ogóle warto zaczynać.
10.
Przez kilka następnych dni nic się nie działo. Paweł bardzo lakonicznie opisał
Maryli swoje wrażenia z Gdańska i zamknął się w sobie. Ciekawość ją rozpierała, ale nie
naciskała. Znała go zbyt dobrze i wiedziała, że to nic nie da, najwyżej się pokłócą. Musiał
dojrzeć.
Tak jak przedtem, chodził codziennie do sklepu, ale tylko pierwszego dnia kupił
gazetę – potem brał z domu jakąś książkę. Popołudniami nigdzie nie chodził – nawet do
„Pawiego Oka”. Do nikogo też nie dzwonił. Najczęściej siedział w ogrodzie za domem i
czytał Martynie jakieś bajki albo wspólnie pielili grządki. Wypalał przy tym mnóstwo
papierosów, co było oznaką intensywnego myślenia. Patryk wolał przesiadywać z matką
w kuchni albo biegał gdzieś z kolegami.
Maryla zachodziła w głowę – co też się w tym Gdańsku stało? Najpierw
zadzwoniła do stryjostwa, ale nic się nie dowiedziała. Przy okazji wizyty u rodziców,
poprosiła o opinię swoją matkę, ale jak było do przewidzenia, usłyszała tylko parę
złośliwości pod adresem „zięciaszka”:
– Pewnie sobie znalazł w Gdańsku jakąś szantrapę i teraz ma problem. Będzie do
niej jeździł, zrobi jej dzieciaka…
– Mamo! Przestań wygadywać bzdury!
Maryla żałowała, że w ogóle zaczęła tę rozmowę.
– A ja wam mówię, że on coś wymyśli! – wtrącił się ojciec.
– Powiedział, co wiedział! Pijaczysko! – zgasiła go żona i na tym zakończyła się
cała dyskusja. Maryla wróciła do domu z niczym.
Coś zaczęło się dziać, kiedy wrócił „Żukiem” Waldka z wyjazdu po towar.
Odstawił szwagrowi samochód, wrócił pieszo i zjadł późny obiad, przygotowany przez
Marylę.
35
3
– Musimy kupić samochód – powiedział, pijąc kawę.
– Już dawno mówiłam, żeby odkładać pieniądze – zgodziła się Maryla.
– Nie odłożymy do usranej śmierci, bo zawsze coś ważniejszego wypada. Nie
umiemy oszczędzać – powiedział z naciskiem.
– To ty nie umiesz! – zaperzyła się Maryla. – Jak się na coś uprzesz, to musisz kupić
i nikt cię nie przekona!
– Ja nie umiem, ty nie umiesz! Co za różnica! Samochód nam potrzebny –
rozumiesz to czy nie?!
– Rozumiem! Rozumiem! Mów od razu, co masz do powiedzenia i nie kłóćmy się.
– Weźmiemy auto w leasing. – Paweł spoglądał na Marylę, żeby zobaczyć jakie to
na niej robi wrażenie.
– To znaczy jak? Co to znaczy w leasing? – zapytała.
– No, tak jakby na raty, ale nie przez bank tylko przez Financial Brokers. W ten
sposób będziemy mieli samochód, zapłacimy niższe podatki i jeszcze dostanę prowizję
od firmy.
– A jakie wysokie byłyby te raty? – Maryla jak zwykle twardo stąpała po ziemi.
Paweł wyjął z szuflady kalkulator, jakieś instrukcje, które otrzymał na szkoleniu w
Financial Brokers i zagłębił się w obliczenia. Ponieważ nie odzywał się dłuższy czas,
Maryla wzięła się do zmywania naczyń po obiedzie. Ta lekka sprzeczka poprawiła jej
nastrój. To było coś jak powrót do znajomej rzeczywistości. Lepsze to niż to jego
milczące snucie się. Z drugiej strony czuła, że Paweł się jakoś wewnętrznie zmienia i bała
się tej zmiany. Od dłuższego czasu siedzi grzecznie w domu i rozmyśla. Ani razu nie upił
się po pracy. Żeby tylko z tych rozmyślań nie wyszło coś głupiego, pomyślała. Aż jej
łydki zadrżały z niepokoju. Trzeba iść do kościoła powierzyć swoje problemy Bogu i
czekać co wyniknie z tych rozmyślań. Widać, że coś już postanowił skoro zaczyna
myśleć o kupnie samochodu.
Paweł wreszcie uporał się z obliczeniami.
– Wychodzi po dwa tysiące miesięcznie, przez trzy lata – powiedział.
– To strasznie drogo. Mamy kupić Mercedesa, czy co? Nie wystarczyłby używany
Polonez, taki z budą?
– Do towaru by wystarczył, ale przecież nie będę jeździł do klientów dostawczym
autem.
– To co ty chcesz kupić?
36
3
– Myślałem… no nieważne i tak nas nie stać na takie wysokie raty.
– Słuchaj! Teraz mi się przypomniało. Waldek coś wspominał, że będzie zmieniał
auto. Może byś z nim porozmawiał.
– Zaraz zadzwonię – Paweł chwycił słuchawkę telefonu i wykręcił numer szwagra.
Maryla wyszła przed dom zawołać dzieci na kolację. Martyna siedziała na ławce
przed domem i dyskutowała zawzięcie z koleżankami. Patryk szalał na rowerze po ulicy.
Oparła się o rozklekotane ogrodzenie z drewnianych sztachet. Przez chwilę
przysłuchiwała się rozmowie dziewczynek, zazdroszcząc im ich dziecinnych problemów.
Była ostatnio jakaś zmęczona. Sklep, dom, dzieci. Wszystko na jej głowie. Paweł nie
przejmował się niczym. Chociaż … jednak jakoś się zmienił. Przestał zachodzić do
„Pawiego Oka”. Będzie pracował dla tej firmy z Gdańska. A może teraz nadchodzi
siedem lat tłustych, pomyślała optymistycznie. Paweł skończył rozmawiać przez telefon i
wyszedł za nią przed dom.
– No i co? – zapytała.
– Waldek na razie nie ma pieniędzy, ale mówi, że jego znajomy, jakiś drukarz,
wspominał coś, że chce kupić samochód do firmy. Jutro Waldek ma mi dać namiary.
Może coś z tego wyjdzie. Byłby pierwszy klient.
– No to dobrze. Zawołaj Patryka i chodźcie na kolację – Maryla wzięła córkę za
rękę i weszła do domu. Za chwilę wychyliła głowę przez okno i zawołała:
– Paweł, telefon do ciebie! Jakiś pan. Chyba z Gdańska.
Paweł wbiegł do domu i złapał słuchawkę telefonu. Dzwonił Marcin Król, ciekawy
jak mu idzie wyszukiwanie klientów.
11.
Waldek siedział w fotelu przed komputerem i robił porządek w księgowości, kiedy
odezwał się dzwonek. Podszedł cicho do drzwi i spojrzał przez wizjer. Na zewnątrz stał
Paweł, ubrany w znoszony garnitur. Waldek uśmiechnął się pod nosem. Szmateksowy
elegant, pomyślał złośliwie.
– Cześć. Właź. Co słychać? – powiedział otwierając drzwi.
– Nic specjalnego. Przyszedłem w sprawie tego drukarza, który chce kupić
samochód.
– O w mordę! Zupełnie zapomniałem. Siadaj. Zaraz zadzwonię do niego. Chcesz
coś do picia? Kawa, herbata, a może coś mocniejszego?
37
3
– Może być kawa.
– A co się tak odpieprzyłeś jak stróż w Boże Ciało? – zawołał Waldek już z kuchni.
– No wiesz, muszę jakoś wyglądać. Reprezentuję poważną firmę. Myślałem, że
podjedziemy do tego gościa z drukarni.
Paweł rozglądał się po bogato urządzonym salonie. Spojrzał na włączony
komputer szwagra.
Waldek wszedł z filiżankami kawy w ręku. Ostrożnie postawił je na dębowej ławie
stojącej przed skórzaną sofą, na której posadził Pawła.
– Pracujesz na komputerze? – bardziej stwierdził niż zapytał Paweł.
– Tak. Mam trochę zaległości w księgowaniu i chciałem to dzisiaj uzupełnić, ale ten
rupieć jest taki wolny, że można dostać zawału i pewnie nie zdążę do wieczora.
– Powinieneś wymienić go na nowszy – powiedział Paweł i spojrzał spod oka na
szwagra – większość firm zmienia komputer przeciętnie co dwa lata.
– Wiem, wiem, ale nie mam teraz kasy na nowy sprzęt, a poza tym na potrzeby
mojej firmy na razie wystarcza i taki. Poza tym zastanawiam się czy nie zatrudnić
księgowej. Niech ona się męczy z tymi cyferkami.
– Ale syn ci rośnie i powinieneś pomyśleć o jego wykształceniu. Poza tym Internet
drugiej generacji i te sprawy. Możesz przecież wziąć komputer w leasing. Mała wpłata
na początek i już masz nowoczesny sprzęt w domu. Mogę ci to załatwić.
– No, no. Nieźle cię tam wykształcili w tym Gdańsku – szwagier pokręcił głową z
podziwem – Nie podejrzewałem cię o takie możliwości. To znaczy, że nie zajmujesz się
tylko samochodami?
– Nie. Mogę załatwić ci kredyt na każde urządzenie, maszynę albo pojazd
potrzebny do prowadzenia firmy. Na dowolną kwotę.
Waldek zamyślił się na chwilę. Popijał kawę małymi łyczkami i patrzył przed siebie.
Jego nos wyczuwał zapach pieniędzy do wzięcia. Postanowił wybadać Pawła dokładniej.
– A poza tym drukarzem nie znasz kogoś, kto chce kupić do firmy jakiś sprzęt?
Najlepiej samochód, bo to się prosto załatwia – zapytał Paweł.
– Może mógłbym ci pomóc – odpowiedział powoli Waldek – ale starałbym się
bardziej gdybym wiedział, że coś z tego będę miał. Rozumiesz, jestem człowiekiem
zapracowanym. Mam niewiele czasu i nie mogę poświęcać go dla ciebie, bo to znaczy,
że odbierałbym go swojej rodzinie. Zupełnie inaczej by to wyglądało gdybym na tym
zarabiał.
38
3
– Nie ma sprawy. Możemy się dogadać. Dam ci dziesięć procent mojej prowizji.
Paweł spojrzał pytająco na szwagra. Nie był przygotowany na takie negocjacje.
Myślał, że Waldek ma dużo pieniędzy i nie potrzebuje dorabiać. Zresztą on sam nigdy by
nie zrobił takiej propozycji komuś z najbliższej, a pewnie nawet i dalszej rodziny. Był na
to zbyt prostolinijny i zbyt małą wagę przywiązywał do pieniędzy.
– A ile masz tej prowizji? – zapytał szwagier.
– Dwa procent od ceny urządzenia. Od ceny netto. Bez Vat-u.
Paweł nie chciał wchodzić w szczegóły. Nie pamiętał dokładnie liczb z umowy i
wolał się z tym nie zdradzać. Waldek z pewnością pamiętał wszystkie kwoty, z każdego
wystawionego albo zapłaconego przez siebie rachunku.
– Aha, to znaczy od stu tysięcy złotych masz dwa tysiące. To by znaczyło dwieście
złotych dla mnie?! To jakaś jałmużna! – żachnął się Waldek. – Więcej wydam na telefony
w twoich sprawach.
– To ile byś chciał? – Paweł nie lubił się targować i męczył się tą sytuacją. Za to
Waldek był w swoim żywiole.
– Ty wiesz jakie ja mam kontakty?! Mogę ci załatwić wejście na wymianę całego
parku maszynowego. Ciężka kasa! Ale nie za takie marne grosze. – Waldek wydął wargi.
– Tylko za ile? – zapytał Paweł.
– Właściwie powinienem dostać połowę, bo wykonam najtrudniejszą pracę. Znajdę
chętnego. Ty tylko wejdziesz na przygotowany grunt i wypełnisz odpowiednie kwity.
No, ale czego się nie robi dla rodziny. Niech będzie moja strata. Jedna trzecia prowizji
dla mnie i biorę się ostro do roboty. Pasuje ci taki podział?
Waldek wyciągnął rękę.
– Niech będzie. – Paweł uścisnął dłoń szwagra. Taki układ wydawał mu się
korzystny, bo sam nie znał osobiście nikogo zamożniejszego, komu mógłby
zaproponować swoje usługi, a Waldek rzeczywiście obracał się wśród bogatszych
przedsiębiorców i mógł być bardzo pomocny.
– No to super! – Waldek zatarł dłonie – Dzwonimy do drukarza. Ten kontakt
oddaję ci gratis. Na dobrą współpracę.
Spadł mi jak z nieba, pomyślał Waldek po wyjściu Pawła. Interesy ostatnio nie szły
dobrze. Po upadku rynku rosyjskiego, który wchłaniał każdą ilość towaru, trzeba było
się mocno rozglądać za nowymi klientami. To nie było łatwe. Dla „ruskich” można było
uszyć byle co. Ważna była tylko niska cena. Szwaczki przyzwyczaiły się do szycia
39
4
szybko, bez zwracania uwagi na jakość. Nagle studnia bez dna, którą wydawała się
Rosja i okoliczne republiki, zapełniła się. Polacy nie chcieli kupować byle czego, a
przeszycia na Zachód trafiały się rzadko.
Tylko Teresa nie przyjmowała do wiadomości, że jest kryzys. Nie było mowy o
żadnych tańszych ubraniach czy kosmetykach. Wszystko musiało być firmowe,
najwyższej jakości. Z pozoru spokojna i bezmyślna, potrafiła egzekwować swoje prawa z
chłodną bezwzględnością zawodowego zabójcy.
Waldek miał parę pomysłów, ale musiałby zaryzykować i dokupić
specjalistycznych, drogich maszyn. Poza tym trzeba by wymienić trzy czwarte
pracownic, na młodsze i dokładniejsze. Nie chciał tego robić, bo przeważnie zatrudniał
koleżanki albo kuzynki. Poza tym większość kobiet zatrudniał na czarno i musiał się
liczyć z tym, że zbyt pochopnie zwolniona szwaczka, od razu poleci z donosem do
urzędu skarbowego albo do inspekcji pracy. Tak bardzo się tego nie bał, ale wolał unikać
kłopotów.
Na maszyny mógłby wziąć kredyt, ale zamówienia zdobywał praktycznie z dnia na
dzień i bał się ryzykować. Koło się zamykało. Póki co, kręcił się jak w ukropie. To, coś
tam podejrzał u konkurencji i uszył małą partię, to znowu dostał niewielkie zlecenie od
zaprzyjaźnionej firmy. Czasami miał dosyć tej gonitwy, ale nie miał wyjścia. Z czegoś
musieli żyć. Próbował grać na giełdzie, ale bez powodzenia. Stracił czas i niewielką
sumę, którą zaryzykował. Z przykrością stwierdził, że mimo całego swojego sprytu
jednak na giełdę jest za głupi.
Znał mnóstwo ludzi w branży krawieckiej, bo siedział w niej od lat. Niektórzy z
jego znajomych polikwidowali zakłady, ale byli i tacy, którzy zrobili majątek na
eksporcie na wschód i zdążyli uciec z pieniędzmi we właściwym czasie. Waldek starał się
utrzymywać z nimi kontakty. Na przykład z Adrianem Makowskim z Łodzi.
Obydwaj zaczynali mniej więcej w tym samym czasie i początkowo Waldek nie
wróżył Makowskiemu długiej kariery w branży. W przeciwieństwie do szyjącego co
popadnie Waldka, nastawił się tylko na szycie koszul męskich i trzymał się tego, chociaż
konkurencja była duża, a rynek ograniczony. Biedował jakiś czas i nagle z dnia na dzień
wszystko się zmieniło. Trzymanie się jednego produktu, które Waldkowi wydawało się
bez sensu, dało efekt. Makowski sprzedał partię tanich koszul klientowi z Moskwy i tak
jakby wyjął właściwy kamyk spod lawiny. Po pewnym czasie jego zakład pracował na
trzy zmiany, a pod domem bez przerwy stały dwa, trzy busy ze wschodnią rejestracją,
40
4
czekając aż będzie dosyć towaru. Płacili gotówką. Makowski nie osiadł na laurach i nie
patrzył na to bezczynnie. Cały czas szukał i wreszcie znalazł jakieś dojście do rynku
niemieckiego. Teraz z tego korzystał.
Czasami Waldek dostał od niego jakieś zlecenie i zawsze, kiedy był w Łodzi starał
się odwiedzić skromne mieszkanko nad szwalnią. Makowski unikał afiszowania się z
majątkiem i mieszkał w kilku pokojach nad zakładem. Ostatnim razem kiedy się widzieli
też narzekał. Zamówienia z Niemiec były coraz mniejsze. Konkurencja podgryzała go ze
wszystkich stron. Próbował załapać się na szycie koszul dla Bundeswehry, ale nic z tego
nie wychodziło.
Czasami Waldek zostawał w Łodzi na noc. Rzadko, bo Teresa tego po prostu
nienawidziła. Mógł sobie latać cały dzień gdzie chciał, nic ją to nie obchodziło, ale na noc
miał być w domu. Zawsze czekała, nie śpiąc.
Waldek przerwał rozmyślania i sięgnął po gruby, podniszczony notes, w którym
notował adresy i telefony. Trzeba będzie odkurzyć parę znajomości, pomyślał.
12.
Drukarz, polecony przez Waldka, był jego pierwszym klientem, który zdecydował
się na skorzystanie z dobrodziejstwa leasingu.
Okazało się, że Marcin Król miał rację, mówiąc, że każdy początkujący agent robi
błędy. Paweł musiał trzy razy jeździć do Gdańska zanim wszystkie dokumenty były
kompletne i odpowiednio wypełnione. Za to firma działała ekspresowo. Dwa dni po
ostatniej wizycie w biurze dostał informację telefoniczną, że auto jest do odebrania u
dealera i musi podjechać z klientem po odbiór. Znowu okazało się, że bez własnego
środka lokomocji nie można pracować skutecznie. Jak zwykle podparł się szwagrem, a
właściwie jego samochodem. Rzecz jasna nie wchodziło w rachubę wożenie klienta
„Żukiem”, więc musiał pożyczyć od Waldka jego osobistego Opla Omegę, z którym
szwagier rozstawał się bardzo niechętnie. Kilka razy pokazywał mu jak uaktywnić
wszystkie zabezpieczenia przed kradzieżą i prosił o ostrożną jazdę. Samochód był
wypieszczony do granic możliwości. Paweł przeżywał prawdziwe męki zanim odjechał
spod domu Waldka. Tak go męczyło to proszenie szwagra o samochód, że zastanawiał
się poważnie czy nie dać sobie spokoju z tym całym leasingiem.
41
4
Zadzwonił jeszcze do salonu samochodowego, żeby upewnić się, że można
podjechać po odbiór auta. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Dealer już miał
komplet dokumentów i czekał.
Niewielka drukarnia mieściła się w adaptowanym na ten cel domu jednorodzinnym.
Informowała o tym niewielka metalowa tablica przy bramie – „Drukarnia offsetowa. Jan
Matysiak”. Paweł zastał właściciela podczas udzielania instruktażu młodemu
pracownikowi. „Kurwy” latały w powietrzu co parę chwil. Młody człowiek nie potrafił
sobie poradzić z właściwym dozowaniem wody do maszyny i bez przerwy trzeba było
przerywać pracę. Wreszcie drukarz dostrzegł, stojącego w drzwiach Pawła, przerwał
nauczanie i weszli do niedużego pokoiku, który pełnił funkcje biura. Młoda, nieładna
dziewczyna siedział za biurkiem i pisała coś na komputerze. Chłopak został za
niedomkniętymi drzwiami i spoglądał niepewnym, wystraszonym wzrokiem.
– Może kawkę?- zaproponował Matysiak
– Dziękuję, wolałbym już jechać po samochód – jeśli jest pan wolny.
– Muszę jeszcze przez chwilę popilnować druku. Złapałem niezłą robotę, a nie
mam dosyć ludzi. Ten tam, dopiero się przyucza i nie mogę go zostawić samego, bo
zaraz coś spieprzy – usprawiedliwiał się drukarz, wymachując rękoma. Miał mnóstwo
włosów na wystających z brudnego fartucha przedramionach.
– Dobrze, poczekam – zdecydował Paweł.
– Niech pan chwilę posiedzi, Małgosia zrobi panu kawę, a ja za małe pół godzinki
będę wolny i pojedziemy. Małgosia zrób panu kawę! – zadysponował i wyszedł szybkim
krokiem z pokoju.
Dziewczyna powoli podniosła się zza biurka i włączyła elektryczny czajnik.
Zapadło kłopotliwe milczenie. Zza drzwi dochodził podniesiony głos Matysiaka. Paweł
rozejrzał się po zagraconym pomieszczeniu, które robiło raczej ponure wrażenie. Małe
okienka przepuszczały niewiele światła. Nigdy bym nie chciał tu pracować, pomyślał.
Wyjął z kieszeni gazetę i zagłębił się w lekturze.
Dziewczyna ciekawie zerkała na niego znad klawiatury. Pierwszy raz widziała z
bliska kogoś, kto pracuje dla wielkiej amerykańskiej firmy. Wyglądał całkiem normalnie,
ale podjechał dużym, pewnie bardzo drogim autem i miał taki pewny siebie, inteligentny
wyraz twarzy.
42
4
Odebranie samochodu odbyło się sprawnie. Formalności ograniczyły się do kilku
podpisów. Drukarz był bardzo zadowolony i zapewniał Pawła, że będzie polecał jego
usługi wszystkim znajomym.
Dotrzymał słowa. Dzięki jego poleceniom, Paweł sfinalizował kilka umów.
Głównie dotyczyły samochodów.
Dla niego samego brak pojazdu stał się nieznośnie uciążliwy. U siebie w
miasteczku i w okolicy poruszał się rowerem, który przed wejściem do klienta ukrywał
gdzieś w bramie albo podwórku. Jeśli miał namiar na kogoś, kto mieszkał albo pracował
gdzieś dalej, musiał korzystać z autobusu lub pociągu. Zabierało to strasznie dużo czasu,
ale zbyt częste korzystanie z uprzejmości szwagra stało się za bardzo krępujące. Poza
tym wielu klientów pytało czy samochód, którym przyjechał jest też wzięty w leasing.
Tłumaczenie, że to pożyczony byłoby kłopotliwe, więc najczęściej przytakiwał. Nie czuł
się wiarygodnie, namawiając ich do czegoś na co się sam nie zdecydował, chociaż
powinien.
Po jakimś czasie, dzięki kontaktom Waldka, a trochę też swoim, które powoli
zdobywał, coraz więcej czasu poświęcał na pracę dla „Financial Brokers”. Własne
kontakty Pawła to byli głównie drobni sklepikarze, których spotykał czasami w „Pawim
Oku”, gdzie przepijali nadwyżki gotówki. Niektórzy mieli dość odwagi żeby
zaryzykować ratalny zakup samochodu dostawczego. Każdy narzekał na słaby handel i
brak gotówki.
Prowizja zaczęła spływać na konto. Uczciwie oddawał Waldkowi działkę od
nagranych przez niego kontaktów. Obiecywana wymiana całego parku maszynowego na
razie nie dochodziła do skutku, ale i tak nie można było narzekać. Wkrótce dochody z
pracy dla Financial Brokers przewyższyły zarobki z handlu używaną odzieżą i Paweł
sugerował zamknięcie sklepiku, ale Maryla bała się.
Któregoś dnia po obiedzie, kiedy mieli chwilę czasu na rozmowę wyłuszczyła mu
swoje obiekcje.
– Swoje to swoje – mówiła – zrobisz coś nie tak jak trzeba, wyleją cię i zostaniemy
na lodzie.
– Jakie swoje? Przecież wynajmujemy ten sklep, a większość towaru i tak mamy
„na krechę” – zaprotestował.
– To i tak pewniejsze jak ta twoja firma. Jedna wpadka i lecisz na bruk. Nikt nie
będzie się z tobą cackał. Sam mówiłeś.
43
4
– Co ty gadasz?! – zaperzył się Paweł – mam wszystko w małym palcu. Sprawdzam
klienta dokładnie i nic się nie może stać. Waldkowi też zależy, żeby wszystko było w
porządku.
– Waldek to mój brat, ale ja bym mu tak bardzo nie ufała. Znam go lepiej niż ty.
Nawet ta umowa między wami – on bierze jedną trzecią prowizji, ale podatek od całości
płacisz ty i w razie czego ponosisz całą odpowiedzialność.
– No niby tak, ale to i tak mi się opłaca – bronił się Paweł.
– Zobaczymy jak długo.
– Czego kraczesz?! Przecież idzie mi całkiem dobrze, nie mam wpadek, wszyscy
klienci są wypłacalni. Marcin mówi, że jak tak dalej pójdzie to będę w pierwszej piątce
naszego oddziału i załapię się na centralne szkolenie w jakimś ekskluzywnym ośrodku
wypoczynkowym. Z udziałem prezesów! Rozumiesz co to znaczy!?
– Nie wiem co cię tak podnieca? Prezes to też człowiek. – Wzruszyła ramionami.
– Człowiek, który może cię wynieść na szczyt, a tam jest kasa!
– Takiego szaraczka jak ty? Tyle lat żyłeś bez kasy i też było dobrze.
– O co ci do cholery chodzi?! Najpierw się czepiasz, że nic nie robię, całe dnie
zawracasz mi dupę swoim wspaniałym bratem, a jak się wziąłem do pracy i mam
możliwość zarobić to ci teraz nie pasuje! Za mało zarabiam? – Paweł zaczął chodzić
nerwowo po kuchni.
– Nie za mało, ale całe dnie cię nie ma w domu. Dzieci niedługo zapomną jak
wyglądasz.
– To jak mam, według ciebie, zdobywać klientów?
– Nie wiem jak, ale wolałabym żebyś więcej przebywał w domu.
– Jezu!! Będę, jak uda mi się załatwić duży, albo raczej bardzo duży kontrakt.
Zarobię wtedy tyle, że będę mógł siedzieć w domu, a na razie muszę ganiać i trzymać się
Waldka. Rozumiesz to?! – prawie krzyczał.
– Nie rozumiem, ale nie chce mi się już o tym dyskutować – z lodowatym spokojem
zakończyła rozmowę Maryla. Wzięła z półki czasopismo dla kobiet i zaczęła je
ostentacyjnie przeglądać. Ostatnio, dzięki pracy Pawła pozwalała sobie na kupowanie
dużych ilości drogich, kolorowych miesięczników.
– No jasne! Najlepiej wsadzić nos w gazetę i mieć wszystko gdzieś! – zdenerwował
się.
– A co się nagle taki przejmujący zrobiłeś!? Rób co chcesz i daj mi spokój!
44
4
Takie dyskusje odbywały się między nimi coraz częściej. Marylę cieszyła ich lepsza
sytuacja finansowa, ale zaczynała odczuwać brak męża w domu. Paweł doskonale czuł
się w nowej roli i praca zabierała mu praktycznie cały dzień. Żył trochę jak w transie,
planując kolejne spotkania, przygotowując się do nich i spotykając się z klientami. Lubił
te spotkania. Uwierzył w to, że niesie kaganek oświaty ekonomicznej i wyciąga do tych
wszystkich ludzi pomocną dłoń. Jak nigdy, czuł się na spotkaniach rozluźniony i pewny
siebie. To działało. Klienci niemal jedli mu z ręki.
Kilka razy złapał się na tym, że próbuje wciskać większe kontrakty. Starał się z
tym walczyć. Jednak zdarzało się, że klient, który spotykał się z nim z zamiarem
omówienia możliwości leasingu małego dostawczego auta, pod wpływem perswazji
decydował się na dużego, o wiele droższego busa.
Paweł zauważył, że im dalej od domu, tym łatwiej decyduje się na argumentację na
granicy uczciwości. Jakiś atawizm. Dobrze pamiętał co mówił dyrektor Kotas o
właściwej ocenie możliwości finansowych klienta, ale pokusa zarobienia większej
prowizji była silna.
Jeździł teraz często do Gdańska. Nie musiał wprawdzie, tak jak na początku,
bywać dwa, trzy razy w oddziale zanim udało mu się poprawnie przygotować umowę,
ale miał wielu klientów i musiał wozić papiery kilka razy w miesiącu. Marcin Król był
zadowolony. Jego grupa zawsze była najlepsza w oddziale, ale teraz, między innymi
dzięki pracy Pawła, bardzo wyraźnie dystansowała pozostałe unity. Agata mówiła w
zaufaniu, że prawdopodobnie Marcin awansuje na dyrektora nowego oddziału, który
miał niedługo powstać w Bydgoszczy albo w Toruniu.
Co miesiąc w firmowym biuletynie publikowano rankingi, w których grupa
Marcina Króla wypadała bardzo dobrze. Oddział jako całość plasował się w środku
tabeli, co było przyczyną zgryzoty dyrektora Kotasa.
Nie lubił Trójmiasta. Pochodził z Warszawy i planował szybki powrót do stolicy na
jakieś intratne stanowisko w centrali. Nie krył się z tym, wprost przeciwnie – traktował
swoje ambicje jako wzór do naśladowania dla podwładnych. Często na zebraniach
managerów grup podkreślał jak ważna jest tego typu motywacja. To była jedna z jego
metod nakłaniania ludzi do lepszej pracy. Jedna, ale nie jedyna. Lubił rozmawiać z
każdym z agentów. Pawła też kiedyś zaprosił do swego gabinetu na dłuższą pogawędkę.
Wyczuwał w nim tę odrobinę szaleństwa, niezbędną do osiągnięcia czegoś większego.
Szaleństwa, które sam w sobie nosił. Przesiadywał w biurze od wczesnego ranka do
45
4
późnego wieczora, wlewając w siebie litry kawy dla podtrzymania nieustannego napięcia.
W nielicznych chwilach spokoju, kiedy nie działo się nic ważnego wpadał w panikę.
Wpatrywał się wtedy w ekran komputera. To go jakoś uspokajało.
Paweł był pod wrażeniem szefa, roztaczającego przed nim szalone perspektywy.
Nie raziła go nawet przesadna skłonność Kotasa do wtrącania angielskich zwrotów.
Często słyszał z jego ust zwrot „Think big”. Marcin wyjaśnił mu, że szef chce w ten
sposób zachęcić go do myślenia perspektywicznego i szerokiego.
Do tego nie trzeba go było namawiać. Myślał perspektywicznie aż do przesady.
Często kłócili się z Marylą, bo kiedy on myślał o tym co będzie za rok albo dwa i starał
się do tych przewidywań dopasować swoje aktualne działania, ona myślała najwyżej o
tym co będzie za kilka dni albo tygodni. Na ogół realizowali jej program na życie. Paweł
był za leniwy, żeby forsować swoje pomysły.
Tak było do tej pory. Teraz jakaś silna, wewnętrzna energia pchała go do
działania.
Lato minęło nie wiadomo kiedy i zaczęła się deszczowa jesień. Paweł coraz
częściej z niepokojem spoglądał na swój rower i na zachmurzone niebo.
13.
Wreszcie Waldek przyniósł od dawna oczekiwaną wiadomość, że jeden z jego
licznych znajomych w branży tekstylnej zamierza kupić trochę nowych maszyn
szwalniczych. Szczegóły miały być znane w ciągu kilku dni, ale szwagier oceniał, że
zamówienie może przekroczyć dwieście tysięcy złotych. Szykowała się niezła prowizja,
chociaż Waldek kręcił nosem i twierdził, że to cały czas nie jest to.
Marcin i dyrektor Kotas byli zdania, że to jest to. Nie żałowali Pawłowi pochwał i
wyrazów uznania. Przy każdej bytności w oddziale był zapraszany na pogawędkę do
gabinetu za lustrzanymi drzwiami. Dyrektor widział w nim same pozytywy. No może
poza jednym – kilkakrotnie delikatnie zasugerował Pawłowi zmianę starej aktówki, która
pamiętała jeszcze szkolne lata, na coś bardziej na czasie. Ale poza tym rozpływał się nad
wspaniale dobranym krawatem, wypielęgnowanymi dłońmi i nowymi butami.
Profesjonalizm Pawła nie podlegał dyskusji. Taka ilość podpisanych kontraktów to był
po prostu fenomen. Paweł często czuł się zakłopotany tym wodospadem pochwał.
46
4
Waldek nieoficjalnie przedstawił w jego imieniu ofertę Financial Brokers, która
została przyjęta. Na rozmowy o konkretach musiał pojechać osobiście. Na szczęście
Maryla wreszcie dała się przekonać i zgodziła się na „wyleasingowanie” samochodu.
Wybrali średnio drogie kombi – opla astrę, aby można było wykorzystywać je też dla
potrzeb sklepu. Ich decyzja została przyjęta entuzjastycznie przez dyrektora Kotasa,
który słusznie przypuszczał, że w ten sposób Paweł – rokujący wielkie nadzieje agent –
związał się z firmą jeszcze bardziej.
Ponieważ po raz pierwszy miał finalizować tak duży kontrakt, staranniej niż
zwykle zapoznał się z dokumentacją klienta. Zakład mieścił się w Elblągu. Na jego
wyczucie i dotychczasowe niewielkie doświadczenie, firma „Krawiectwo konfekcyjne –
Franciszek Bieniek” była dostatecznie wiarygodna. Bieniek pokazał mu faktury na zakup
tkanin i wystawione przez siebie rachunki dla odbiorców. W ciągu trzech lat jego firma
potroiła obroty. Sam właściciel był dystyngowanym, kulturalnym mężczyzną około
pięćdziesiątki. Wysławiał się bardzo starannie i tak samo ubierał. Paweł mimowolnie
naśladował go w czasie rozmowy. Było coś imponującego w tej postaci.
Na wyraźne żądanie dyrektora Kotasa, zapoznał z całą dokumentacją Marcina
Króla i miał współpracować z nim w trakcie załatwiania kontraktu. W rozmowie z
Marcinem dowiedział się, że to była normalna praktyka. Nowicjusz, nawet tak
obiecujący jak Paweł, większe kontrakty musiał podpisywać z kierownikiem grupy, a co
za tym idzie oddać mu połowę swojej prowizji.
– Tego nie było w umowie – protestował Paweł.
– To jest wprawdzie prawo niepisane, ale do tej pory przez wszystkich
respektowane. Kontrakt jest duży i ryzyko jest większe. Rzeczywiście musisz oddać mi
połowę prowizji, ale przenosisz też na mnie połowę odpowiedzialności. To chyba
uczciwe? – przekonywał go Marcin.
– No niezupełnie – zaprzeczył.
– Dlaczego? – zapytał Marcin i wzruszył ramionami. Odbywał takie rozmowy wiele
razy. Zawsze prowadziły do tego samego. Prawie każdy nowicjusz, który sprzedał kilka
kontraktów od razu czuł się panem świata i nie przyjmował do wiadomości, że wszystko
w firmie nie kręci się wokół niego.
– Dlatego, że praktycznie to ja wykonuję całą pracę. Znalazłem klienta,
prześwietliłem go na wszystkie strony, pojechałem kilka razy obejrzeć jego firmę i
papiery. To wszystko kosztuje. A teraz mam za twój jeden podpis oddać połowę
47
4
prowizji? – Paweł starał się mówić spokojnie. W tej całej sytuacji najbardziej drażniło go
to, że znowu będzie musiał się tłumaczyć Maryli.
– Po pierwsze – nie za jeden podpis, bo ja przeprowadzę dokładną, profesjonalną
analizę tej firmy. Po drugie – ja tego nie wymyśliłem. Jak chcesz to idź do Kotasa i
dyskutuj. Na twoim miejscu dałbym sobie jednak spokój. To on wymyślił ten układ, a
ponieważ jest do swoich pomysłów bardzo przywiązany, to nie lubi jak ktoś je
kwestionuje. You understand?
– Nie rozumiem.
– Pytam czy rozumiesz.
– A! Rozumiem, rozumiem. No trudno – zrezygnowanym głosem powiedział
Paweł. Teraz dotarło do niego jasno dlaczego na szkoleniach radzono im nie planować
wydatków dopóki prowizja nie spłynie na konto. Zastanawiał się co powiedzieć
Waldkowi.
Wieczorem, leżąc w łóżku, opowiedział o wszystkim Maryli. Jej uwagi były
przytłaczająco logiczne.
– Połowa prowizji dla Marcina, jedna trzecia dla Waldka. Dla ciebie zostaje mniej
niż siedemnaście procent – obliczyła szybko w pamięci. Zawsze miała łatwość do
cyferek.
– Na to wygląda – odburknął ponuro Paweł.
– Ale ty wykonujesz prawie całą pracę. Niezły interes! – ironizowała.
– Na razie jestem za cienki żeby to przeskoczyć – zamruczał i odwrócił się do niej
plecami. Nie chciało mu się dyskutować. Dla niej wszystko było takie proste – czarne
albo białe. Ale dla niego nie. Musiał się liczyć z układami w firmie. Marcin bez przerwy
gadał o konieczności pozostawania w dobrych stosunkach z Kotasem. Ze współpracy z
Waldkiem też nie chciał zrezygnować. Według niego dawała wymierne korzyści.
– Ciekawe czy raty za nasz samochód też tak podzielicie? – rzuciła Maryla i zgasiła
światło.
– Chyba zacznę się uczyć angielskiego – mruknął bez związku Paweł.
Zasypiając pomyślał jeszcze, że to wszystko i tak jest zaplanowane bez jego
udziału. Nie ma sensu kombinować. Co ma być to i tak będzie. No, bo niby dlaczego
bez problemu przyjęli go do Financial Brokers i od razu tak dobrze mu idzie. Po prostu
przeznaczenie.
48
4
14.
Rozmowy z Franciszkiem Bieńkiem toczyły się powoli. Najpierw Marcin Król i
Paweł wydobywali z przedsiębiorcy wszystkie dane dotyczące firmy oraz stosowne
zaświadczenia, których domagał się „Financial Brokers”. Potem przeszli do wyboru
producenta maszyn szwalniczych – Bieniek chciał to zrobić osobiście. Ponieważ szwalnia
wymieniała na nowsze kilkanaście maszyn, więc szukał kontrahenta, który da mu
najlepsze warunki zakupu. To musiało trochę potrwać.
Co do tego, że transakcja w ogóle dojdzie do skutku Paweł nie miał wątpliwości.
Wskazywała na to olbrzymia energia, z jaką Bieniek prowadził rozmowy z nim i z
dostawcami maszyn.
To było coś nowego. Klienci, których do tej pory obsługiwał, przyjmowali warunki
finansowe „Financial Brokers” raczej bez komentarzy i starali się coś zyskać na dostawcy
urządzenia albo pojazdu. Teraz facet, który wiedział, że jest dobrym klientem, targował
się o każdy najdrobniejszy szczegół. Co parę dni był bliski rezygnacji z usług Pawła.
Potem zmieniał zdanie. Te targi zabierały mnóstwo czasu. Paweł nie miał pełnomocnictw
do zmiany warunków umowy i musiał bardzo często konsultować się z Marcinem
Królem, albo nawet dyrektorem Kotasem. Tracił masę czasu na telefony i jeżdżenie
pomiędzy domem, Gdańskiem i Elblągiem. Pomimo tego sprawa cały czas posuwała się
naprzód. Około połowy grudnia wszystko wydawało się być gotowe. Transakcja
nabierała cech realności.
Tymczasem, do gdańskiego oddziału „Financial Brokers” nadeszło z Warszawy
zaproszenie na trzydniowe szkolenie dla najlepszych agentów i managerów grup. Miało
się odbywać w ośrodku wypoczynkowym nad Zalewem Zegrzyńskim, pomiędzy
świętami i Nowym Rokiem. Swój udział zapowiedzieli wiceprezes do spraw rozwoju,
dyrektor działu Szkolenia oraz kilku innych przedstawicieli centrali.
Dyrektor Kotas niespodziewanie zakomunikował, że szkolenie jest nagrodą za
całoroczną, bardzo dobrą pracę dla firmy. W związku z tym na wyjazd wytypował
dwóch managerów grup, w tym Marcina Króla oraz dwóch najlepszych agentów.
Jednym z wybranych został Paweł. Dyrektor wezwał go specjalnie do siebie, aby
osobiście poinformować o tym. Na początek zaproponował przejście na ty, bo jak mówił
– szanuje profesjonalizm i właściwą postawę Pawła oraz ma nadzieję na długą
współpracę z kimś tak uzdolnionym. Na nieśmiałą obiekcję Pawła, że nie pracuje jeszcze
49
5
cały rok – termin szkolenia mu nie odpowiadał – Kotas odpowiedział tonem nie
znoszącym sprzeciwu:
– To nie ma nic do rzeczy. O tym, kto pracował najlepiej cały rok decyduje
wysokość obrotów osiągniętych przez oddział, dzięki pracy agenta oraz dużo warunków
poza finansowych. To oznacza, że praktycznie to ja decyduję o tym kogo wyróżnić.
Dobrze by było gdybyś to sobie wziął do serca – powiedział z naciskiem.
– Postaram się – odpowiedział Paweł uśmiechając się niepewnie. Sam nie wiedział
co myśleć. Wszystko wskazywało, że w tej firmie nie wystarczy być dobrym sprzedawcą,
nie mieć wpadek i wrota kariery stoją otworem. Cały czas Marcin delikatnie, a teraz
Kotas całkiem wyraźnie dawali mu do zrozumienia, że można się zajeździć na śmierć i
nie mieć żadnych szans, bez spełnienia jakichś enigmatycznych warunków poza
finansowych. Tymczasem najważniejszym bodźcem, który mobilizował Pawła do pracy
było to jedno słowo, które znalazło się w ogłoszeniu o pracy dla Financial Brokers –
prestiż. Podlizywanie się jakoś nie licowało z tym. Większość pracowników oddziału
przyswoiła sobie jednak zasady ustalone przez Kotasa. Paweł zauważył, że korytarz był
pod ciągłą obserwacją. Z pokojów managerów pilnie obserwowano kto wchodzi do
gabinetu dyrektora, jak długo tam siedzi i z jaką miną wychodzi. Kiedy przychodził faks
z Warszawy, atmosfera robiła się wyjątkowo napięta. Faks zawierał dane klientów,
którzy przeczytali ogłoszenie w prasie i skontaktowali się z centralą, ale mieli firmy albo
mieszkali w rejonie działania oddziału gdańskiego. To nie były nigdy duże kontrakty.
Takich ludzie z centrali nie wypuszczali bez załatwienia. Dla Kotasa i jego ekipy
zostawały mniejsze zlecenia, dla których nie warto było ruszać się ze stolicy. Mimo
wszystko były to pieniądze podane jak na tacy.
Paweł nie myślał o tym. Na razie wystarczała mu możliwość chodzenia w
garniturze na co dzień i obracania dużymi pieniędzmi, przynajmniej na papierze. Miał też
samochód, którego nie musiał się wstydzić. Cały czas jednak nie zapominał, że celem jest
gabinet, limuzyna i ekstra babka w sekretariacie. Wypowiedź dyrektora uzmysłowiła mu
jasno, że w drodze do celu trzeba będzie pokonać przeszkody, których istnienia nie
spodziewał się.
– Rozumiem, że spełniam też warunki poza finansowe, których nie znam? –
zauważył ostrożnie.
– Oczywiście! Bez tego nie miałbyś szans na ten wyjazd. Nie musisz znać tych
warunków. Wystarczy, że ja je znam, a ty je spełniasz. Po prostu działaj tak jak do tej
50
5
pory i nie przejmuj się za bardzo. Wiesz dlaczego niektórzy zajmują w firmie wysokie
stanowiska, a inni nigdy nie wzniosą się ponad wykonywanie podstawowych zajęć
agenta?
– Nie.
– Ponieważ ci, którzy są wyżej, mają intuicję i umiejętność wyciągania logicznych
wniosków z pozornie nieistotnych szczegółów. To jest przyczyna ich sukcesu. Ja też
należę do tej grupy, więc zaufaj mi i pamiętaj, że wszystko co robię ma na celu dobro
firmy, oddziału, a kiedy wybieram ciebie – także twoje.
– Bardzo dziękuję – odpowiedział Paweł. Nic innego nie przyszło mu do głowy.
– Nie ma sprawy, baw się dobrze. Ja też pewnie wpadnę tam na parę godzin. Mam
przecieki, że sam prezes ma być na kolacji pierwszego dnia – szef uśmiechnął się
znacząco.
Paweł wyszedł z gabinetu Kotasa bardzo podbudowany. Jego próżność mile
połechtały uwagi dyrektora. Agata uśmiechała się sympatycznie zza swojego biurka.
– Wyglądasz jakbyś wygrał milion w Lotto. Co tam dostałeś? – zapytała.
– Darmowy bilet do Warszawy.
– No, niezupełnie darmowy. Zdecydowałeś się na to szkolenie? – zapytała
domyślnie.
– Tak, a co?
– Bądź uprzejmy wpłacić mi pięćset złotych.
– Za co? – zapytał zdziwiony.
– Szkolenie kosztuje pięćset złotych. Dojazd we własnym zakresie. Możesz zabrać
się z Marcinem jego samochodem. O ile, co jest bardzo prawdopodobne, nie będzie
wiózł jakiejś panienki.
Broda Pawła znalazła się na wysokości kolan. Tego się nie spodziewał. Sądził, że
firma funduje wszystkim ten wyjazd. Pięćset złotych to nie była dla niego kwota
astronomiczna, ale pomimo niezłych zarobków stanowiła pewien problem. Tym bardziej,
że na tym wydatki związane z wyjazdem się nie kończyły. Musiał jeszcze dojechać do
Warszawy i kupić sobie parę rzeczy niezbędnych w hotelu. W domu mógł spać w
gaciach i podkoszulku, ale w hotelu to nie wchodziło w rachubę. Chociażby dlatego, że
pokoje miały być dwuosobowe.
Tymczasem budżet domowy coraz bardziej opierał się na jego prowizji. Po
krótkim okresie jesiennej prosperity, sklep znowu szedł marnie. Szmateks to nie miejsce
51
5
gdzie kupuje się prezenty gwiazdkowe. Odwiedzało ich tak mało klientów, że w
zimniejsze dni Maryla w ogóle nie chodziła handlować. Paweł był pewien, że uzna
wyjazd na to szkolenie za jakąś niepotrzebną fanaberię.
– Ja też jadę – Agata przerwała mu rozmyślania.
– Tak?! To ekstra! – ucieszył się. Mimowolnie spuścił wzrok na jej piersi. Agata
lekko zaczerwieniła się.
– Nie wyobrażaj sobie za dużo! – rzuciła z uśmiechem. Telefon na biurku
zadzwonił. Kotas prosił ją do siebie.
15.
Tak jak przewidywał, Maryla miała wiele obiekcji co do tego wyjazdu. Termin
uznała, zresztą słusznie, za beznadziejny. Koszt, którzy musieli ponieść też nie nastrajał
jej optymistycznie. Paweł musiał wytoczyć cały arsenał argumentów aby przekonać ją, że
korzyści płynące z jego udziału w szkoleniu zrekompensują wszystkie związane z tym
niedogodności. Udało mu się doprowadzić do tego, że nie negowała już sensu samego
wyjazdu.
W tamtą stronę miał się zabrać z Marcinem Królem. Z powrotem musiał wracać
pociągiem. Jak słusznie przewidziała Agata, Marcin postanowił upiec kilka pieczeni na
jednym ogniu. Zamierzał spędzić w Warszawie Sylwestra, w towarzystwie swojej
dziewczyny, którą zabierał z sobą.
Święta upłynęły – jak zwykle – w nudnej atmosferze domu rodziców Maryli. Jedli,
te same co w poprzednich latach, niewyszukane potrawy, które teściowa – jak co roku –
przygotowała w gargantuicznych ilościach. W tym domu nie celebrowano tradycji zbyt
dosłownie. Dań nie było dwanaście ani trzynaście, tylko cztery. Dodatkowe, puste
nakrycie teściowa ustawiła dopiero w połowie wieczerzy wigilijnej. Wcześniej jakoś nikt
nie pomyślał. Za to dzieci miały w tym roku, dzięki wyższym dochodom rodziny,
wyjątkowo szczodrego Mikołaja. Bawiły się świetnie. Waldek i Maryla nie mogli się
nagadać, jakby nie widzieli się nie wiadomo ile lat. Może dlatego, że przestała czuć się
przy nim jak żebraczka i swobodniej wyrażała swoją opinię na wiele tematów.
Tylko gospodarz był niezadowolony, ponieważ Paweł – wyjątkowo – nie zamierzał
towarzyszyć mu w doprowadzeniu się do stanu nirwany – jak to bywało w poprzednich
52
5
latach. Chciał być w formie na wyjazd, a poza tym, upijanie się na umór z teściem
przestało go jakoś bawić. Posmakował kolejnego wynalazku domowej roboty i tyle.
Podczas drogi powrotnej do domu, Maryla przytulała się do niego jak za narzeczeńskich
czasów. Była szczęśliwa. Dzieci zostały na noc u rodziców i zamierzały bawić się
nowymi zabawkami, a potem pójść z dziadkami na Pasterkę. Mieli całą noc i cały dom
dla siebie. Maryla była dziwnie podniecona. Cały wieczór patrzyła na Pawła jak na
kogoś, kogo wcześniej nie znała. Kogoś bliskiego jej wymarzonego ideału mężczyzny. Z
podziwem obserwowała jak delikatnie, ale stanowczo i przy tym bardzo sprytnie unikał
wypijania alkoholu przy okazji kolejnych toastów wznoszonych przez ojca. Po raz
pierwszy od kilku lat, na takiej imprezie poczuła się absolutnie rozluźniona i przestała
kontrolować ilość wódki w butelkach i nasłuchiwać czy Paweł jeszcze mówi czy już
bełkocze. Poza tym rozmawiał teraz jakoś inaczej. Mówił całymi zdaniami i unikał
używania wulgaryzmów. Nie zdawała sobie z tego sprawy dopóki nie przysłuchała się
rozmowie Pawła z Waldkiem i z ojcem. Tamci co chwila wrzucali do rozmowy jakieś
„kuźwa” czy „ w dupę”, a poza tym mówili „se” i „zara”. Wypowiedzi Pawła brzmiały na
tym tle niemal jak wykłady profesora Miodka. Podziwiała go za to i trochę się bała tego
nowego wcielenia. Wiedziała, że musi się dostosować do jego poziomu, żeby któregoś
dnia nie dostać telefonu od „życzliwego”, który poinformuje ją, że Pawła widziano w
niedwuznacznej sytuacji z jakąś elegancką babką. Póki co jeszcze cały czas miała na
niego cały arsenał środków. Kilka z nich wykorzystała tego wieczoru. Aż do
całkowitego wyczerpania.
W drugi dzień Świąt Paweł poszedł wcześniej spać, spakowawszy uprzednio
pokaźnych rozmiarów neseser, który kupił specjalnie na ten wyjazd.
****
Marcin podjechał po niego punktualnie o ósmej rano. Umówili się na dworcu
kolejowym. Paweł wstydził się trochę mizernego wyglądu swego domku. Obiecał sobie
na wiosnę wyremontować tynki i ogrodzenie. O ile wszystko będzie szło tak dobrze jak
do tej pory.
Znajoma Marcina – przedstawiła się jako Elżbieta – była bardzo ładna. Samochód –
duży i wygodny. Podróż mijała im błyskawicznie na rozmowach. Okazało się, że Elżbieta
pracuje w firmie turystycznej i od połowy kwietnia do połowy października pracuje i
mieszka na Krecie. Opowiadała dużo i barwnie o tej wyspie i zwyczajach jej
mieszkańców. Trochę się pośmiali, gdy opisywała zabawne zdarzenia, z którymi miała
53
5
do czynienia w pracy. Według Elżbiety polscy turyści mieli prawdziwy talent do
zaplątywania się w dziwne sytuacje.
Późnym popołudniem dotarli nad Zalew Zegrzyński. Szkolenie odbywało się w
jednym z elegantszych ośrodków wypoczynkowych. Kiedyś dla górników czy
nauczycieli, a obecnie, po przeprowadzeniu generalnego remontu, wynajmowanym
firmom na szkolenia. Paweł po raz pierwszy miał okazję być w niezłym pensjonacie. W
związku z tym jego poczucie własnej wartości mocno wzrosło. Poza tym wszyscy byli
elegancko ubrani, pachnieli drogimi perfumami i wodami toaletowymi. Czuł się
doskonale.
Pokój dzielił z jednym z managerów z Warszawy. Gruby, brodaty facet, ubrany w
niemodny, przyciasny garnitur, zaraz po wejściu do pokoju rzucił neseser do szafy,
zaproponował Pawłowi przejście na ty i natychmiastowe udanie się do baru na piwo. Tak
też uczynili.
Manager miał na imię Janusz. Paweł z pewnym zdziwieniem i podziwem
przyglądał się, jak milcząc pochłania w ekspresowym tempie dwa półlitrowe piwa.
Odezwał się dopiero po zamówieniu trzeciego:
– No! Nareszcie człowiek trochę odpocznie. Powinni urządzać te szkolenia
częściej. – Uśmiechnął się zadowolony.
– Ja jestem po raz pierwszy na czymś takim – powiedział Paweł.
– To pewnie niedługo pracujesz dla firmy?- zapytał Janusz.
– Pół roku.
– Ja prawie od początku, to znaczy jakieś cztery lata. Cześć! – zawołał do
przechodzącej grupki osób. Zerwał się z fotela i podszedł do nich. Znał wszystkich.
Witali się hałaśliwie, wymieniając dowcipne uwagi na temat swego wyglądu. Przedstawił
Pawła, który skrępowany podawał dosyć niezdarnie rękę.
Przez chwilę Paweł przysłuchiwał się rozmowie nowych znajomych, którzy
przybyli z różnych miejsc w Polsce, gdy dostrzegł Agatę, zmierzającą do recepcji. Była
ubrana w dżinsy i t-shirta. Wyróżniała się na tle wyelegantowanej reszty. Taszczyła spory
plecak. Paweł przeprosił towarzystwo i podszedł do niej. Kątem oka zauważył,
wchodzącego do ośrodka, dyrektora Kotasa.
– Witaj. Może pomogę ci z tym plecakiem? Nie zimno ci tak? – zapytał spoglądając
na jej lekki strój.
54
5
– Ja jestem bardzo gorąca – zamruczała niskim głosem i uśmiechnęła się
dwuznacznie.
– Przyjechałaś z szefem?
– Tak. Rozmawia tam z Jasińskim. – Wskazała głową.
– Aha! A kto to jest Jasiński?
– Dyrektor Działu Rozwoju. Widzisz jak szef się do niego łasi? Patrz i ucz się! Bez
podpisu tego faceta nikt nie może być w naszej firmie awansowany – wyszeptała i
uśmiechnęła się promiennie.
Paweł mimowolnie podążył za jej wzrokiem i napotkał spojrzenie Jasińskiego –
wysokiego mężczyzny około czterdziestki, wyróżniającego się, wśród otaczających go
rozmówców wzrostem i wysportowaną sylwetką. Ciemny garnitur w niemal niewidoczne
prążki opinał dosyć ciasno jego umięśnione ramiona. Paweł skonstatował, że dyrektor
Jasiński wygląda jeszcze bardziej elegancko niż Marcin, który do tej pory był dla niego
wzorem do naśladowania. Machinalnie skinął głową. Jasiński uśmiechnął się i zbliżył się
do nich. Kotas przydreptał za nim.
– Pozwól, że ci przedstawię jednego z moich najlepszych agentów. Pan Paweł
Filipowski. Ma doskonałe wyniki sprzedaży. Moja szkoła! – dyrektor nie omieszkał
wykorzystać sytuacji do pochwalenia się. Paweł podał rękę Jasińskiemu i zarejestrował,
że Kotas jest z nim na ty. Jasiński miał na imię Jerzy. Popatrzył na Pawła otwartym,
przyjaznym wzrokiem.
– Gratuluję panu. Mam nadzieję, że zechce pan sprzedać nam kilka swoich
pomysłów na zdobywanie klientów. O ile wiem, na jutro po południu przewidziano coś
w rodzaju giełdy najskuteczniejszych sposobów sprzedaży naszych usług – odezwał się
niskim głosem.
– Oczywiście – odpowiedział Paweł ze ściśniętym tremą gardłem, zastanawiając się
jednocześnie jak się z tego wykręcić, bo przecież jego najlepszym sposobem był
szwagier.
– Dyrektor Kotas opowiadał mi o panu dużo dobrego. Chętnie zamieniłbym z
panem kilka słów wieczorem.
Jasiński skinął głową i podszedł do stojącej obok grupki osób. Paweł odwrócił się
w jego kierunku i przyglądał się, rejestrując każdy gest i grymas twarzy. Był pod
ogromnym wrażeniem. Pewnie podreptałby za nim, tak jak Kotas, gdyby nie Agata,
która poklepała go delikatnie po plecach i zapytała ironicznie:
55
5
– Zdawało mi się, czy chciałeś mi pomóc z plecakiem?
– E…no jasne! W którym pokoju mieszkasz? – Paweł odwrócił się do niej,
nonszalancko złapał plecak i aż stęknął. Ważył chyba ze dwadzieścia kilo.
– Mieszkamy z szefem obok siebie, na drugim piętrze – odpowiedziała Agata.
Podeszli do windy, która zjeżdżała z samej góry, więc trzeba było chwilę
poczekać. Paweł dyskretnie taksował wzrokiem zgrabną figurę Agaty.
– A właściwie to dlaczego tu jesteś? – zapytał dosyć obcesowo.
– Szef chce żebym była pod ręką, gdyby trzeba było coś notować.
– Naprawdę? – zdziwił się. Nie rozumiał co Kotas mógłby notować na szkoleniu
dla agentów.
Drzwi od windy otworzyły się. Wjeżdżali na górę w milczeniu. Długim
korytarzem, wyłożonym grubym, tłumiącym kroki chodnikiem, dotarli do pokoju Agaty.
– Dziękuję za pomoc – powiedziała otwierając kluczem drzwi. – Nie wiesz, o której
zaczyna się szkolenie?
Paweł postawił plecak koło łóżka i spojrzał na zegarek.
– Za pół godziny – odpowiedział.
– To jeszcze zdążę wziąć prysznic. Do zobaczenia na dole – powiedziała, kładąc
dłoń na klamce.
– No na razie. – Paweł wyszedł na korytarz i powoli zamknął za sobą drzwi.
Pokręcił głową z podziwem. Agata podobała mu się coraz bardziej. Nie myślał teraz o
domu i o Maryli. Teraz był w całkiem innym świecie. Wielkim świecie. Tak mu się
przynajmniej zdawało.
16.
Waldek jechał do Łodzi. Był zły. Miał dosyć tej niepewności. Przekroczył
czterdziestkę i potrzebował w życiu trochę stabilizacji. Tymczasem nie zanosiło się na to.
Nie miał żadnych zleceń i gdyby nie święta, musiałby posłać kobiety na bezpłatny urlop.
Do tego wszystkiego nadchodził najgorszy okres w roku. Po świątecznym szaleństwie,
ruch w handlu zamierał na trzy miesiące i trzeba był jakoś przeczekać.
Problem w tym, że nie bardzo było za co. W lecie poszaleli z Teresą. Wakacje w
Tunezji i wyprawa na zakupy do Wiednia pochłonęły wszystkie oszczędności.
Nie mógł odmówić Teresie. Ostatnio była konsekwentna do bólu. Potrzebowała
nowych ubrań i drogich kosmetyków. Za każdą wspólną noc musiał jej jakoś odpłacić,
56
5
bo inaczej sugerowała, żeby sobie „zwalił kapucyna”. Usłyszała to określenie w jakimś
filmie i powtarzała, zaśmiewając się do łez. Nienawidził jej szczerze w takich chwilach.
Czasami,bardzo rzadko, zostawał na noc u Makowskiego i ten proponował, żeby
sobie zaprosili panienki z agencji, ale Waldek bał się. Nie chciał umrzeć na AIDS. Poza
tym nie czuł się dobrze, kiedy już dał się namówić. Dziewczyny za dużo się śmiały i były
zbyt swobodne, jak na jego gust. Wolał robić te rzeczy z Teresą. To były nieliczne
chwile, kiedy czuł, że panuje nad nią całkowicie. To uczucie dominacji, kiedy brał ją od
tyłu, było o wiele bardziej podniecające niż sam kontakt ciał.
Teraz jechał do Adriana Makowskiego zorientować się co się dzieje. Całą jesień
czekał na obiecaną przez niego dużą robotę, która już, już miała być. Nie brał od nikogo
zleceń, żeby się nie blokować i wreszcie został na lodzie. Miał nadzieję, że Makowski da
się przekonać i będzie chciał mu jakoś zrekompensować poniesione straty.
Do tego ten rupieć ledwo się toczył. Najwyższy czas zmienić auto na nowsze,
rozmyślał.
Makowski czekał na niego w domu. Jego szwalnia też stała bezczynnie, ale chyba
nie z braku zleceń. Mieszkanie zmieniło się nie do poznania. Skromne wyposażenia
znikło gdzieś i na jego miejscu stały drogie meble z litego drewna. Makowski przyjął go
ubrany w drogi szlafrok i pachnący ekskluzywną wodą toaletową. Wyraźnie zmienił się
od jakiegoś czasu. Z jego twarzy biła wielka pewność siebie i spokój. Waldek na razie
wolał nie pytać dlaczego. Od samych drzwi zaczął narzekać na zastój i brak pieniędzy.
– Rzeczywiście tak marnie stoisz? – zapytał Makowski. Wstał z kanapy i podszedł
do barku. Nalał w dwie szklanki whisky bez wody i podał jedną Waldkowi.
– Beznadziejnie! Całą jesień czekałem na to duże zlecenie, które mi obiecałeś i tak
na tym wyszedłem, że wegetuję tylko dzięki współpracy ze szwagrem.
Waldek pociągnął łyk alkoholu i skrzywił się. Nie lubił pić, a jeśli już to wolał coś
bardziej tradycyjnego.
– A co on robi? Ma szwalnię ? – zainteresował się nieszczerze Adrian.
– Nie. Pracuje dla firmy leasingowej. Namierzam mu klienta i dzielimy się prowizją.
Grosze, ale na razie dobre i to. A co u ciebie?
– Waldek wolał zmierzać do tematu
zlecenia.
– Cały czas toczą się rozmowy z Niemcami, ale to nie jest takie łatwe. Trzeba
jeszcze trochę poczekać. Potem będziemy spali na forsie.
57
5
– A teraz nie masz jakiejś roboty ? Jak czegoś nie wykombinuję, to będę miał
problem z utrzymaniem się na powierzchni. – Waldek czuł, że uchodzi z niego cała
energia.
– To aż tak źle z tobą?
Makowski, nie wiadomo dlaczego, uśmiechał się, jakby usłyszał niezły dowcip.
– Co ty robisz z pieniędzmi? Kobitki? – zaśmiał się obleśnie i sięgnął po papierosa.
– Tylko jedna i do tego żona.
– Co ty powiesz?
Makowski cały czas wyglądał jakby się nieźle bawił. Nagle spoważniał i nachylił się
do Waldka nad stołem. W jego oczach zapaliły się jakieś dziwne ogniki.
– Sam nie mam nic dla ciebie, ale mogę porozmawiać z jednym gościem o twoich
kłopotach. On szuka takich niewielkich firm na prowincji. Da ci zarobić i nie
przepracujesz się.
– Tylko ?… – Waldek zawiesił głos w oczekiwaniu, że Makowski wymieni jakieś
trudne do spełnienia warunki.
– Żadne tylko. Popatrz na mnie. Oficjalnie szwalnia idzie pełną parą, a naprawdę
stoi. Nie muszę się martwić o szwaczki, mechaników i maszyny. Mam pełno czasu dla
siebie. Dużo jeżdżę po świecie. Piękne prawda. Możesz mieć to samo. Jadę dzisiaj na
spotkanie z nim i porozmawiam o tobie. Będziesz zadowolony. Zresztą poczekaj – wziął
do ręki telefon – zaraz zadzwonię i jeśli jest u siebie, to podjedziemy do Pabianic.
Chwilę się namyślał nad czymś i odłożył słuchawkę.
– Muszę iść po notes. Nie pamiętam numeru.
Wyszedł do drugiego pokoju. Słychać było jego kroki, a potem wszystko ucichło.
Waldek szybko wstał i podszedł do dużego biurka stojącego pod oknem. Na rogu leżała
gromadka równo poukładanych dokumentów. Delikatnie przerzucał je nasłuchując czy
Makowski nie nadchodzi. Na wierzchu leżał wniosek do banku o przyznanie kredytu dla
szwalni Makowskiego. Trzysta tysięcy złotych na zakup maszyn. Dalej jakiś akt
notarialny. Usłyszał zbliżające się kroki i szybko wrócił na swoje miejsce na kanapie.
– Masz szczęście. Facet ma akurat trochę czasu i możemy podjechać – powiedział
wchodząc do salonu Makowski.
– Jak to? – Waldek spojrzał zdziwiony na telefon.
– Dzwoniłem z komórki. Zdunek jest u siebie w Pabianicach i czeka na nas. Nawet
się ucieszył, że interesujesz się współpracą.
58
5
Zaczął zawiązywać krawat i wciągnął marynarkę.
– No, możemy ruszać. Tylko jeszcze jedno. – Adrian Makowski spojrzał uważnie
na Waldka. – Facet ma obsesję na punkcie uczciwości i dyskrecji.
– Przecież mnie znasz. Prywatnie jestem uczciwy do obrzydliwości.
17.
Duża sala konferencyjna ośrodka, zastawiona kilkuosobowymi stołami, powoli się
zapełniała. Paweł stanął na progu i zastanawiał się gdzie zająć miejsce. W kącie sali
dostrzegł Marcina Króla, dyskutującego z Kotasem. Zaczął się do nich przeciskać,
mijając siedzących przy stołach ludzi. Nagle ktoś pociągnął go za rękaw marynarki.
Obejrzał się zaskoczony, żeby stwierdzić, że sprawcą był jego współlokator – Janusz.
– Siadaj z nami – zaproponował Janusz – tutaj będzie weselej.
– Nie wiem czy nie powinienem siedzieć koło swojego dyrektora. – Paweł
spoglądał na twarze siedzących przy stole, jakby oczekując odpowiedzi.
– Pieprzyć dyrektora! – Janusz był na lekkim rauszu. Odsunął stojące koło niego
krzesło. – Jeszcze ci się nie znudził?! Siadaj tutaj i nie przejmuj się tak! – powiedział
zdecydowanym tonem.
– No dobrze – skapitulował Paweł. Postanowił w czasie przerwy podejść do Kotasa
i jakoś się usprawiedliwić.
Po kilku minutach stwierdził, że niepotrzebnie dał się namówić. Janusz przestał
nim się interesować i zajął się konwersacją z mężczyzną siedzącym po drugiej stronie. Na
szczęście zaczęło się coś dziać. Na przodzie sali włączono rzutnik i pracownik działu
szkoleń, po krótkim powitaniu rozpoczął wykład. Paweł słuchał z zaciekawieniem. Nie
licząc wstępnych lekcji w oddziale, po raz pierwszy był na takim szkoleniu i
profesjonalnie przygotowany wykład robił na nim duże wrażenie. Prowadzący co chwila
wtrącał jakieś dowcipne uwagi, które wywoływały salwy śmiechu i rozbudzały salę.
Tak się skupił na wykładzie, że nawet nie zauważył kiedy Janusz otworzył pod
stołem butelkę wódki i nalał z niej w stojące na stole plastikowe kubki.
– Twoje zdrowie – zadysponował Janusz i wypił zawartość swojego kubka. Jego
sąsiad z drugiej strony zrobił to samo. Paweł machinalnie przechylił kubek i połknął
palący płyn.
– Nie interesuje cię to? – zwrócił się szeptem do Janusza.
59
6
– Coś ty ! Ja to wszystko już znam na pamięć. Słyszałem ten tekst parę razy.
Zresztą na koniec i tak dadzą nam materiały, w których wszystko będzie. Nalać ci
jeszcze ? – zapytał teatralnym szeptem.
– Nie, dziękuję.
Paweł zauważył, że Kotas go obserwuje, poza tym chciał wysłuchać wykładu do
końca, a po wypiciu następnego kubka wódki prawdopodobnie miałby kłopoty ze
skupieniem uwagi. I tak poczuł się senny. Od rana w podróży, sporo emocji i teraz
alkohol. Wszystko to razem działało usypiająco.
Po zaledwie dwóch godzinach szkolenie przerwano do następnego dnia i wszyscy
rozeszli się do pokojów, żeby odpocząć przed wczesną kolacją, do której zostało jeszcze
około godziny.
– Nie wiem jak ty, ale ja wskakuję pod prysznic – rzucił w pokoju Janusz i zaczął
się niezdarnie rozbierać – trzeba się trochę odświeżyć, bo jak znam życie nie zaśniemy
dziś szybko.
– Właściwie nie rozumiem jakie masz korzyści z takiego szkolenia. Wszystko znasz
na pamięć, a wódki można się napić w domu. Taniej wychodzi – zauważył Paweł, leżąc
na tapczanie.
– Po pierwsze – mam zamiar awansować. Żeby to zrobić muszę mieć poparcie
Jasińskiego. Dlatego od czasu do czasu muszę mu się przypomnieć, a tutaj dodatkowo
mogę się z nim napić. To bardzo zbliża. Po drugie – nie wiem jak ty, ale ja jestem
człowiekiem żonatym i w związku z tym picie wódki w domu odbywa się w takich
ilościach i w takim napięciu, że jestem silnie zestresowany. Muszę to odreagować. Po
trzecie – laski. Wymieniać dalej ?
– Wystarczy ! Wiem już wszystko.
– No to jesteś lepszy od Sokratesa. Idę brać tusz. Muszę się zrobić na bóstwo.
Ładne bóstwo. Ledwie się w drzwi mieści, pomyślał leniwie Paweł i zamknął oczy.
Był ciekawy czy uda mu się zdrzemnąć. Udało mu się od razu. Od dawna nie miał tak
wypełnionego dnia.
Janusz obudził go lekkim szarpnięciem za ramię.
– Budź się kolego ! Teraz twoja kolej.
Paweł usiadł na brzegu łóżka.
– Jaka kolej ? – zapytał nieprzytomnie.
60
6
– Żelazna ! Pod prysznic ! Za pół godziny kolacja. Chcesz wyglądać jak ostatnia
sierota? Żadna kobieta na ciebie nie spojrzy !
– Jaka kobieta ? – Paweł w dalszym ciągu nie mógł się dobudzić.
– Nie pytaj ! Sam zobaczysz jakie tu agentki przyjechały. Możesz wziąć mój
szampon. Dobrze robi na wypadanie włosów. Łysina jest teraz w dobrym tonie.
Paweł leniwie rozebrał się i wszedł pod prysznic. Już mu się nie chciało nigdzie
chodzić. Najchętniej spałby do samego rana.
Kąpiel go rozbudziła. Chwilę stał pod strumieniem lodowatej wody, zanim wyszedł
spod prysznica. Wycierając się, obejrzał z ciekawością zawartość kolorowej kosmetyczki
Janusza. Sam miał tylko zwykły, tani dezodorant i elektryczną maszynkę do golenia –
prezent gwiazdkowy od Maryli.
Początkowo wydawało mu się to jakieś niemęskie. Wożenie takiej ilości
kosmetyków i do tego w damskiej kosmetyczce w kwiatki. Potem pomyślał, że to jednak
dosyć praktyczne. Po kolei wyjmował i oglądał flakoniki. Wszystkie były z tej samej serii
. Nazwa nic mu nie mówiła, ale zapach był bardzo ciekawy, zresztą już wcześniej zwrócił
jego uwagę, bo Janusz polewał się bardzo intensywnie. Buteleczki miały dziwny kształt.
Pewnie drogie jak jasna cholera, pomyślał i delikatnie powkładał wszystko na
miejsce. Postanowił zapamiętać nazwę i po powrocie do domu kupić sobie takie same.
Dobre kosmetyki należały do jego programu, który charakteryzowało słowo prestiż.
Janusz zapukał w drzwi od łazienki.
– Nie utopiłeś się !? Wychodzę. Zająć ci miejsce przy stole ?
– Tak, tak. Zaraz do ciebie dołączę.
Paweł wyszedł szybko z łazienki, założył czystą koszulę, skarpetki, a po krótkim
namyśle zmienił także majtki. Kompletnie ubrany stanął przed lustrem i z przyjemnością
stwierdził, że wygląda nieźle. Maryla ganiała go po Gdańsku cały dzień, zanim wybrali
garnitur i krawat, które zadowoliły jej poczucie estetyki. Kosztowało go to masę
nerwów – nienawidził wprost robienia zakupów – ale teraz był zadowolony. Mógł bez
kompleksów wmieszać się w tłum tych wszystkich eleganckich i wypachnionych ludzi.
Na koniec, dla bezpieczeństwa zablokowawszy od środka drzwi wejściowe, delikatnie
spryskał się wodą kolońską Janusza.
Kolacja, a właściwie sądząc po ilości potraw i napojów – bankiet, zaczęła się
bardzo spokojnie i dostojnie. Po krótkich wypowiedziach organizatorów i zaproszonych
gości przystąpiono do konsumowania bogatego menu i słychać było tylko szmer rozmów
61
6
i szczękanie sztućców. Zespół muzyczny, zamówiony specjalnie na ten wieczór,
przygrywał spokojne kawałki.
Prezesa jednak nie było. Przesłał tylko pisemne pozdrowienia dla uczestników
szkolenia.
Po pewnym czasie atmosfera ożywiła się i parkiet zapełnił się pląsającymi parami.
Dzięki zbiegowi okoliczności Paweł siedział obok dyrektora Jasińskiego.
Janusz zajął mu miejsce przy swoim stole, ale gdy Paweł przechodził koło
dyrektora Działu Rozwoju, ten zaproponował aby usiadł przy nim. Wszystkie miejsca
obok zajmowali pracownicy centrali i z początku Paweł czuł się trochę spięty, jednak
kolejne toasty rozluźniły atmosferę. To byli zwykli ludzie, którzy przyjechali się trochę
rozerwać.
Kotas siedzący gdzieś niedaleko, ale przy innym stole, zgrzytał zębami, obserwując
jak rozmowa pomiędzy jego agentem i Jasińskim staje się coraz bardziej swobodna. Sam
nie potrafił nigdy tak się wyluzować żeby po prostu pogadać o byle czym. Nawet po
wypiciu kilku kieliszków, co zdarzało mu się niezwykle rzadko, nie lubił tracić nad sobą
kontroli. Jakby tego było mało, Agata też siedziała koło jednego z dyrektorów z centrali
i w ogóle nie zwracała uwagi na swojego szefa.
Paweł tymczasem rzeczywiście znalazł wspólny temat ze swym rozmówcą.
Okazało się, że Jasiński jest zapalonym myśliwym i wędkarzem. Kilka razy w roku
przyjeżdża na weekendy do leśniczówki, położonej w lasach, kilkanaście kilometrów od
domu Filipowskich. Ponieważ Paweł też lubił powędkować i bardzo często wypuszczał
się na rowerze w okoliczne, usiane wodnymi oczkami lasy, mieli o czym pogadać. Poza
tym, ku zdziwieniu Pawła Jasiński bardzo interesował się jego życiem rodzinnym i
dotychczasowymi zajęciami. Dyrektor wzbudzał w nim takie zaufanie, że opowiedział
mu wszystko bez upiększania, jak w trakcie pierwszej rozmowy z Marcinem Królem. Po
prostu, rozmawiał jak z przyjacielem, którego zna od lat. Było coś takiego w całej
postaci i sposobie prowadzenia rozmowy przez Jasińskiego, że Paweł czuł się
zobligowany do absolutnej szczerości.
W trakcie wieczoru, korzystając z tego, że miejsce z drugiej strony stołu na chwilę
się zwolniło, Kotas podszedł z kieliszkiem i próbował zagadać coś na temat planowanych
zmian w strukturach firmy. Został dosłownie zgaszony przez Jasińskiego, który był w
doskonałym nastroju i nie miał ochoty na takie rozmowy. Grzecznie ale stanowczo
poprosił Kotasa, żeby zechciał łaskawie odprężyć się i pozwolił na to innym, po czym
62
6
odwrócił się do Pawła dla kontynuowania rozmowy o zaletach przynęt szczupakowych
typu wobler. Kotas stał chwilę jakby go zamurowało, uśmiechnął się z wysiłkiem, a
potem powoli odszedł na swoje miejsce.
Do tematu rozwoju struktur firmy Jasiński wrócił po pewnym czasie sam.
Oświadczył Pawłowi, że uważa go za bardzo wartościowego i obiecującego agenta i
wyraził nadzieję, że kiedyś będzie miał okazję wręczyć mu nominację dyrektorską.
Ich rozmowę przerwano tylko raz jeszcze, kiedy kilku pracowników postanowiło
odtańczyć przed Jasińskim kankana. Wyszło im to dość nieskładnie głównie z powodu
problemów z utrzymaniem równowagi i tego, że w trakcie podskakiwania próbowali
śpiewać. Poza tym natychmiast tak wiele osób próbowało dołączyć do tańczących, że
zrobił się potworny tłok. Hałas i zamieszanie, jakie przy tej okazji zrobili godne było
lepszej sprawy. Wreszcie wyryczeli „sto lat” i dali sobie spokój.
Paweł czuł się zażenowany. Jasiński spoglądał spod przymrużonych powiek, z
lekkim nic nie mówiącym uśmiechem na twarzy. Po zakończeniu tego żałosnego
widowiska, podniósł do góry rękę w geście podziękowania. Ze wszystkich stron
zabrzmiały oklaski. Pracownicy centrali rozeszli się po sali i próbowali nawiązać bliższe
stosunki z agentami. Tak się jakoś składało, że zawsze były to osoby o powłóczystych
spojrzeniach, ubrane w obcisłe sukienki.
Po północy Jasiński przeniósł się do innego stolika, gdzie siedziała niebrzydka
brunetka, która cały wieczór przyglądała mu się prowokująco. Paweł zauważył, że po
krótkiej chwili wszyscy zajmujący przy niej miejsca wynieśli się gdzie indziej.
Przypomniał sobie o Agacie i rozejrzał się po sali. Tańczyła z dyrektorem z centrali.
Dawała przy tym mały spektakl dwuznacznych spojrzeń i gestów.
Nagle przy jego stole zrobiło się wyjątkowo tłoczno, jakby spłynął na niego jakiś
czar. Każdy chciał się napić i pogadać. Dzielnie sekundował mu w tym Janusz.
Skończyło się tak, że nie pamiętał jak dotarł do swojego pokoju.
Kotas siedział cały wieczór samotnie i sączył słabego drinka. Obserwował. Pod
koniec imprezy, kiedy był pewien, że nikt nie zwraca na niego uwagi, przywołał kelnera i
kazał sobie podać całą butelkę najdroższej whisky. Mieli bourbona, Four Roses. Nie znał
tej marki. Kelner objaśnił, że to amerykański.
– Proszę nie wyjmować z opakowania i nie otwierać. Wezmę ze sobą do pokoju –
poinstruował go Kotas . Po chwili wstał i poszedł za kelnerem w kierunku kuchni. Nie
chciał żeby butelka wędrowała do niego na oczach wszystkich, przez całą salę. Kazał
63
6
doliczyć whisky do ogólnego rachunku. Kelner okazał zdziwienie tylko lekkim
drgnieniem brwi. Z wdzięcznością skłonił się i schował w kieszeni dwadzieścia złotych
napiwku. Podał klientowi bourbona, zawiniętego elegancko w firmowy papier ośrodka.
Rano Paweł obudził się z potężnym bólem głowy. Zanim otworzył oczy, próbował
ustalić źródło dziwnych dźwięków dochodzących z łazienki. Przez minutę zastanawiał
się czy dobrze słyszy – to było pierdzenie. Co parę sekund słychać było długi, niski
odgłos. Ta kanonada trwała kilkanaście minut, aż wreszcie ucichła. Gość powinien
spróbować sił w konkursie na wypierdzenie jakiejś melodii. Zwycięstwo ma w garści, a
właściwie w dupie – rozmyślał Paweł, czekając aż Janusz zwolni łazienkę. Opuścił ją z
nieprzeniknioną miną.
– Słuchaj, co to znaczy „exitus” ? – zapytał, kiedy zauważył, że Paweł już nie śpi.
18.
Maryla była ciekawa jak udało się szkolenie. Zaraz po powrocie Paweł był za
bardzo zmęczony, żeby opisywać wszystko ze szczegółami. Dopiero, kiedy się porządnie
wyspał opowiedział jej dokładnie przebieg uroczystej kolacji, a szczególnie swojej
rozmowy z Jasińskim. Drugi dzień był nudny – posiłki i wykłady. Po wyjeździe
Jasińskiego, ośrodek opuściła też większość dyrektorów i managerów. Dla nich nie
miało sensu przesiadywanie nad Zalewem, podczas gdy nie było tam nikogo
znaczniejszego z centrali.
Janusz poproszony przez Pawła podzielił się z nim częścią swej wiedzy na temat
funkcjonowania Financial Brokers Polska. Widać było, że robi to raczej niechętnie.
Przyczyna była prosta. Bał się konkurencji w wyścigu do coraz lepszego stołka. Paweł
stanowił konkurencję i to bardzo realną, zważywszy na jego dobre wyniki finansowe, a
jeszcze bardziej – dobry kontakt z Jasińskim. Nie było żelazną zasadą mianowanie
dyrektorem managera z długim stażem pracy. W historii firmy były przykłady, gdy
ambitny i pracowity agent przeskakiwał w ciągu roku z prostego naganiacza klientów na
dyrektora przedstawicielstwa. Według Janusza takim kimś był na przykład Kotas –
dyrektor gdańskiego oddziału. Trafił do firmy w dobrym momencie. Pracował tylko kilka
miesięcy jako agent, kiedy zapadła decyzja o otwarciu oddziału w Gdańsku. Żaden
kierownik grupy nie chciał opuścić Warszawy, nawet za cenę awansu i trochę wyższych
zarobków. Zaproponowano stanowisko Kotasowi, który miał akurat niezły okres i był w
tym czasie jednym z najlepszych sprzedawców w „Financial Brokers”.
64
6
Janusz znał Kotasa jeszcze z Warszawy. Uważał go za kombinatora i radził
uważać. Robili razem jakieś duże sprawy, ale potem były między nimi nieporozumienia i
teraz nie utrzymywali ściślejszych kontaktów. Przy okazji poinformował Pawła, że
choroby przewodu pokarmowego w ich branży, spowodowane stresem, nadmiernym
spożyciem kawy i niewłaściwym odżywianiem, są nagminne. W ten sposób chciał z
pewnością usprawiedliwić swoje poranne sesje w łazience, jak się później okazało,
codzienne.
Parę dni po zakończeniu szkolenia, z Elbląga odezwał się Franciszek Bieniek.
Zdecydował się na firmę i maszyny więc można było przejść do konkretów w sprawie
leasingu maszyn do jego szwalni.
Paweł sporządził dokumentację wyjątkowo starannie. Pierwszy raz finalizował tak
duży kontrakt i chciał mieć pewność, że wszystko będzie w porządku. Za radą Marcina
posunął się nawet do małego szpiegostwa przemysłowego, to znaczy podczas krótkiej
nieobecności właściciela zajrzał do jednego ze stojących na regale segregatorów z
rachunkami. Widział je już przedtem, ale raczej pobieżnie. Wtedy zwracał uwagę tylko
na kwoty, teraz zapisał sobie kilkanaście adresów odbiorców i dostawców tkanin.
Skontaktował się z kilkoma z nich, aby upewnić się, czy Bieniek jest wypłacalny i czy
reguluje w terminie swoje zobowiązania. Podawał się za nowego księgowego w szwalni,
który chce sprawdzić aktualne zobowiązania firmy. Spodziewał się, że Bieniek dowie się
o tych zabiegach, ale uzna je za normalne w tej sytuacji.
Przekazanie maszyn odbyło się w obecności Pawła, ale równie dobrze mógł się nie
fatygować. Bieniek wszystko dogadał z przedstawicielem japońskiego producenta
maszyn i Paweł tylko podjechał w umówionym dniu pod szwalnię, aby być obecnym przy
rozpakowywaniu maszyn i podpisywaniu dokumentów. Kopie odesłał do oddziału.
Prowizja była największą od początku jego pracy w firmie, nawet po odliczeniu
połowy dla Marcina i działki dla Waldka. Maryla zaczęła planować mały remont ich
domku i wymianę starych mebli na nowsze.
Przyjęli do sklepu pracownika – młodego, bezrobotnego chłopaka, który zgodził
się na mizerne wynagrodzenie, jakie ze względu na niskie obroty mogli mu
zaproponować. Miał na imię Jarek, ale kazał na siebie mówić Gacek. Pawłowi wydał się
jakiś dziwny. Mówił bardzo dużo i zadawał setki pytań. Interesowało go dosłownie
wszystko. Paweł uważał początkowo, że to jakieś podejrzane, ale Maryla wyjaśniła mu,
że zna chłopaka. Pochodził z rozbitej rodziny i po prostu koniecznie chciał skupiać na
65
6
sobie uwagę otoczenia. Dlatego zadawał tyle pytań. W sklepie miał niedużo pracy,
ponieważ towar dostarczany był nieregularnie i w związku z tym klienci rzadko tu
zachodzili. Paweł miał coraz mniej chęci i czasu na wystawanie pod hurtownią, w
oczekiwaniu na świeży transport. Wolał w tym czasie poszukać klienta dla „Financial
Brokers”. Wychodził na tym zdecydowanie lepiej.
Po powrocie ze szkolenia przeszedł jakąś wewnętrzną zmianę. Poczuł
przynależność do świata biznesu i do klasy średniej. Dużą rolę w tej przemianie odegrała
też zdecydowana poprawa ich sytuacji materialnej. O ile wcześniej nie przyznawał się do
handlu używanymi ubraniami, ponieważ wstydził się tego zajęcia, o tyle teraz, bardziej
niż branży, wstydził się niskich dochodów, jakie przynosił sklep. W „Financial Brokers”
mówiło się z szacunkiem o każdym, kto potrafił zarobić dostatecznie dużo, żeby
pozwolić sobie na korzystanie z usług firmy. Niezależnie od rodzaju działalności.
Szacunek wzrastał wraz z poziomem dochodów klienta. Dyrektor Kotas zarządził w
swoim oddziale, aby po każdej transakcji do klienta wysyłano specjalne pismo z
podziękowaniem za miłą współpracę. Sam opracował stosowny szablon, w którym aż
roiło się od „wielce szanownych” i „najwyższych wyrazów”.
Polityka szefów „Financial Brokers” szła w tym kierunku, żeby dobrych,
rokujących nadzieję agentów zachęcać do porzucania innych zajęć i zajmowania się tylko
pracą dla firmy. Spora część agentów pracowała gdzieś na etacie, a pracę przy
sprzedawaniu usług leasingowych traktowała jako źródło dodatkowych, nieregularnych
zarobków. Z początku Paweł myślał podobnie, ale teraz stał się takim profesjonalistą, że
dochody ze sklepu stanowiły dodatek do jego prowizji. To co początkowo przyciągnęło
go do tej pracy tzn. możliwość bycia kimś, a nie tylko sklepikarzem, teraz dzięki ciężkiej
pracy, niewątpliwemu talentowi i co śmieszniejsze, sporej pomocy Waldka stawało się
rzeczywistością. Coraz częściej w nieoficjalnych rozmowach w oddziale mówiło się o
nim jako potencjalnym kandydacie na kierownika grupy. Agata zaczęła traktować go po
przyjacielsku i nawet dała się zaprosić parę razy na lunch. Dla pozostałych pracowników
oddziału był to widoczny znak, że akcje Pawła stoją bardzo wysoko. Agata była lepsza
od barometru. Poza tym, jeśli miała taki kaprys, mogła w czasie lunchu podzielić się
najświeższymi plotkami. Miała je z pierwszej ręki, od dyrektora.
Marcin próbował upiec na tym ogniu swoją pieczeń i namawiał Pawła żeby szukał
ludzi do pracy i przywoził ich do oddziału. Według jego słów miało to być sprawdzianem
umiejętności w znajdowania odpowiednich kandydatów na agentów. Paweł potraktował
66
6
tę propozycję bez entuzjazmu. Nie chciał tracić czasu bezproduktywnie. Poza tym nikt
odpowiedni nie przychodził mu do głowy. Oprócz Waldka. Ale po pierwsze nie chciał
stracić idealnego źródła poleceń, a po drugie Waldek wcale nie palił się do pracy w
„Financial Brokers”. Paweł zrobił bardzo delikatny sondaż poglądów szwagra w tej
sprawie. Waldek wolał taki towarzyski układ i nieregularne zastrzyki gotówki. Robił
jakieś swoje interesy i nie miał czasu ani ochoty na bieganie za klientami. Ostatnio często
wyjeżdżał na kilka dni do Łodzi albo do Warszawy. Nikt nie wiedział po co. Nawet
Teresa. Szwalnia pracowała na pół mocy albo jeszcze mniej, ale Teresa nie narzekała na
brak gotówki. Paweł podejrzewał, że szwagier prowadzi jakieś poważniejsze operacje z
walutami albo gra na giełdzie. W każdym razie musiało mu dobrze iść bo zamienił
starego Opla Omegę na prawie nowe, duże Volvo.
Paweł nie interesował się tym za bardzo. Wystarczyło mu, że co jakiś czas Waldek
przynosił nowe nazwisko. Prawie zawsze było pewne, że klient zdecyduje się na
propozycję, przedstawioną przez niego w imieniu „Financial Brokers”.
Sam też nie próżnował. Koniec zimy i początek wiosny miał bardzo pracowity.
Skorzystał z rady Marcina i zaprzyjaźnił się z pracownicą banku spółdzielczego,
jedynego w Dąbrówce. Miała na imię Basia. Odpalał jej stówkę miesięcznie i miał
aktualną listę wszystkich starających się o kredyty inwestycyjne. Kiedy zobaczył ten spis
po raz pierwszy, nie mógł uwierzyć własnym oczom. Nigdy nie podejrzewał, że w tej
zapadłej okolicy funkcjonuje tyle firm. Kwoty kredytów też wyglądały nieźle. Było o co
walczyć. Ludzie wpisywali we wnioskach różne rzeczy, ale przy każdej pozycji Basia
dopisywała ołówkiem na co naprawdę potrzebny jest kredyt.
Już przestał liczyć samochody i komputery, które dzięki jego propozycjom zostały
kupione. Praktycznie nie schodził z pierwszego miejsca w rankingu oddziału. Bywały o
wiele większe pojedyncze kontrakty, ale na koniec miesiąca i tak okazywało się, że „ten
kmiotek”, jak nazywali go za plecami inni agenci z Gdańska, zrobił obrót nie do
przeskoczenia.
Na ulicy w Dąbrówce zaczęli mu się kłaniać obcy ludzie. Podejrzewał, że to efekt
licznych, towarzyskich spotkań Maryli z koleżankami, na których omawiano dokładnie
jego osiągnięcia. Zarabiał, więc sąsiedzi oraz bliżsi i dalsi znajomi widzieli w nim
potencjalnego pracodawcę i pożyczkodawcę. Wzbudzał szacunek. Maryla była
szczęśliwa i musiała się tym szczęściem z kimś dzielić. Inaczej byłoby jakieś niepełne.
Każdy kontrakt Pawła był badany i omawiany dokładnie przez nią w towarzystwie
67
6
zaprzyjaźnionych pań. W marcu rozpoczęła kapitalny remont domu, łącznie z tynkami na
zewnątrz, gipsowaniem wnętrz i budową nowego ogrodzenia oraz chodników. Front
robót godny Pałacu Kultury i Nauki. Paweł nie miał czasu interesować się tymi pracami,
poza tym, że poruszanie się po domu i jego okolicy wymagało iście cyrkowych
zdolności, ze względu na rozstawione wszędzie torby, puszki, bańki i kuwety z gipsem i
farbami.
Nabrał wiatru w żagle po podpisaniu kontraktu w szwalni Bieńka. Przekonał się,
że sukces daje doskonałą motywację do pracy. Maryla musiała zaakceptować jego stałą
całodniową nieobecność. Okolica Dąbrówki już mu nie wystarczała i intensywnie szukał
klientów coraz dalej od domu. Ku zgryzocie teściowej potrafił nawet w niedzielę
pojechać do klienta, któremu odpowiadał taki termin.
– Niedziele powinien zostawić sobie na kościół i rodzinę – utyskiwała Otocka do
córki. Maryla, chociaż po cichu zgadzała się z nią i chciałaby mieć Pawła częściej w
domu, to jednak zawsze stawała po jego stronie i broniła jego racji.
19.
Na początku marca Paweł spotkał się z Jasińskim, który przyjechał w okolicę na
polowanie, zadzwonił do niego i zaprosił na kolację przy ognisku w leśniczówce.
Paweł nie czuł się tam dobrze. Towarzystwo składało się z samych „nadzianych”
przedsiębiorców i prezesów różnych firm. Był też jeden ginekolog. Sądząc po
samochodach zaparkowanych przed leśniczówką, wszyscy radzili sobie w życiu
doskonale. Rozmowy przy ognisku toczyły się wokół zakończonego właśnie polowania,
co praktycznie wyłączyło go z konwersacji. Nie potrafił zabić kury na obiad, a myśl o
strzelaniu do bezbronnego zwierzęcia napawała go niechęcią. Poza tym czuł się trochę
jak ubogi krewny zaproszony na przyjęcie do bogatych kuzynów. Ich pozycja i status
finansowy przytłaczały go. Z początku nie odzywał się prawie wcale, w obawie że powie
coś bezsensownego. Starał się odpowiadać na zadane pytania albo po prostu robić mądrą
minę i udawać, że słucha z zainteresowaniem. Miał w tym wprawę. Codziennie
wysłuchiwał przynajmniej kilku osób, którym proponował zawarcie umowy leasingu.
Zauważył przy tym ciekawą prawidłowość. Im człowiek był biedniejszy tym więcej
mówił. Szczególnie o pieniądzach. Niektórzy potrafili mówić tylko o tym i pamiętali
68
6
każdą złotówkę wydaną w ciągu ostatnich kilku lat. Wszystkie aspekty życia
rozpatrywali w kategoriach okazji albo finansowej wpadki.
Tutaj, w leśniczówce, w ogóle nie mówiono o pieniądzach. Dostatecznie dobrze
widać je było na każdym kroku. Wieczór był bardzo zimny. Pomimo żaru bijącego od
ogniska i dużych dawek płynów rozgrzewających, myśliwi przytupywali i zacierali ręce,
a wreszcie zdecydowali się na dokończenie dziczyzny w sali jadalnej leśniczówki, przy
kominku i w cieple. Tam Jasiński opowiedział trochę o sukcesach Pawła dwóm
znajomym dyrektorom, pracującym w firmie ubezpieczeniowej. Obydwaj życzliwie
zainteresowali się jego pracą i planami na przyszłość. Jeden z nich zasugerował nawet, że
przy takiej aktywności, w firmie sprzedającej ubezpieczenia na życie mógłby zarabiać
zdecydowanie lepiej. Teatralnym gestem wyciągnął z kieszeni swoją wizytówkę i wręczył
Pawłowi.
– Mam je ze sobą nawet na polowaniu, bo nigdy nic nie wiadomo – zauważył
żartobliwie.
Paweł odczytał nazwisko – Tomasz Rydzyniak. Obracał niezdecydowanie kartonik
w ręku, nie wiedząc jak zareagować. Uratował go Jasiński, który uznał, że rozmowa
skręca na niekorzystne tory i zaprosił Pawła do swojego pokoju na lampkę koniaku.
W pokoju wyłożonym skórami upolowanych zwierząt i obwieszonym porożami
stały dwa potężne fotele. Zapadli się w nie i przez jakiś czas delektowali się w ciszy
dobrym koniakiem. To znaczy, Jasiński się delektował, bo Paweł uważał, że bimber jego
teścia smakuje o niebo lepiej i śmierdzi o wiele mniej. Mimo wszystko próbował się
zmusić do odebrania pozytywnych wrażeń smakowych i kilkakrotnie odczytał nazwę
trunku. Wewnętrzny głos mówił mu, że dobry koniak jest nieodłącznym elementem jego
nowej rzeczywistości.
Cały czas próbował sobie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego został tu zaproszony?
Ponieważ nic sensownego nie przychodziło mu do głowy, postanowił czekać, aż sprawa
sama się wyjaśni. Spodziewał się, że to nastąpi niedługo.
Na początek Jasiński zaproponował żeby przeszli na ty. Nieźle się zaczyna,
pomyślał Paweł. Czuł się doskonale w towarzystwie Jasińskiego, miał wrażenie jakby
znał go wiele lat i przez moment nawet poczuł się jakby siedział ze swoim ojcem. Ojciec
też zawsze prezentował taki niewzruszony spokój i pewność, że to co robi jest ze
wszech miar właściwe.
– Jakie właściwie masz plany na przyszłość? – zainteresował się Jasiński.
69
7
– Nie zastanawiałem się nad tym – odpowiedział ostrożnie.
– Przeglądałem wydruki z twoimi wynikami. Są rewelacyjne. Kotas nie może się
nachwalić, jakiego to doskonałego sprzedawcę wykształcił. Myślałeś o tym, żeby zostać
kierownikiem grupy?
– Na razie nikt mi nic nie proponował. Mój dyrektor mówi, że powinienem spełniać
jakieś warunki, ale do końca ich nie sprecyzował. Właściwie, tak naprawdę to nie wiem
co powinienem zrobić, żeby awansować – odpowiedział absolutnie szczerze.
– Ja ci powiem.
Paweł spojrzał spod oka na Jasińskiego.
– Powiem ci wprost. Jeśli go trochę nie naciśniesz, to z własnej inicjatywy nie zrobi
tego nigdy. To przykre, ale taka jest rzeczywistość. Powinieneś o tym wiedzieć. Nie
opłaca mu się awansować dobrego sprzedawcy, bo to mu zmniejsza obrót oddziału, a co
za tym idzie – prowizję.
– No to co robić? Nie chciałbym zadzierać z dyrektorem. Może lepiej poczekać na
jakiś krok z jego strony?
– Będziesz czekał w nieskończoność. Jeśli poważnie myślisz o swoim rozwoju i nie
chcesz do końca życia biegać jako sprzedawca, musisz zaatakować.
Paweł nie odezwał się. Atakowanie nie leżało w jego naturze. Zawsze wolał czekać
na korzystny układ warunków albo na wyraźną zachętę. Z drugiej strony, przecież sam
zdecydował się na pracę w „Financial Brokers” i teraz ten facet z centrali zachęcał go aż
nadto wyraźnie. Czuł się jednak niezbyt pewnie. Wyobrażał sobie, że awansowanie na
coraz wyższe stanowisko będzie wyglądało inaczej. Ale nie mógł też zaprzeczyć, że
wiele z jego innych wcześniejszych wyobrażeń teraz nadawało się co najwyżej do
czytania dzieciom przed zaśnięciem. Bardzo małym dzieciom.
Jasiński przyglądał się na ten, doskonale widoczny, mały spektakl wątpliwości,
rozgrywający się na twarzy rozmówcy.
– Myślę, że powinieneś wystąpić do niego z oficjalnym wnioskiem na piśmie. Taki
wniosek zdecydowanie przyspieszy sprawę, a przynajmniej będzie musiał się jakoś do
niego ustosunkować. Zorientujesz się wtedy jakie masz szanse na awans. – powiedział.
Nalał sobie kolejny kieliszek koniaku i upił trochę.
– Może po prostu wyrzucić moje pismo do kosza – powiedział Paweł.
– Żeby mu to uniemożliwić, dopiszesz na dole: „do wiadomości dyrektora Działu
Rozwoju”- czyli mojej i wyślesz mi kopię pisma. Jeśli będzie chciał ci odmówić, musi
70
7
podać jakieś rozsądne powody. Zobaczymy co zrobi. Według mnie nie ma żadnych
rozsądnych powodów, żeby ci odmówić. Mimo to, na pewno się wścieknie i będzie
próbował cię straszyć zwolnieniem. Tym się w ogóle nie przejmuj. Znam go. Nie lubi
kiedy ktoś wykazuje za dużą inicjatywę. Musi mieć wszystko pod absolutną kontrolą.
Ale tym razem ja go przycisnę do muru.
– Sprytne! – Paweł podziwiał przebiegłość Jasińskiego. Cały czas jednak nie dawała
mu spokoju myśl, którą po kolejnym kieliszku zdecydował się wypowiedzieć głośno.
– Dlaczego to robisz? – zapytał wprost, wykazując się kompletnym brakiem
dyplomacji.
– Co? – Jasiński jakby nie zrozumiał pytania.
– No … chcesz mi pomóc – wydusił z siebie Paweł.
Dyrektor spoglądał przez chwilę na niego, jakby zastanawiając się nad
odpowiedzią. Był wstawiony, ale nie pijany.
– Odpowiedź jest bardzo prosta – zaczął. – Jestem dyrektorem Działu Rozwoju i
muszę dbać o rozwój struktur firmy. Tacy goście jak Kotas, a on wcale nie jest
wyjątkiem, chcą tylko utrzymać swój poziom dochodów za wszelką cenę i przy
minimalnym wysiłku. Hamują w ten sposób rozwój firmy. Awansują miernoty, które i tak
nie sprawdzają się jako sprzedawcy. Później taki manager awansowany za wdzięczenie
się i absolutne posłuszeństwo, nie potrafi nic nauczyć swoich agentów. Skupia się tylko
na utrzymaniu dobrych stosunków z dyrektorem. Firma na tym ewidentnie traci. Czas na
zmiany. Dlatego staram się wyszukiwać wartościowych ludzi i pomagać im. Muszę
sięgać na sam dół, gdzie jeszcze mam szansę znaleźć kogoś wartościowego. Takiego jak
ty. Na dłuższą metę to jest dobre i dla mnie i dla firmy. Za to mi zresztą płacą chłopcy z
Los Angeles.
– Rozumiem – odpowiedział Paweł, nie do końca przekonany tym, co usłyszał.
Wyglądało trochę zbyt pięknie. Zresztą Kotas używał tej samej argumentacji. W jego
ustach Firma to był zawsze cel nadrzędny. Ze szczątków rozmów managerów,
posłyszanych w oddziale Paweł domyślał się istnienia w firmie jakiś układów, ale nie
rozumiał ich i nie interesował się nimi za bardzo. Skupiał się na zarabianiu pieniędzy.
Teraz Jasiński wciągał go w jakąś grę, która nie była dla niego całkowicie czytelna.
Postanowił jednak spróbować. Ryzyko wydało mu się niewielkie. Poza tym odmówić
Jasińskiemu teraz, prawdopodobnie znaczyło zamknąć sobie drogę awansu na dłuższy
czas albo na zawsze. Już zdążył się zorientować, że okazje pojawiają się rzadko i trzeba
71
7
się dobrze złapać obiema rękami i nie puszczać. Kotas przy każdej okazji to podkreślał.
Tylko w innym kontekście.
– Po oddziale chodzą plotki, że dyrektor Kotas myśli o moim awansie. –
powiedział.
– Myślę, że to on sam je rozpuszcza. Taki ma sposób zarządzania oddziałem. Znam
go. Pracowaliśmy razem, jeszcze kiedy firma była mała i wszyscy siedzieliśmy w
niewielkim biurze w Warszawie. Jest przebiegły i bezwzględny. Znam niewielu ludzi z
takim ciągiem do przodu, jak on. Przy tym wszystkim jest raczej prymitywny. Te jego
żałosne niby-angielskie wstawki. – Uśmiechnął się ironicznie.
Koniak im się skończył i Jasiński sięgnął po butelkę wódki. Rozmawiali jeszcze
długo, ale Paweł przestał cokolwiek rozumieć i skupiał się tylko na tym, żeby nie zasnąć.
Jasiński mógł wypić morze alkoholu.
Ciekawe czy trzeba mieć taki łeb, żeby zostać dyrektorem? – pomyślał Paweł
resztkami świadomości. Potem próbował jeszcze powiedzieć „exitus”, ale wykrztusił
tylko niewyraźnie:
– Tak tato.
Zasnął z uśmiechem na twarzy. Kiwał się w fotelu, nie słysząc wynurzeń
Jasińskiego, który zaczął opowiadać o swoich problemach z budowaniem nowych
struktur firmy w terenie.
20.
Wrócił do domu z potężnym bólem głowy i przeświadczeniem, że w jego życiu
stało się coś ważnego. Zaproponowano mu – na razie nieoficjalnie – wyższe stanowisko.
Już nie był właścicielem sklepiku z używaną odzieżą. Należał już do innego świata i był
dobry w tym co teraz robił. Lubił tę pracę i czuł się z nią świetnie, a teraz jego marzenia
o byciu kimś miały szansę zmaterializować się. Limuzyna i gabinet. Coraz bardziej w
zasięgu ręki.
Czy to miało jakiś sens? Czasami zastanawiał się nad tym, ale rzadko i krótko. Na
razie bawił się nieźle i egzystencjalne niepokoje nie przerywały mu snu.
W banku, gdzie miał konto osobiste, wszyscy począwszy od strażników, a
skończywszy na dyrektorze, zaczęli mu się kłaniać. Rozśmieszało go to, bo przypominał
sobie jak przychodził tu kiedyś, żeby załatwić jakiś niewielki kredyt i był traktowany
przez wszystkich jak intruz. Teraz otrzymał dwie karty kredytowe i możliwość
72
7
zaciągania kredytów bez większych formalności. Inna sprawa, że teraz poruszał się
własnym, nowym samochodem, ubrany w elegancki garnitur, no i na jego konto
wpływało co miesiąc kilka tysięcy złotych, – za każdym razem więcej niż poprzednio.
I znowu okazało się, że Marcin miał rację. Już teraz nie było nikogo ze starych
znajomych, kto mógłby równać się z nim w poziomie dochodów.
Któregoś sobotniego wieczora w końcu kwietnia zaszedł do „Pawiego Oka”.
Chciał trochę odreagować ciężki, pracowity tydzień. Szybko jednak wrócił do domu. Nie
miał już o czym rozmawiać z ludźmi, którzy tam przesiadywali. Patrzył na ich twarze i
nie znajdował dawnego zainteresowania, kiedy coś opowiadał. Co ich obchodziły jakieś
problemy ze zdobywaniem klientów? Połowy z tego co mówił w ogóle nie rozumieli.
Zaśmiewali się z własnych, trywialnych żartów, które jego teraz wcale nie bawiły. Poczuł
się samotny. Nie pasował do swojego starego towarzystwa, a nowego nie miał.
Pomyślał, że jest teraz jak na drabinie, pod którą sam podpalił ogień. Na dół już nie mógł
i nie chciał wracać. Musiał iść do góry. Ale nie odczuwał z tego powodu przygnębienia.
Wprost przeciwnie, czuł się zdecydowanie lepiej w tej nowej roli.
Wracając do domu, ostatnie sto metrów pokonał lekkim truchcikiem. Wieczorne
wiosenne powietrze było rześkie i wspaniale pachniało. Na moment zatrzymał się i
rozkoszował się tym zapachem i tą świeżością. Ostatnio, zajęty pracą, przestał zwracać
uwagę na takie drobiazgi.
W domu panowała dziwna cisza. Dzieci mieszkały na czas remontu u teściów.
Maryla spała, zmęczona sprzątaniem po malarzach. Od pewnego czasu bardzo mało
rozmawiali ze sobą. Maryla tak się zaangażowała w upiększanie ich domu, że wieczorem
nie miała na nic siły. Padała jak ścięta i natychmiast zasypiała. Dawniej, po kolacji siadali
razem przed telewizorem i jednym okiem oglądając film, omawiali wydarzenia minionego
dnia. Teraz Paweł najczęściej wracał do domu po dwudziestej drugiej i też nie miał
ochoty nawet na krótką pogawędkę. Figlowanie na kanapce przed telewizorem, kiedy
dzieci pozasypiały, też już się nie zdarzało.
Na stole w kuchni czekała na niego kolacja i wiadomość, że ma zadzwonić do
Marcina Króla. Nie było jeszcze za późno na telefon. Zresztą w „Financial Brokers”
nigdy nie było za późno na rozmowę telefoniczną. Ani sen ani posiłek nie były ważne
jeśli na tapecie był jakiś większy kontrakt. Kotas potrafił zadzwonić o pierwszej w nocy,
żeby zapytać o jakiś szczegół finalizowanej transakcji. Najczęściej zdarzało się to w
73
7
ostatnich dniach miesiąca, kiedy liczyła się każda złotówka, która podwyższała ich
miejsce w rankingu.
Okazało się, że w piątek, za dwa tygodnie, ma się odbyć w Warszawie uroczyste
podsumowanie ubiegłego roku. Firma wynajęła na tą okazję salę bankietową w hotelu
Marriott. Marcin poinformował go, że wchodzi w skład delegacji, reprezentującej na tej
uroczystości oddział z Gdańska. Prosił o kontakt, bo nie był pewien czy zobaczą się w
tygodniu, a Kotas kazał mu dopilnować aby wszyscy wytypowani agenci dowiedzieli się
o tym dostatecznie wcześnie.
– Ja przecież pracuję w firmie dopiero od połowy zeszłego roku – oponował
nieśmiało Paweł. Bardziej z próżności i przekory, niż z powodu rzeczywistych
wątpliwości.
– To nie ma znaczenia. Zostałeś wytypowany przez dyrektora i jedziesz. Chyba, że
nie chcesz, ale na twoim miejscu bym się nie zastanawiał. Kotas nie znosi, gdy mu się
odmawia i ma swoje sposoby na opornych. – Marcin zaśmiał się złośliwie.
– Jakie? – zainteresował się Paweł.
– Lepiej żebyś nie musiał się przekonywać. To może boleć. Zresztą, o co ci do
cholery chodzi! Proponuję ci darmową kolację, w extrahotelu w stolicy, z udziałem
wszystkich najważniejszych osób w firmie, podczas której zostaniesz wyróżniony jako
jeden z najlepszych agentów. To chyba nie jest mało. Niektórzy daliby bardzo dużo za
możliwość zajęcia miejsca przy tym samym stole co prezesi, a ty kręcisz nosem! – Marcin
zaczął się irytować.
– Ja nie kręcę nosem. Jeśli mówisz, że to takie ważne to nie ma sprawy – jadę. A
kto płaci za tą kolację? – Paweł przezornie wolał się upewnić.
– Wszystko jest na koszt firmy. Oprócz dojazdu, rzecz jasna. Jak chcesz to w tamtą
stronę mogę cię zabrać, ale powrót musisz jakoś sam sobie załatwić, bo ja zostaję z
Elżbietą na weekend.
– Jeszcze nie wyjechała na Kretę? – zainteresował się życzliwie, przypominając
sobie sympatyczną dziewczynę Marcina.
– No właśnie wyjedzie za dwa tygodnie i teraz chcemy pobyć trochę razem.
Zobaczymy się potem dopiero w sierpniu.
– Przyjedzie do Polski?
– Nie. Ja lecę na Kretę. To jak – jedziesz na ten bankiet z nami czy sam? – Marcin
chciał już zakończyć rozmowę.
74
7
– Raczej pojadę swoim samochodem. Nie miałbym się gdzie podziać w Warszawie,
w środku nocy.
– To trzymaj się. Szczegóły w piśmie od bossa. Powinieneś je dostać w połowie
przyszłego tygodnia.
Paweł odłożył słuchawkę i zamyślił się. Może Kotas sam mi zaproponuje
stanowisko kierownika grupy i nie będę musiał nakłaniać go do tego żadnym pismem,
pomyślał. Wpadł w dobry humor. Rozebrał się i wsunął pod kołdrę do Maryli. Zaczął ją
delikatnie całować w ucho.
– Daj mi spokój ty satyrze. Jestem wykończona – zamruczała sennie.
Nie dał jej spokoju. Pierwszy raz od miesiąca.
21.
Waldek mył zęby długo i starannie. Teresa nie lubiła, kiedy kładł się spać bez
kąpieli i dokładnego szorowania zębów. Narzekała, że śmierdzi „jak cap”. Czasami, po
całym dniu biegania, już nie miał siły na wieczorną toaletę. Zdarzało się też, że zmagał
się do późna z jakąś usterką w maszynie. Wolał sam naprawiać drobne awarie. Uważał,
że to zdecydowanie tańsze i pewniejsze. Nie ufał tym wszystkim cwaniakom –
mechanikom, którzy często próbowali mu wmawiać jakieś straszne uszkodzenia
mechanizmu, podczas gdy potrzebna była tylko zwykła regulacja. Za długo siedział w tej
branży, żeby pozwalać się oszukiwać byle komu.
Ostatnio często się kochali. Stać go było na to. Wszystko dzięki jednemu
spotkaniu z właściwym człowiekiem.
Za pośrednictwem Makowskiego, odbył w eleganckiej willi w Pabianicach krótką
rozmowę z mężczyzną, który przedstawił się jako Zdunek.
Zadanie Waldka było dziecinnie proste. Na początek dostał za półdarmo całą
ciężarówkę taniej, wybrakowanej dzianiny w belkach. Miał z tego szyć co chce i
sprzedawać za ile chce. W zamian za to musiał cztery razy w miesiącu odebrać,
wystawioną przez firmę „Zdunek” s.c. na jego szwalnię, fakturę na tonę tkanin o
wartości około sto tysięcy złotych i przelać ze swojego konta, na konto wystawcy,
wymienioną na fakturach kwotę. Pieniądze na jego konto wpływały od firmy „Polstok”
sp. z o.o. w Białymstoku, której cztery razy w miesiącu on wystawiał fakturę za
sprzedane przez siebie wyroby na kwotę około sto cztery tysiące złotych. Nigdy jednak
ani tkanina, ani żadne wyroby za papierami nie szły. Różnica między fakturami z
75
7
Białegostoku i Pabianic – cztery tysiące tygodniowo – należała do niego. Poza tym, co
miesiąc dostawał za grosze transport wybrakowanej dzianiny. Musiał coś szyć naprawdę,
żeby tak duży przepływ gotówki na jego koncie nie wydał się podejrzany. Tym, co uszył
musiał pokryć swoje koszty.
Oceniał ryzyko wykrycia tych machinacji, jako niewielkie. Urzędu skarbowego się
nie bał. Miał w swoim życiu tak dużo kontroli, że wiedział jak się bronić. Na ogół
urzędnicy przychodzili nieprzygotowani albo niedouczeni i popełniali masę błędów. Aż
się śmiał w duchu, kiedy krążyli koło jakiejś nieistotnej bzdury, przechodząc do
porządku dziennego nad ewidentnym przekrętem. W ostateczności był narażony na jakąś
niewielką karę, która uspokajała urzędników, a jemu nie robiła dużej dziury w budżecie
Nie był tak głupi, żeby nie rozumieć o co w tej całej kołomyi z fakturami chodzi.
Zdunek prał pieniądze za jego pośrednictwem. Waldek nie chciał jednak wnikać czyje,
jak zarobione i dlaczego. Szesnaście tysięcy miesięcznie nikt nie daje za darmo. Jeśli
ceną miało być milczenie i niezadawanie pytań to zgadzał się na to. Niewielki wysiłek. A
że działał niezgodnie z prawem? Tym się w ogóle nie przejmował. Wszyscy naokoło
kombinowali. Prawo jest dobre dla szaraczków, którzy nie mają możliwości jego
ominięcia – to była jego aktualna dewiza życiowa. On akurat miał okazję i postanowił ją
maksymalnie wykorzystać. Robił to, bo chciał żyć na takim poziomie jak do tej pory. Nic
więcej.
Trochę niepokoił się tylko jednym. Kiedyś zagadnął Makowskiego co będzie,
gdyby chciał się wycofać. Ten spojrzał na niego jakoś dziwnie i zapytał krótko: Po co?
Dyskutowanie z Makowskim nie miało sensu. Ostatecznie Zdunek wpuścił Waldka
do tego wspaniałego interesu, tylko dzięki protekcji Makowskiego. Poza tym, kalkulując
na zimno, musiał mu przyznać rację. Na razie było bardzo dobrze i nie myślał o
wycofywaniu się. Zapytał tak sobie, bo lubił wiedzieć jak najwięcej. Było coś
niepokojącego w odpowiedzi Makowskiego i wyrazie jego twarzy, kiedy jej udzielał, ale
nie tak bardzo, żeby zrezygnować z możliwości zarobienia łatwych pieniędzy.
Ważniejsze było to, że mógł teraz zmienić wysłużoną Omegę na na mało używane
Volvo. Teresa jak zwykle szalała po sklepach w Warszawie i Gdańsku. Czasami jadąc do
Łodzi zabierał ją ze sobą, żeby sobie pospacerowała po Piotrkowskiej i puściła trochę
gotówki. Wszystko wróciło do normy. Znów było tak jak kiedyś, przed kryzysem. Do
tego Makowski ostatnio poinformował go, że dogadał się wreszcie z Niemcami i
prawdopodobnie na jesieni rusza z produkcją koszul dla żołnierzy Bundeswehry. Z tego
76
7
też mogły wyniknąć jakieś korzyści. Zamiast przerabiać tony taniej dzianiny na szmaty,
których pozbywał się za grosze, mógłby szyć koszule i naprawdę zarabiać na tym niezłe
pieniądze. Sprawa wymagała delikatnej, ale stałej presji na Makowskiego.
Poza tym Zdunek bardzo interesował się Pawłem i jego pracą dla Financial
Brokers. Wypytywał go o wszystkie, najdrobniejsze szczegóły transakcji leasingowych,
zawieranych za pośrednictwem firmy. Waldek podejrzewał, że prawdopodobnie
planował otwarcie jakiegoś całkowicie legalnego interesu i szukał możliwości
stopniowego ujawnienia części majątku. To były tylko domysły, bo Zdunek nigdy się z
nim nie dzielił swoimi sprawami. W ogóle był bardzo tajemniczy. Spotykali się raz na
tydzień w Pabianicach, gdzie Waldek odbierał faktury. Rozmawiali mało, a jeśli już to
raczej o Waldku i jego problemach. Ostatnio także częściej o pracy Pawła dla Financial
Brokers.
– Wielkiej kariery raczej mu nie wróżę. Pewnie za jakiś czas się znudzi i da sobie
spokój. – mówił Waldek.
– A z czego będzie żył? – dosyć niespodziewanie zainteresował się Zdunek.
– Mają sklep z używanymi ubraniami. Jeszcze niedawno sam w nim sprzedawał.
Teraz zatrudniają jakiegoś głuptaka.
Zdunek wykazywał się niezłą wiedzą w zakresie leasingu. Dziwne, ale w zakresie
handlu używaną odzieżą też.
Waldek skończył szorować zęby i jeszcze raz popryskał się dezodorantem.
Pomyślał o czekającej w łóżku Teresie i poczuł przyjemne mrowienie w udach. Uwielbiał
jej pełne, białe pośladki.
W salonie zadzwonił telefon. Dzwoniła jego siostra, Maryla.
– Waldek! Mam do ciebie prośbę. Podjedź do naszego sklepu – rzuciła zdyszana.
– Teraz? Po co!? – Waldek z niechęcią spojrzał na zegarek.
– Mieliśmy włamanie w sklepie i policja już tam jest. Nie mam z kim dzieci
zostawić. Paweł jeszcze nie wrócił z Gdańska.
– No tak. Nigdy go nie ma jak jest potrzebny.
Waldek z żalem pomyślał o Teresie czekającej w łóżku.
– Zaraz przyjdzie tutaj matka. Dzwoniłam już do niej. Zobacz co tam trzeba zrobić,
a ja zaraz dojdę – mówiła dalej Maryla.
– No dobrze już idę. Tylko się pośpiesz – wystękał.
77
7
Ubrał się szybko, rzucił Teresie przez drzwi nowinę i poszedł piechotą. Do sklepu
nie było daleko.
Policję zawiadomił przechodzień, który zauważył światło zapalone w środku
sklepu i uchylone drzwi. Maryla, która pojawiła się po pewnym czasie, aż zmartwiała z
wrażenia. Towar wymiotło co do sztuki. Złodzieje wynieśli wszystko.
– Profesjonalna robota – poinformował Marylę policjant – zamek otwarty
wytrychem. Może pani teraz już zamknąć.
– Nie trzeba zabezpieczyć śladów? – zapytał Waldek.
– A co to da? Pies nie podjął śladu, a taki wytrych każdy może kupić na bazarze.
Niech pani zamyka, a jutro wpadnie do nas do komendy to coś tam napiszemy. Miała
pani ubezpieczenie od kradzieży?
Maryla pokręciła przecząco głową.
– Może jeszcze daleko nie odjechali? – Waldek nie dawał za wygraną.
– Nadałem już meldunek do sąsiednich posterunków. Jeśli zauważą jakieś
podejrzane pojazdy to będą kontrolować. Za ile tu było towaru? – zwrócił się do Maryli.
– No nie wiem?- odpowiedziała. – Za jakieś dwadzieścia, trzydzieści tysięcy
złotych.
Policjant zanotował sobie kwotę w notesie i odjechał. Teresa stała
niezdecydowanie na środku pustego sklepu. Nie wiadomo skąd pojawił się Jarek –
Gacek. Wsadził głowę przez drzwi i rozglądał się z ciekawością.
– A ty co tu robisz? – zapytał Waldek.
– Przechodziłem akurat. Patrzę – światło się pali, to zajrzałem. A gdzie cały towar?
– Złodzieje ukradli. Mieliśmy włamanie – odpowiedziała zmęczonym głosem
Maryla.
– Ale jaja! A rano mieliśmy dostawę.
– Jaką dostawę?! Co ty gadasz?! – zawołała.
– No, podjechał jakiś facet z Białegostoku czy Białej Podlaskiej, już nie pamiętam.
Powiedział, że ma dobry towar i może zostawić w komis. Zapłata po sprzedaży, tak
powiedział.
– Ile tego było?
– Dużo. Pan Paweł był akurat w sklepie i bardzo się ucieszył, że nie będzie musiał
jechać do hurtowni po towar. Facet też się ucieszył, bo nie chciało mu się jeździć za
78
7
daleko. Z pół samochodu mu wygarnęliśmy. Może byśmy jeszcze więcej wzięli, ale już
nie było gdzie układać.
Maryla westchnęła ciężko. Waldek tylko pokiwał głową i wyniósł się czym
prędzej. Miał nadzieję, że Teresa jeszcze nie zasnęła. Gacek też poszedł sobie. Maryla
zamknęła sklep i powlokła się do domu. Paweł już wrócił i jadł spóźnioną kolację,
przygotowaną przez teściową.
– Co wy teraz zrobicie? – załamała ręce matka Maryli.
– Dużo ukradli? – zapytał Paweł. Był zmęczony i nawet nie miał siły się
denerwować.
– Wszystko. Co do sztuki. Co to za dostawa rano? Za ile wziąłeś tych szmat?
Paweł podszedł do szafki i wyjął dowód dostawy. Podał Maryli bez słowa.
– Siedem tysięcy złotych! No to ładnie. Trzeba będzie to zapłacić.
– A co robimy ze sklepem? Zamykamy? – zapytał Paweł.
– Pojedziesz jutro do hurtowni. Dadzą nam na termin. Tyle lat bierzemy od nich
towar, to powinni nam teraz pomóc. Zamki się wymieni i trzeba założyć alarm. Jakoś się
odkujemy. Na razie będziemy żyć z twojej prowizji. Musisz się jeszcze bardziej postarać.
Paweł pokiwał głową w milczeniu. To mu się wydawało bez sensu, ale nie miał siły
na dyskusje. Myślenie o pieniądzach pozostawiał Maryli. Podniósł się powoli z krzesła
– Idę spać. Ledwo widzę na oczy, ze zmęczenia – mruknął.
– Słuchajcie dzieci. Czy to wam się nie wydaje dziwne, że rano była dostawa, a
zaraz wieczorem włamanie? – zapytała teściowa.
Paweł uśmiechnął się krzywo pod nosem i poszedł do łazienki.
– Za dużo mama siedzi przed telewizorem – mruknął i zamknął za sobą drzwi.
Maryla spojrzała na stempel, przystawiony na dowodzie dostawy towaru. „Polstok” Sp.
z o.o. Białystok. Ulica, numer telefonu, NIP. Wszystko było w porządku.
22.
To było dla Pawła kolejne, całkowicie nowe doświadczenie. Grube, miękkie
wykładziny. Okrągłe, ośmioosobowe stoły, przykryte idealnie białymi obrusami. Sztućce
i talerze w ilościach i rodzajach przyprawiających normalnego człowieka o ból głowy.
Na każdym nakryciu wizytówka z nazwiskiem. Tutaj nie mogło być żadnej
przypadkowości. Stoły zajmowane przez zarząd stały najbliżej czegoś w rodzaju
niewielkiej, niskiej sceny, na której ustawiono mównicę. Paweł siedział przy stole z
79
8
dyrektorem Kotasem, Marcinem Królem i innymi managerami ze swojego oddziału.
Oprócz niego z Gdańska był tylko jeden agent, Kawkowski. Stary wyjadacz, pracujący
dla „Financial Brokers” od początku istnienia oddziału. W sumie na sali siedziało ponad
sto osób, z tego jak oceniał Marcin, około dwóch trzecich to byli ludzie z centrali.
Po początkowych powitaniach i krótkim wystąpieniu prezesa zarządu Richarda
Kocinskiego, który pomiędzy wygłaszanymi przez siebie dowcipami przemycił kilka zdań
na temat osiągnięć całej firmy, dyrektorzy działów przedstawili wyniki podległych sobie
struktur. Wyniki były dobre. Firma rozwijała się dynamicznie, obroty rosły. Największą
produkcję w poprzednim roku zrobił oddział warszawski, ale kiedy przedstawiono
ranking według dynamiki, okazało się, że największy przyrost produkcji w stosunku do
roku poprzedniego miał oddział z Gdańska, kierowany przez dyrektora Dobromira
Kotasa. Kotas został wywołany do mównicy. Przechodził między stołami prowadzony
spojrzeniami, w których mieszała się zazdrość z podziwem. Na jego twarzy malowała się
nieukrywana duma. Zaczerwienił się z emocji i krople potu wystąpiły mu na czoło.
– Spodziewałem się, że mogę być dziś wywołany do tablicy, więc się trochę
przygotowałem – rozpoczął, wyjmując z kieszeni plik kartek. Po sali przeszedł lekki jęk,
a miejscami zabrzmiały pojedyncze śmiechy i dowcipne protesty.
– Zajmę państwu mało czasu, chciałem tylko powiedzieć parę słów o tym, jak
pracujemy. To może być pożyteczne dla wszystkich, jak sądzę – rozpoczął, po czym
zaczął przytaczać ze swoich kartek liczby. Raz na rok zdarzała się okazja przemawiania
przed takim audytorium i nie zamierzał jej przepuścić. Przygotowywał się od kilku
tygodni do wystąpienia w sali bankietowej hotelu Marriott. Kilkanaście wersji
przemówienia wylądowało w koszu, zanim doszedł do wniosku, że ma przed sobą tekst
odpowiedni do wygłoszenia. Każde słowo przemyślał wielokrotnie i więcej już nie
potrafił wymyślić.
Paweł rozejrzał się po sali. Większość ludzi, włączając w to zarząd firmy, nie
słuchała tego co mówił Kotas. Po sali przetaczał się szmer szeptem prowadzonych
rozmów. Dyrektor chyba to zauważył, bo po pewnym czasie zrobił małą przerwę,
rozejrzał się, schował kartki do kieszeni i zakończył dziękując za współpracę wszystkim
managerom i konsultantom finansowym, którzy przyczynili się do sukcesu oddziału.
– Thank you very much – powiedział na koniec i ze sztucznym uśmiechem
przyklejonym do twarzy wrócił na swoje miejsce. Pożegnały go ironiczne spojrzenia i
krótkie oklaski, po czym głos zabrał dyrektor Działu Rozwoju – Jasiński.
80
8
Tym razem słuchano bardzo uważnie. Jasiński mówił o planach rozwoju firmy, a to
oznaczało nowe stanowiska. Poinformował, że na jesień firma planuje otwarcie jednego
nowego oddziału na północy Polski i dwóch na Śląsku. Po sali przeleciał szmer. Od
pewnego czasu mówiło się o planach firmy, ale teraz po raz pierwszy padła oficjalna
informacja na ten temat. Temperatura na sali wyraźnie się podniosła. Jasiński podniósł
obie ręce, uśmiechnął się szeroko i poprosił o jeszcze chwilkę cierpliwości.
– Muszę tutaj nadrobić pewne zaległości, które powstały po przemówieniach
moich szanownych kolegów – uśmiechnął się i rozejrzał powoli po sali – otóż, sukces
naszej firmy na rynku polskim to w potężnej części efekt mrówczej, wytężonej pracy
tych, co na samym dole struktury, to znaczy naszych znakomitych konsultantów
finansowych.
Sala zareagowała burzliwymi brawami. Kiedy się uciszyło, Jasiński zaczął
wymieniać dziesięciu najlepszych sprzedawców w Financial Brokers Polska. Paweł
wstrzymał oddech. Wymienieni przez Jasińskiego agenci podnosili się i kłaniali w
odpowiedzi na oklaski, którymi ich fetowano i podchodzili do przodu, do mównicy.
Paweł został wymieniony jako dziesiąty – ostatni. Poczuł falę gorąca, która
ogarniała go od czubka głowy do kolan. Stopy miał zimne jak lód. Wstał i kłaniał się
sztywno. Kotas i Marcin bili brawo i uśmiechali się do niego. Był jedynym nowicjuszem
w tym gronie. Jego sukces był też ich sukcesem. I to absolutnie obiektywnie. Nikt nie
mógł tutaj powiedzieć, że zadecydowały jakieś nieokreślone zasługi albo układy.
Decydowały wyłącznie liczby.
Wyróżnienie miało też całkiem wymierną postać. Pierwszy otrzymał dziesięć
tysięcy premii, drugi dziewięć i tak dalej. W ten sposób Paweł zarobił w tym miesiącu o
tysiąc złotych więcej. Pomyślał, że Maryla się ucieszy z niespodziewanej gotówki.
Remonty okazały się bardzo kosztowne i pochłaniały większość oszczędności. Do tego
włamanie zmusiło ich do zaciągnięcia niewielkiego kredytu w banku. Firma „Polstok” z
Białegostoku, po otrzymaniu informacji o włamaniu, gwałtownie zaczęła domagać się
zapłaty za pozostawiony towar.
Wystąpienie Jasińskiego i wyróżnienie najlepszych agentów to był ostatni punkt
oficjalnej części konwencji. Po jego zakończeniu obsługa przemeblowała nieco scenę i
swój recital rozpoczął artysta estradowy. Znany i popularny paręnaście lat wcześniej,
obecnie nieco zapomniany. Kelnerzy biegali szybko pomiędzy stołami i roznosili
81
8
pierwsze potrawy. Rozpoczął się bankiet. Paweł kątem oka obserwował poczynania
współbiesiadników i starał się ich naśladować.
Na początek podano przystawki. Nie miał nic w ustach od paru godzin, więc
wciągnął zawartość talerza niczym odkurzacz, zdziwiony, że reszta biesiadników posila
się jakby od niechcenia i zostawia jedzenie w połowie nietknięte. Zrozumiał dlaczego,
kiedy w takim samym tempie pochłonął zupę. Poczuł się syty, a kelnerzy właśnie wnosili
potężne półmiski z daniem głównym. Potrawy wyglądały smakowicie i tak samo
pachniały.
Pojawiła się spóźniona Agata, z nieodłącznym notatnikiem w ręku. Kotas
spiorunował ją wzrokiem, po czym teatralnym gestem wskazał miejsce koło siebie.
Wyglądała fantastycznie. Ubrała długą do samej ziemi, ciemną, błyszczącą suknię, która
opinała ciasno jej sylwetkę. Śmiały dekolt eksponował jej najlepsze atuty i wywoływał u
Pawła ciarki. Nie tylko zresztą u niego. Mężczyźni siedzący przy sąsiednich stolikach
zerkali co chwila w jej stronę.
– Ciekawe, gdzie ona dzisiaj śpi? – zapytał szeptem Marcina.
– Raczej, z kim? – odpowiedział półgębkiem Marcin, nachylając się nad talerzem.
Po deserze, kiedy podano kawę i koniaki, na estradzie pojawiła się piosenkarka,
której lata świetności także minęły razem z upadkiem komunizmu. Na sali rozpoczęły się
jakieś ruchy. Prezesi przemieszczali się pomiędzy stołami, przystając przy każdym na
chwilę rozmowy. Rozpoczęła się nieoficjalna, ale dla wielu obecnych na sali,
najważniejsza część wieczoru. Wokół osoby prezesa uformował się mały tłumek, który
przesuwał się za nim do kolejnych stolików. Wszystkie oczy wpatrywały się w niego
intensywnie, a uszy chłonęły każde słowo, które padło z szacownych ust.
Paweł podniósł się od stołu i postanowił poszukać toalety. Znalazł ją w końcu
korytarza. Właśnie stał nad pisuarem, po odczekaniu swojego w niewielkiej kolejce,
kiedy zadzwonił jego telefon komórkowy. Stojący obok mężczyzna uśmiechnął się i
mruknął:
– Mój też dzwoni akurat wtedy, kiedy nie mogę odebrać.
– Widocznie mamy w tej samej sieci – odpowiedział Paweł zapinając rozporek.
Wyszedł z toalety i odebrał telefon. Dzwonił Waldek.
– Przepraszam, że ci przeszkadzam w zabawie, ale mam sensacyjną nowinę – mówił
podekscytowany szwagier.
– No?
82
8
– Właśnie wróciłem z Łodzi. Miałem rozmowę z gościem, który podpisał potężny
kontrakt z Bundeswehrą, na szycie koszul dla żołnierzy. Szuka gotówki na przestawienie
i uzupełnienie parku maszynowego. Chce też kupić jakieś odpowiednie budynki w Łodzi
albo w okolicy.
– Jakiej gotówki potrzebuje?
– Tego nie powiedział, ale wspominał coś o zakupie kilkudziesięciu maszyn, w tym
kilkunastu specjalistycznych. To by oznaczało kilka milionów złotych. Będzie tego koło
miliona dolarów – Waldek ściszał odruchowo głos i Paweł nie był pewien czy dobrze
słyszy.
– Masz jakieś namiary do niego? – Rozejrzał się, czy ktoś nie stoi w pobliżu. Licho,
a raczej konkurencja, nie śpi.
– Jasne, że mam. Wpadnij jutro do mnie to pogadamy.
Paweł zastanawiał się, co też szwagier znowu wymyślił, że chce się spotkać. Na
ogół przekazywał dane przez telefon, ostatnio zresztą coraz rzadziej. Około dziesiątego
przychodził upomnieć się o prowizję. No, ale tym razem skala transakcji była ogromna.
– Ta szwalnia nazywa się „Wiktoria” – powiedział Waldek.
– Tak? Nie znam. To chyba jakaś nieduża firma, bo nigdy o niej nie słyszałem.
– Brzmi zachęcająco, prawda? Baw się dobrze. Cześć! – Szwagier aż piał z radości.
Zanosiło się na potężną prowizję. O ile transakcja dojdzie do skutku. Doświadczenie
kilku miesięcy pracy nauczyło Pawła, że im większa suma wchodziła w rachubę, tym
trudniej było doprowadzić wszystko do końca. Czasami klient wycofywał się w ostatniej
chwili, bo ktoś z konkurencji zaproponował pół procenta upustu. Przy dużych
kontraktach to mogło oznaczać kilkadziesiąt tysięcy złotych mniej do spłacenia.
Wkładając telefon do wewnętrznej kieszeni marynarki, zobaczył kątem oka
Jasińskiego, który rozmawiał w grupce osób stojących dookoła prezesa. Jasiński
uśmiechał się i skinął głową zapraszająco. Widocznie rozmowa nie dotyczyła rzeczy
ważnych, bo rozmawiający co chwila wybuchali śmiechem. Kotas też tam stał, patrzył na
prezesa jak w obraz i śmiał się szczególnie głośno, kiedy Kocinski rzucił jakiś dowcip.
Jasiński delikatnie odsunął stojącego koło siebie mężczyznę i zrobił miejsce dla Pawła.
– Panie prezesie, proszę pozwolić przedstawić sobie osobiście jednego z naszych
najlepszych pracowników. Pan Paweł Filipowski z oddziału dyrektora Kotasa. Dziesiąty
w rocznym rankingu sprzedawców, po pół roku pracy dla nas.
83
8
Prezes Kocinski – starszy pan, ubrany w niemodny chociaż na pewno bardzo drogi
garnitur, podał Pawłowi rękę i niespodziewanie mocno potrząsnął.
– Tak, tak, widziałem. Gratuluję panu – powiedział kalecząc język – ja też tak
zaczynałem. W pierwszym roku miałem bonus za … jak to się mówi … wydajność. To
było czterdzieści lat do tyłu, w Ameryce. Po dwóch latach pracy zarabiałem już tyle, że
mogłem się ożenić. Stać mnie było na utrzymanie rodziny, forda i domek na … raty.
Teraz, wy młodzi możecie zrobić to samo tu, w Polsce.
– Pan Paweł na pewno skorzysta z tej szansy – wtrącił się Kotas, aby zwrócić na
siebie uwagę – staramy się w oddziale stworzyć mu jak najlepsze warunki do pracy i
rozwoju, prawda panie Pawle?
– Tak, oczywiście – odpowiedział machinalnie, bez zastanowienia. Ciekawe co
powiesz po przeczytaniu mojego wniosku o awans? – pomyślał.
Prezes poklepał go przyjaźnie po ramieniu i ruszył w kierunku wyjścia, a za nim
całe towarzystwo,
Impreza powoli się kończyła. Po wyjściu prezesa i członków zarządu sporo osób
zdążyło się nieźle wstawić i przeszło do baru nocnego żeby kontynuować zabawę. Paweł
porozmawiał jeszcze chwilę z Jasińskim, który ponaglał go żeby szybko składał wniosek
o awans i wyszedł przed hotel. Padał drobniutki deszcz i było ciepło. Nie chciało mu się
wsiadać do samochodu i jechać w nocy do domu, ale nie miał wyjścia – obiecał Maryli,
że wróci zaraz po bankiecie. Po tej kradzieży nie lubiła sama zostawać na noc.
Zauważył Agatę, która wsiadała z kimś do taksówki. Wydawało mu się, że to
któryś z pracowników centrali i to chyba zajmujący wysokie stanowisko, bo siedział
podczas wieczoru blisko prezesa.
– Agata złożyła podanie o przeniesienie do centrali. Teraz pracuje nad jego
pozytywnym rozpatrzeniem. Patrz i ucz się! – rzucił Marcin, który wyszedł zaraz za nim.
– Obawiam się, że na moje wdzięki nikt by nie poleciał – odpowiedział Paweł,
odwracając się. – Poza tym, ja nie chcę przenosić się do centrali.
– Ale masz chyba jakieś plany co? Jasiński to twój dobry znajomy? – Marcin
przyglądał mu się uważnie.
– Nie. Poznaliśmy się na szkoleniu i tyle. Byłeś tam przecież. No, muszę jechać, bo
mam kawał drogi do domu. Miłego weekendu. Dobranoc.
Podał rękę Elżbiecie i przeszedł na drugą stronę ulicy, gdzie miał zaparkowany
samochód. Pytanie Marcina wytrąciło go trochę z równowagi. Myślał, że nikt nie
84
8
dostrzega jego bliskich kontaktów z Jasińskim, a tymczasem było inaczej. Pewnie
dziesiątki par oczu obserwowały dokładnie każdy ich ruch, gest i grymas twarzy. Kotas
też już raczej się czegoś domyśla. Potrzebował trochę czasu, żeby się zastanowić jakie to
może mieć konsekwencje. Po drodze o tym pogłówkuję, pomyślał wsiadając do auta.
23.
Obudził się około południa. Nocny powrót, po emocjach wieczoru w Warszawie,
był bardzo męczący. Dojechał do domu około drugiej, niemal zasypiając nad kierownicą.
Po drodze doszedł do wniosku, że nie ma co czekać. Trzeba atakować, to znaczy
składać wniosek o awans. Jasiński naglił, a Kotas i tak prawdopodobnie już wyczuwał,
że coś się święci. Paweł uznał, że gra w otwarte karty będzie w tej sytuacji najlepsza. Po
wyróżnieniu w Marriotcie czuł, że jego pozycja bardzo się poprawiła. Nie sądził żeby
Kotas próbował teraz stopować rozwój swojego najlepszego pracownika. Poza tym nie
chciał aby dyrektor miał pretensje, że coś knuje za jego plecami. Czuł się nie najlepiej w
roli konspiratora. Gdyby nie zaangażowanie Jasińskiego pewnie porzuciłby projekt
szybkiego awansowania. Mimo tego, że jego motywacja do pracy oparta była na wizji
zajmowania coraz wyższych stanowisk, to jednak nie chciał iść po trupach. A już na
pewno nie po swoim.
Po południu wybierał się do szwagra, żeby dowiedzieć się trochę więcej o firmie
„Wiktoria”. Przy okazji chciał napisać na komputerze pismo do Kotasa. Swojego jeszcze
się nie dorobił. Stać go było na taki zakup, ale czekał na obiecane przez centralę laptopy
dla najaktywniejszych.
Maj był tego roku bardzo ciepły. Paweł poszedł piechotą. Postanowił częściej
korzystać z własnych nóg, bo zaczął przybierać na wadze. Wyszedł przed dom i spojrzał
za siebie. Remonty na zewnątrz właściwie dobiegły końca i dom zmienił się nie do
poznania ale ich oszczędności zmalały prawie do zera. Maryla miała jeszcze zamiar
uporządkować i urządzić ogród – przynajmniej od ulicy, ale na wynajęcie profesjonalisty
już nie mieli pieniędzy, a byle kogo nie chciała brać. Chwasty pleniły się jak chciały.
Równe grządki, które tu kiedyś pojawiały się na wiosnę, odeszły w zapomnienie. Paweł
nie miał teraz czasu na uprawianie warzyw. Maryla stwierdziła, że to już nie ma sensu –
warzywa w sklepach jakoś bardzo potaniały. Była też inna przyczyna. Maryla nie miała
ochoty grzebać się w ziemi i chować za siebie zaniedbanych dłoni i paznokci. Często
85
8
spotykała się z koleżankami i nie mogła pozwolić, aby jej nowy wizerunek coś zakłócało.
Teraz była kimś.
Spacer w słoneczne popołudnie był bardzo przyjemny. Paweł szedł niespiesznie,
rozmyślając nad treścią pisma, które chciał złożyć w oddziale. Dobierał w myślach słowa
tak, aby nie zabrzmiały zbyt napastliwie. Chciał tak skonstruować pismo żeby z jego
treści wynikało, że ma na uwadze przede wszystkim dobro firmy. Zauważył, że taka
uwaga skutecznie poprawia pozycję we wszelkich rozmowach z dyrektorem. Postanowił
użyć małego podstępu, to znaczy zasugerować Kotasowi, że chce zostać managerem po
to, żeby budować silną grupę agentów na swoim terenie. To powinno uspokoić
dyrektora. Możliwość zbudowania takiej grupy była bardzo mała. Ze względu na
rolniczy charakter okolicy – praktycznie niemożliwa. Chętni do pracy pewnie by się
znaleźli, ale z klientami było zdecydowanie gorzej. Paweł musiał się naprawdę ostro
najeździć żeby zdobyć tą ilość kontraktów, którą co miesiąc realizował. Poza tym miał
bardzo dobre dwa źródełka – Waldka i panią Basię z banku spółdzielczego. Wprawdzie
dyrektor nie wiedział o tym, ale przecież nie był głupi. Na pewno zdawał sobie sprawę,
że z każdą następną osobą w tej okolicy Paweł będzie musiał podzielić się bardzo
ograniczoną grupą klientów. Paweł liczył na to, że Kotas pójdzie tym tokiem
rozumowania i pozwoli mu jakiś czas – bezsensownie w jego mniemaniu – powalczyć. W
tym czasie Jasiński powinien zadziałać. Aż się uśmiechnął, tak mu się spodobał własny
podstęp. Ostatecznie, co za różnica jakie intencje przyświecały Jasińskiemu, skoro
można było na nich wyjechać na dyrektorski stołek i do tego firma rzeczywiście na tym
zyskiwała. Kotas trochę tracił, ale przecież radził sobie i tak zanim Paweł zaczął
pracować dla niego. Poradzi sobie także kiedy odejdzie. Trzeba odrzucić głupie
skrupuły, pomyślał Paweł.
Dwie, idące z naprzeciwka młode kobiety uśmiechały się i strzelały do niego
oczami. Prezentował się teraz zdecydowanie lepiej niż rok temu. Maryla dbała o to, żeby
wyglądał elegancko. Kosztowało go to nieco nerwów, bo nienawidził robienia zakupów,
ale rozumiał, że jego wygląd ma duże znaczenie w kontaktach z klientami, więc w miarę
spokojnie znosił niekończące się przymiarki marynarek, spodni i butów. Teraz wyróżniał
się na szarej ulicy Dąbrówki. Nawet Waldek przestał robić „dowcipne” uwagi na temat
jego stroju.
Po kilkunastu minutach marszu dotarł do niewielkiej uliczki w centrum miasta,
gdzie mieszkał szwagier. Z ulicy dom wydawał się mały ale w rzeczywistości mieścił,
86
8
oprócz mieszkania właścicieli, szwalnię i kilka sporych magazynów. Był bardzo
rozbudowany po niewidocznej z ulicy stronie posesji. Budynek otaczał wysoki
drewniany parkan, zasłaniając wszystko przed ciekawskimi. Na podjeździe stało stalowe
Volvo. Niedawny nabytek.
Drzwi otworzyła Teresa. Waldek był zajęty w szwalni. Zrobiła Pawłowi kawę i
jakiś czas gawędzili o niczym. Rozmowa nie kleiła się, bo nie mieli za bardzo o czym
rozmawiać. Teresa siedziała całe dnie w domu, nie miała żadnych zainteresowań,
zajmowała się przede wszystkim kuchnią i wychowaniem syna. Lubiła oglądać telewizję.
Ubierała się w drogie ciuchy ze znanych firm, ale pokazywała się w nich tylko od święta.
Pomimo lekkiej nadwagi i nieciekawej fryzury była dość atrakcyjna. Miała regularne rysy
i miły uśmiech. Paweł skonstatował, że mimo przekroczonej dawno trzydziestki wygląda
młodziej od Maryli. Było w niej coś takiego, że mimowolnie wodził oczami, kiedy
kręciła się po mieszkaniu.
Wreszcie pokazał się Waldek, ale tylko na chwilę. Włączył Pawłowi komputer,
złapał kanapkę zrobioną przez Teresę i pobiegł z powrotem. W drzwiach krzyknął, żeby
Paweł poczekał aż skończy.
– Co on tak lata? – zapytał Paweł.
– Overlock się zepsuł, a nasz mechanik wyjechał na weekend. Waldek musi sam
naprawić, bo teraz szyją prawie bez przerwy. Jakieś pilne zamówienie. Ohydne, że aż
patrzeć się nie chce. Nie wiem kto to kupuje?
Paweł zabrał się do pisania pisma do Kotasa. Zastanawiał się nad każdym zdaniem,
obracając go w myślach kilka razy. Ogólną koncepcję miał przygotowaną, a teraz chciał
ją ubrać w takie słowa, aby całość wyglądała możliwie rzeczowo, beznamiętnie i
profesjonalnie.
Po niecałej godzinie pracy uznał, że efekt jest zadowalający i wydrukował pismo w
trzech egzemplarzach. Pierwszy dla Kotasa, drugi dla Jasińskiego, a trzeci dla siebie.
Tymczasem Waldek uporał się z awarią maszyn i wrócił do mieszkania. Teresa
podała kolację i zasiedli do stołu.
– To opowiedz trochę więcej o tej „Wiktorii” – zagadnął Paweł, kiedy zaspokoili
pierwszy głód.
– Właściwie powiedziałem ci prawie wszystko przez telefon – odpowiedział
Waldek z pełnymi ustami.
– Prawie?
87
8
– No tak. Sprawa wygląda tak jak ci już mówiłem. Facetowi udało się zdobyć
kontrakt na szycie koszul dla Bundeswehry. Pierwsze dostawy mają ruszyć jesienią. Ma
zamiar kupić halę produkcyjną w Łodzi albo okolicy i kompletnie ją wyposażyć.
Wspominał coś o wydatkach rzędu dwóch milionów złotych.
– Ładna sumka – zauważył Paweł.
– Prowizja też ładna. Policzyłeś szybko, ile to jest dwa procent od dwóch
milionów. Czterdzieści tysięcy! – Waldek odłożył sztućce i patrzył uważnie na Pawła.
– No dobrze, a co ten gość ma? Przy takiej dużej kwocie Financial Brokers na
pewno zażąda jakiegoś dodatkowego zabezpieczenia. – Paweł nie wyglądał na specjalnie
podekscytowanego wysokością prowizji.
– Tutaj dochodzimy do sedna sprawy. Oficjalnie, ten gość jest właścicielem
przeciętnie prosperującej firmy krawieckiej… – Waldek zawiesił głos.
– A nieoficjalnie? – zapytał obojętnie Paweł i nałożył sobie trochę sałatki z
pomidorów.
– Naprawdę to on ma potężne dochody, które w zupełności wystarczyłyby mu na
zakup tej hali, maszyn i całej reszty.
– To po jaką cholerę zawraca sobie głowę jakimiś leasingami? – zdziwił się Paweł.
Waldek wrzucił sobie na talerz potężną porcję sałatki jarzynowej, do tego kilka
grubych plastrów szynki.
– Problem w tym, że jego dochody pochodzą… mówiąc oględnie… z nielegalnego
źródła – objaśnił, przełykając kolejne kęsy.
– Aha, rozumiem. Pralnia – zauważył domyślnie Paweł
– No właśnie. Ładnie to ująłeś. On chce wyprać swoje pieniądze w tej szwalni.
Dlatego potrzebuje twoich usług.
– A czym on się naprawdę zajmuje? – zapytał Paweł.
– Prawdopodobnie alkoholem albo narkotykami, ale nie wiem na pewno i nie chcę
wiedzieć. Taka wiedza jest czasem zbyt kłopotliwa. Na pewno jest wypłacalny – Waldek
mówił spokojnie, bez emocji, jakby rozmawiali o producencie zielonego groszku.
– To fajnie, ale trzeba jeszcze przekonać o tym mój dział akceptacji kontraktów, a
dla nich liczą się tylko konkrety – zasępił się Paweł.
– To wymyśl coś. Może jakieś poręczenie? – podrzucał Waldek.
– Muszę przemyśleć to na spokojnie i skonsultować się ze swoim managerem. Nie
mogę brać na siebie odpowiedzialności za zawarcie kontraktu z jakimś gangsterem.
88
8
– Nie przesadzaj! To nie żaden gangster. Po prostu źródła jego dochodów są raczej
niekonwencjonalne.
Paweł popatrzył uważnie na Waldka i zastanawiał się czy szwagier rzeczywiście
mówi to, co myśli, czy to kolejny spektakl. Niekonwencjonalne źródła dochodów,
niekonwencjonalne załatwianie kontraktu, a potem całkiem konwencjonalnie
zmasakrowane zwłoki w krzakach, pomyślał i wzdrygnął się.
– W każdym razie bierz się szybko do roboty, bo klient ma mało czasu i jeszcze
znajdzie sobie leasing gdzie indziej – odezwał się Waldek, ignorując całkiem obiekcje
szwagra. Wstał i wyjął z szuflady biurka białą wizytówkę.
– Tutaj masz nazwisko i telefon do niego.
Teresa wyszła do kuchni po ciasto. Paweł wziął do ręki niewielki kartonik, na
którym widniał napis: Firma „Wiktoria” – Adrian Makowski. Pod spodem łódzki adres i
telefon. Ręcznie, drobnym kobiecym pismem, dopisany był numer telefonu
komórkowego.
Waldek nałożył sobie na talerz kolejną sporą porcję. Paweł przyglądał się jak
pochłania jedzenie, prawie bez gryzienia. Całkiem jak zwierzę, pomyślał. Głośno
powiedział:
– Masz niezły spust. Nie boisz się, że przy takim żarciu będziesz niedługo nosił
wielki śmietnik przed sobą. Teresa nie będzie z tego chyba zadowolona.
– Będzie, będzie. Ona bardziej niż moim brzuchem interesuje się tym co jest pod
nim i tym, żeby co tydzień dostać tyle kasy, żeby nie musiała się zastanawiać nad
sposobem jej wydania. Staram się zaspokoić jej zainteresowania, a w zamian chcę tylko
żeby w domu było czysto, jedzenie na czas, a dzieciak był najedzony, ubrany i nie
zawracał mi dupy, kiedy jestem zajęty – nienaturalnie pewnym tonem perorował Waldek.
Ostatnie słowa wymówił ciszej. Teresa wracała już z ciastem.
– Bardzo zdrowe zasady – zauważył ironicznie Paweł.
Waldek nic nie odpowiedział. Jakiś czas w milczeniu jedli placek.
– Aha. Jeszcze jedno – powiedział Waldek. – Chciałem zapytać, czy miałbyś
możliwość wypłacić mi z góry moją działkę za „Wiktorię”. Albo chociaż jakąś sporą
część. Muszę kupić nowy overlock, bo ten, który mam, już się sypie.
– Jedna trzecia od czterdziestu tysięcy to jest około trzynaście trzysta trzydzieści
trzy – policzył szybko Paweł.
89
9
– Może być trzynaście trzysta. Niech będzie moja strata. Będziesz miał tyle
gotówki?
– Nie wiem. Muszę się zapytać Maryli. Ona kontroluje stan naszego konta.
Ostatnio sporo wydała na remont domu. Do tego to włamanie. A co będzie jak gość się
rozmyśli albo przestanie płacić w trakcie umowy?
– Nie przestanie. Raczej będzie chciał szybko was spłacić, żeby nie tracić pieniędzy
na odsetki. Z tego co słyszałem, chce się wycofać z lewych interesów i między innymi
dlatego inwestuje w legalną firmę. A zresztą, jakby co, to ci oddam kasę – zapewnił
Waldek.
– Jak kupisz ten overlock, to nie będziesz miał z czego – zauważył sucho Paweł.
– Słuchaj ! Czy ja ci odmawiałem kiedy chciałeś pożyczyć Żuka, Omegi albo trochę
forsy, bo szmaty się nie sprzedawały? Czy nie podrzucam ci co miesiąc kilku niezłych
klientów? Czy nie daję ci teraz możliwości zarobienia prawie trzystu baniek na jednym
kontrakcie? Kto wie czy nie będzie następnych takich samych. Czy to wszystko za mało,
żebyś raz ty mi pomógł, kiedy jestem w potrzebie? – Waldek aż podskakiwał na krześle.
– Nie denerwuj się – uspokajał go Paweł – Ja tylko głośno myślę. Sądzę, że nie
będzie problemu, jeśli tylko będziemy dysponować taką sumą. Zaraz po podpisaniu
umowy z „Wiktorią” jakoś przekonam Marylę. Żeby się tylko ten Makowski nie
rozmyślił.
– To już twój problem.
Waldek uśmiechnął się pod nosem. Na ogół dostawał to co chciał, a z Pawłem szło
mu wyjątkowo łatwo. Wystarczył lekki nacisk i szwagier pękał jak rozgrzany balon.
Paweł nie chciał dyskutować z Waldkiem na temat pieniędzy. W gruncie rzeczy
było mu wszystko jedno czy zapłaci mu z góry czy nie. Tych spraw pilnowała Maryla i to
ona decydowała o tym na co wydać zarobione przez niego pieniądze. Paweł bardziej
cieszył się kontaktem z ludźmi i tym, że był doceniany jako dobry agent. I to może
właśnie była jedna z przyczyn łatwości z jaką radził sobie ze znajdowaniem nowych
klientów i namawianiem ich do korzystania z usług Financial Brokers. Był sobą i dobrze
się bawił.
24.
90
9
Sklep funkcjonował praktycznie na granicy opłacalności. Otwarty był wtedy kiedy
Gacek miał na to ochotę, bo nikt go nie kontrolował. Towaru było teraz mało i rzadko
go uzupełniano. Maryla całkiem straciła serce do handlu. Lato zaczynało się znowu
upalnie i ludzie zrzucali ubrania. Paweł podejrzewał, że niektórzy klienci przychodzą
tylko po to, żeby podyskutować z Jarkiem albo posłuchać jak on kłóci się z innymi. Miał
zwyczaj rzucać jakąś bardzo kontrowersyjną uwagę i czekać na reakcję zagadniętego,
który nieświadomy pułapki próbował oponować i wpadał w sidła.
Paweł był raz świadkiem, kiedy do sklepu weszła znana wszystkim w mieście
dewotka. Gacek zagadnął ją na początek delikatnie, z niewinnym uśmiechem na twarzy:
– Słyszała pani? Podobno nasz proboszcz przegrał ostatnio w karty dużo pieniędzy.
– Ludzie różne rzeczy wygadują. To plotki – odparła spokojnie zagadnięta.
– No wie pani, każda plotka ma w sobie trochę prawdy. W zeszłym roku widziano
go w Kołobrzegu na plaży, z jakąś kobitką – kontynuował podjudzanie Gacek.
– Co pan bzdury wygaduje? – Klientka zaczynała się denerwować – Nie był w ogóle
w żadnym Kołobrzegu.
– A skąd pani wie!? Normalny mężczyzna potrzebuje takich rzeczy!
Tu nastąpił krótki, ale szczegółowy wykład na temat potrzeb mężczyzn, którego
babka wysłuchała z rozszerzonymi oczami i rumieńcami na twarzy, po czym wyszeptała:
– Panie, pan się chyba Boga nie boi?
– Ja się boję, ale czy czarni się boją to nie wiem. Niech pani popatrzy….
Tu Gacek, udając bardzo zdenerwowanego, zaczął wyliczać, prawie krzycząc,
wszystkie prawdziwe i na poczekaniu wymyślone grzeszki księży z okolicznych parafii.
To już przerastało wytrzymałość psychiczną kobiety, która złapała torby i wypadła na
ulicę mrucząc pod nosem jakieś przekleństwa. Gacek ze śmiechu o mało nie położył się
na podłodze. Kilku przygodnych świadków też. Paweł nie był zbyt zadowolony z takiego
traktowania klientów, ale wpadłszy do sklepu na chwilę nie miał czasu na dłuższe
dyskusje. Rzucił tylko, że to chyba nie przysporzy klientów i wyszedł nie czekając na
odpowiedź.
Wieczorem rozmawiał z Marylą na ten temat i dowiedział się więcej szczegółów o
działalności ich krewkiego sprzedawcy. Okazało się, że ludzi o poglądach lewicowych
ma zwyczaj informować o wspaniałych planach budowlanych proboszcza, klientów o
poglądach prawicowych prowokuje uwagami typu : „jak to dobrze było za komuny”, a
91
9
kierowców stojących na postoju taksówek pyta czy wiedzą, jakie spustoszenie czyni
motoryzacja w przyrodzie?
– Nie wiesz, po co on to robi? – zapytał Marylę przy kolacji.
– Zdaje się, że po prostu chce zwrócić na siebie uwagę – odpowiedziała.
– To mu się doskonale udaje, ale w ten sposób stracimy ostatnich klientów. Nikt
nie będzie chciał wejść do sklepu, w którym sprzedawca tylko czeka żeby sprowokować
kłótnię.
– Zapomniałeś kochanie, że ty też na kacu miałeś zwyczaj opieprzać klientów, a
mimo to dalej przychodzili i kupowali u nas – oponowała z uśmiechem Maryla.
– Ale chyba przyznasz, że czym innym jest zwrócenie uwagi, nawet niezbyt
delikatne, namolnej klientce, która dziesiąty raz pyta o to samo, a co innego napadać na
ludzi dla zabawy, żeby zwrócić na siebie uwagę? Jeśli chłopak ma jakieś problemy to
niech może idzie do psychologa. Wyjdzie taniej. Przynajmniej dla nas. Poza tym jak
proboszcz dowie się co w naszym sklepie się o nim mówi to nas obłoży ekskomuniką.
– Nie żartuj! – obruszyła się Maryla.
– No może trochę przesadziłem, ale nie podoba mi się to, co Jarek robi. To nie jest
uczciwe, ani wobec tych ludzi, ani wobec nas. Poza tym, czy to ci się nie wydaje dość
dziwne, że on pracuje u nas za takie grosze? Dzisiaj słyszałem jak dawał babce taki
wykład, że profesor by się nie powstydził. Czy on czegoś nie ukrywa przed nami?
Maryla wzruszyła ramionami. Obserwowała Pawła spod oka. Wydawał jej się jakiś
dziwny. Nie rozumiała, dlaczego tak go denerwuje taki drobny incydent. Całymi
tygodniami nie interesował się sklepem, a tu nagle wyjeżdża z pretensjami. Wyczuwała
jakąś głębszą przyczynę zdenerwowania męża. Postanowiła delikatnie wybadać sprawę.
Jednak rozmowa potoczyła się nie całkiem po jej myśli.
– Jaki kolor ścian w sypialni wybierzemy? – rzuciła przymilnym tonem, nie
oczekując odpowiedzi, bo już dawno ustaliła te sprawy z malarzami.
– Wszystko jedno. Stary kolor mi odpowiadał. Nie widzę sensu w zmienianiu go.
W ogóle nie widzę sensu w tych wszystkich remontach – odpowiedział rozdrażnionym
tonem.
– Nie chcesz, żeby nasz dom wyglądał lepiej? Przecież tynki na zewnątrz już się
sypały ze ścian – oponowała rzeczowo.
– Zgadza się. Rozumiem, że tynki i płot wymagały naprawy, ale ty masz zamiar
zrobić z tego domu jakiś pałac. Po co? Żeby szpanować przed swoimi kumpelkami?
92
9
– No wiesz! – zaperzyła się.
– Co, no wiesz!? Przecież widzę jak się tu schodzą i włażą w każdy kąt. Wszystko
zobaczą i skomentują. A potem pójdą gdzie indziej i obrabiają ci tyłek ile wlezie. A ja na
to zasuwam od rana do wieczora. Żeby twoje koleżanki miały o czym gadać.
Maryla nic nie odpowiedziała. Ta dyskusja nie miała sensu. Próba odpowiadania na
jego głupie uwagi mogła tylko doprowadzić do kłótni. Nie chciała się z nim kłócić.
Po kolacji położyła dzieci do łóżek, posprzątała w kuchni i usiadła koło Pawła, który coś
tam pisał w swoim notesie. Jeszcze raz zaryzykowała rozmowę. Starając się zachować
obojętny ton, zaczęła mu zadawać pytania o pracę. Z początku odpowiadał półgębkiem,
ale po pewnym czasie rozruszał się. Zaczął szeroko opowiadać o swoich szansach na
awans. Dał jej do przeczytania pismo do Kotasa. Potem wspomniał o planowanym
planowanym kontrakcie z firmą „Wiktoria” i o tym, że Waldek chce pieniądze z góry.
Maryla popatrzyła na jego zmęczoną twarz i doszła do wniosku, że ta cała nerwowość
wynika z przemęczenia i stresów. Należy mu się jakiś odpoczynek. Postanowiła
pomyśleć o jakichś wakacjach, chociażby dla Pawła, bo po odliczeniu prowizji dla
Waldka z pieniędzmi nie powinno być jakiś czas za dobrze. Sama nie lubiła nigdzie
wyjeżdżać. Najlepiej czuła się w swoim domu i jeśli nie liczyć wypadów do Gdańska na
zakupy i kilku wycieczek szkolnych nigdzie poza Dąbrówką nie była. Wydawało jej się,
że wyjazdy na wakacje do znanych kurortów w Polsce to wyrzucanie pieniędzy. Ten sam
klimat, te same rzeczy w sklepach. Kiedy chciała się w lecie wykąpać jechała z dziećmi
nad jezioro. Było tylko kilka kilometrów od Dąbrówki. Ciepłe kraje uważała za zbyt
drogie i zbyt gorące, poza tym nie mówiła żadnym obcym językiem. Jej potrzeby
zwiedzania i podróży zaspokajał w zupełności National Geografic Chanel. Pakiet
cyfrowej telewizji kupiła z pierwszej prowizji Pawła. Przy tym jednak rozumiała, że
intensywny tryb życia i ciężka praca męczą go i najlepszy byłby jakiś daleki wyjazd.
Odpoczynek od pracy i codziennych problemów. Wypad na ryby w niedzielę, to za mało.
Trzeba będzie wysupłać trochę pieniędzy i posłać go gdzieś na tydzień lub dwa,
pomyślała. Najwyżej umówi się z malarzami, że zapłaci trochę później. Potem zaczną
wpływać prowizje za tą firmę z Łodzi i jakoś będzie.
Gacek przyniósł pieniądze ze sklepu i coś zwlekał z wyjściem.
– No co tam? – zagadnęła go Maryla.
– Był tu ten głupi posterunkowy? – odpowiedział pytaniem.
– Nie. Bo co?
– Był dzisiaj w sklepie. Pytał o to włamanie i co ja w tym czasie robiłem.
– Tak? I co mu powiedziałeś?
– Prawdę. Byłem u kolegi cały wieczór.
– To o co chodzi? Jaki masz problem? – nacisnęła zniecierpliwiona Maryla.
– Wyszedł trochę zdenerwowany – odpowiedział cicho Gacek.
– Bo…?
93
9
– Zapytałem go czy zdaje sobie sprawę, że policja to aparat ucisku obywateli przez
państwo. No i … trochę o tym … podyskutowaliśmy.
Maryla nie mogła powstrzymać śmiechu. Paweł przyglądał się Gackowi i myślał o
tym, że te pytania świadczą o inteligencji chłopaka. Nie był wcale taki głupi, na jakiego
wyglądał albo może pozował.
– Skąd u ciebie takie problemy Jarek? – zapytał spokojnie. – Po co denerwujesz
tych wszystkich ludzi?
– To dla ich dobra. Chcę im uświadomić jak bez sensu żyją. – Gacek powiedział to
takim tonem jakby odpowiadał na pytanie o rzecz oczywistą.
– Myślisz, że masz do tego prawo? A ty sam żyjesz z sensem? Co osiągnąłeś? Do
czego doszedłeś? – Paweł sam by zaskoczony swoją napastliwością.
– Ja uważam, że w ogóle życie nie ma sensu. Ale jeśli już tu jestem na tym świecie,
to nie zamierzam stracić życia na jakieś bzdury. Co osiągnąłem? Osiągnąłem spokój
umysłu. Do czego doszedłem? Do słusznych wniosków.
– Co ty pieprzysz? Do jakich słusznych wniosków? – Paweł trzęsącą ręką zapalił
papierosa. Nie mógł opanować zdenerwowania i to go jeszcze bardziej wyprowadzało z
równowagi.
– A pan do czego doszedł? – zaperzył się Jarek. Nastroszył się jak kogut przed
walką.
– Gówno cię to obchodzi! – warknął Paweł już całkiem wściekły.
– Uspokójcie się! – wtrąciła się Maryla. – Idź już do domu i nie psuj ludziom
nerwów, a swoje przemyślenia zostaw dla siebie.
– Pytają to odpowiadam – odszczeknął się jeszcze Jarek i wyszedł, energicznie
zamykając drzwi.
Maryla popatrzyła na Pawła. Co go tak rozjuszyło? Właściwie to chciało jej się
trochę śmiać. Trafił swój na swego. Paweł już zapomniał jak głosił podobne poglądy.
Teraz się wścieka ale jeszcze niedawno sam dawał jej podobne wykłady na temat sensu
życia. Na kogo on się naprawdę zezłościł? Na Gacka czy na samego siebie? I dlaczego?
25.
Dobromir Kotas przeglądał ostatnie rankingi i czuł się coraz bardziej rozdrażniony.
Parę dni po wielkich pochwałach za poprzedni rok okazało się, że po podliczeniu
pierwszego półrocza tego roku był daleko z tyłu za innymi oddziałami. Musiał coś
94
9
zrobić. Nie miał zamiaru tkwić w tym zasranym miasteczku do samej emerytury. Miał
zamiar wrócić do Warszawy jak najszybciej się da. Potrzebował do tego sukcesu.
Miejsca w centrali były dla swoich albo dla szczególnie aktywnych i zdolnych. Niestety
pomimo dużych wysiłków nie należał do „swoich”. Awansował szybko dzięki
wyjątkowemu zbiegowi okoliczności. Szczęśliwemu zbiegowi okoliczności. Tak myślał
początkowo, teraz widział, że wyjechać było łatwo, ale powrót okazał się jak
wspinaczka na trudny szczyt. Nie wystarczyło wydzwaniać do centrali parę razy w
tygodniu i pokazywać się raz albo dwa w miesiącu. O wiele ważniejsze były nieformalne
kontakty z pracownikami centrali, przypadkowe spotkania z prezesem na korytarzu,
nawet zdawkowe pogawędki z dyrektorami działów. Teraz żałował, że opuścił
warszawski oddział Financial Brokers. Tam miałby więcej okazji do pokazania się.
Nie miał już tyle energii co kiedyś i trudniej było mu pracować non stop na pełnych
obrotach. Dobiegał dopiero pięćdziesiątki, ale ostatnie lata były wypełnione pracą po
kilkanaście godzin na dobę, prawie bez przerwy. Miał kłopoty z sercem. Doprowadził do
rozpadu swojego małżeństwa. Żona nie chciała się przeprowadzać poza Warszawę, a
dwaj ich synowie już dawno przestali się interesować zapracowanym ojcem. Teraz mieli
już swoje rodziny i swoje problemy. Jeden w Kanadzie, a drugi w Krakowie. Zresztą nie
chodziło o odległość. Każdy z nich miał adres e-mailowy. Poza zdawkowymi życzeniami
świątecznymi, nigdy jednak nie napisali do siebie ani słowa.
Zatracił się jakoś w tym wszystkim. Pieniędzy miał dużo, aż za dużo bo i tak nie
miał kiedy ich wydawać. Poza tym był oszczędny. Kiedy tylko istniała najmniejsza
możliwość, nie płacił. Przesiadywał w oddziale od rana do wieczora. Tutaj jadł, kąpał się
w specjalnie dla siebie przygotowanej łazience. Nawet uprawiał seks.
Wiadomo było, że wszyscy klienci, którzy sami zgłosili się do oddziału byli
obsługiwani przez wyznaczonych konsultantów. To było wyróżnienie. Często bardzo
intratne wyróżnienie. Mężczyźni – agenci musieli zasłużyć absolutną lojalnością wobec
szefa. Kobiety – agentki – ciałem. Sam się dziwił, że było tyle chętnych. Zlatywały się do
pieniędzy jak ćmy do świateł pędzącego samochodu. Już dawno przestało go to bawić.
Jedna Agata jakoś go jeszcze rajcowała. Nigdy jednak nie udało mu się namówić jej do
spędzenia wspólnej nocy. Kiedyś wprost jej to zaproponował i otrzymał, tak samo
wprost, odmowną odpowiedź. Przeszli nad tym do porządku dziennego i oboje udawali,
że rozmowy nie było.
95
9
Czuł, że musi wrócić do Warszawy, albo zgnuśnieje tu jak jakiś dowódca
prowincjonalnego garnizonu. Potrzebował spektakularnego sukcesu, który zwróci
uwagę tych palantów z centrali. Nacisnął klawisz interkomu.
– Pani Agato, proszę wezwać do mnie Marcina Króla.
Pukanie do drzwi zabrzmiało prawie natychmiast. Widocznie Marcin był w
sekretariacie. Wszedł z notatnikiem w ręku. Kotas bez słowa pokazał mu fotel i wręczył
faks z ostatnimi rankingami. Marcin usiadł i zagłębił się w lekturze. Zbyt długo jak na
cierpliwość dyrektora.
– No i co o tym myślisz? – Kotas przerwał denerwującą ciszę.
– No cóż…nie wygląda to za dobrze – ostrożnie odpowiedział Marcin.
– Beznadziejnie! Fatalnie! Po prostu do dupy! Jesteśmy na ostatnim miejscu i to
daleko w tyle za resztą. Możesz mi powiedzieć co według ciebie się dzieje?
– No cóż… mogę mówić tylko za siebie i swoją grupę – odparł tym samym
ostrożnym tonem.
– No to mów, proszę bardzo, słucham. Please. – Kotas o mało nie przewiercił go
wzrokiem.
– U mnie nie jest tak źle – rozpoczął Marcin, a dyrektor zmarszczył brwi, jakby nie
wierząc w to co słyszy.
– Grupę mam stabilną. Od lipca zeszłego roku do dzisiaj przyjąłem siedem osób i
zwolniłem pięć. Bilans mam dodatni, unit powiększył się o dwie osoby. Bzdęga i
Filipowski – kontynuował.
– Bzdęga do odstrzału. Ciągle mamy jakieś problemy z jego klientami. Nie wiem
gdzie on wynajduje takie kreatury. Poza tym pracuje bardzo, bardzo słabo. Dwie, trzy
marniutkie umowy w miesiącu. To za mało.
– Ja bym go nie zwalniał. Zawsze jednak coś robi – oponował spokojnie Marcin.
– Pogarsza ci statystykę. Ale jak chcesz, twój unit – twoja sprawa. – Kotas rozłożył
ręce w geście rezygnacji.
– Za to Paweł Filipowski jest niezły. Od początku tego roku regularnie robi
największy obrót w oddziale.
Marcin zajrzał do swojego kalendarza.
– Od dwóch miesięcy dostaje prowizję powyżej dziesięciu tysięcy złotych –
kontynuował. – Dociera do coraz większych firm. Ostatni raz taką dynamikę sprzedaży w
naszym oddziale miał Kuba Ferenc, dwa lata temu.
96
9
– Tak, pamiętam. Ferenc. Był niezły. Donosy też mu wychodziły nieźle. Dobrze, że
się go pozbyliśmy. Ten Filipowski też nie jest takim niewiniątkiem, na jakiego wygląda.
Zdaje mi się, że coś kombinuje z Jasińskim. Musisz z nim porozmawiać po przyjacielsku
i wybić z głowy głupie pomysły.
Marcin skinął głową w milczeniu i coś zapisał w notesie.
– No dobrze, ty wyglądasz nieźle. Ale co z pozostałymi? Musimy coś wymyślić,
żeby wreszcie ruszyli tyłki. Masz jakiś pomysł? Some idea?
– Zaczyna się okres urlopów… – Marcin umilkł i zastanawiał się jak to ująć, żeby
nie zdenerwować dyrektora. Lato zawsze było słabe pod względem sprzedaży. Dopiero
od września obroty wzrastały, osiągając kulminację w listopadzie i grudniu. Wtedy wiele
firm szukało w leasingu możliwości nabicia sobie kosztów i obniżenia podatków.
Oczywiście, dyrektor wiedział o tym doskonale, ale nie przyjmował do wiadomości.
– Masz rację! Genialny pomysł! – Kotas wyrwał go z zamyślenia – Wykorzystajmy
to, że w innych oddziałach nastąpi wakacyjne rozluźnienie i dogońmy ich. Albo jeszcze
lepiej przeskoczmy! Very good! – Aż podskakiwał podekscytowany.
Marcin spoglądał niezdecydowanie. Nie to miał na myśli. Sam chciał trochę
odpuścić w to lato. Cały ubiegły rok i początek tego miał bardzo ciężki i czuł potrzebę
zwolnienia obrotów na jakiś czas. Uśmiechnął się z wysiłkiem i powiedział:
– Niezła myśl, prawda?
– Fantastyczna! Marcin masz ode mnie obietnicę, że po moim awansie do centrali
będziesz tu dyrektorem. Już ja się o to postaram. Ty mi pomóż teraz, a ja pomogę ci
potem.
Marcin zrobił nieokreśloną minę. Zastanawiał się jak ma wpłynąć na agentów ze
swojej grupy, żeby zechcieli popracować jeszcze ciężej niż do tej pory i to w lecie. Był
pewien, że każdy z nich przyjmie to niechętnie. No, może jeden Paweł Filipowski nie.
Ale on pracował równo od roku i systematycznie wspinał się na coraz wyższe obroty.
Jak dobrze nasmarowana maszyna.
Paweł rzeczywiście zatracił się w pracy. Wstawał wcześnie rano, szybko wypijał
poranną kawę, krótko przeglądał notatki i zabierał się do dzwonienia. Z całej swojej
pracy tego nie lubił najbardziej. Umawiania się na spotkanie. Szczególnie ostatnio bardzo
go irytowały te rozmowy i walka z nieracjonalnymi, jak mu się zdawało i głupimi lękami.
Parę razy zdarzyło mu walnąć pięścią w biurko, kiedy w odpowiedzi na propozycję
97
9
niezobowiązującego spotkania słyszał tekst w rodzaju: „Panie! Ja tam w takie coś nie
wierzę” i dźwięk odkładanej słuchawki. Zdawał sobie sprawę z bezsensowności swoich
nerwów. Widział też, że ostatnio złościł się częściej niż przedtem, ale nie potrafił się
opanować. Chciał za wszelką cenę utrzymać się na dotychczasowym, wysokim poziomie
obrotów. Pochlebiało mu zaufanie Jasińskiego i nie chciał go stracić, a poza tym miał
zamiar wskoczyć jeszcze wyżej w rankingu agentów. Na przyszłorocznej konwencji w
hotelu „Mariott” w Warszawie zamierzał odebrać nagrodę za miejsce w pierwszej piątce,
a po cichu marzył nawet o zwycięstwie. Perspektywa przejścia przed najważniejszymi
osobami w firmie w burzy oklasków dodawała mu sił do jeszcze cięższej pracy. I
odbierała spokój.
Nigdy przedtem tak ciężko nie pracował i nie potrafił ocenić czy już wkracza na
niebezpieczne tereny czy jeszcze to wszystko, co robi jest w granicach jakiejś normy.
Czy w ogóle istniały jakieś normy?
Ostrzeżeniem, że coś idzie nie tak było zakończenie spotkania z klientem, który po
raz trzeci nie potrafił się zdecydować, jaką kwotę przeznaczyć na zakup samochodu.
Paweł zareagował w sposób dla niego samego zaskakujący. Po prostu wstał, położył na
stół wizytówkę i z naciskiem rzucił:
– Tu jest mój telefon. Proszę zadzwonić, kiedy będzie pan pewien na sto procent
czego pan właściwie chce. Inaczej tracimy tylko czas. Mój jest na to zbyt cenny.
Kiedy myślał o tym następnego ranka odczuwał coś w rodzaju wyrzutów sumienia.
Zachował się głupio, stracił klienta, zepsuł sobie opinię i to wszystko tylko dlatego, że
się zdenerwował. Nie miał prawa denerwować się na ludzi, dzięki którym zarabiał
pieniądze!!
Ale, z drugiej strony, czy ten dupek miał prawo zabierać mu czas? Wtedy, gdy trzy
razy wysłuchiwał pieprzonych stękań i narzekań mógł sprzedać kilka samochodów i
poprawić swoją pozycję w rankingu!
A jednak to wszystko nie było takie proste. Nigdy przedtem nie złościł się i nie
warczał na klientów. Nawet na piątym spotkaniu w tej samej sprawie.
26.
Kilka dni po rozmowie z Waldkiem i przełamaniu w sobie ostatnich wątpliwości
Paweł zadzwonił do Adriana Makowskiego, właściciela „Wiktorii”. Pod podanym na
98
9
wizytówce numerem telefonu zgłosiła się jakaś kobieta. Chyba żona, pomyślał.
Makowskiego nie było i na razie nie był uchwytny. „Żona” poprosiła Pawła, aby podał
swój numer i obiecała, że przekaże informację jak najprędzej. Makowski oddzwonił za
pół godziny. Po krótkiej rozmowie byli umówieni na spotkanie.
Następnego dnia w porze obiadu Paweł zatrzymał samochód przed okazałym
domem w Pabianicach, którego adres otrzymał we wczorajszej rozmowie. Budynek nie
rzucał się w oczy. Od ulicy oddzielał go wysoki, gęsty żywopłot i dość zaniedbany
ogród. Metalowa furtka z kutego żelaza zaskrzypiała przy otwieraniu niemiłosiernie. Aż
go zęby rozbolały.
Na podjeździe stały dwa samochody. Stary, pordzewiały ford transit i potężne,
granatowe BMW. Na oko, prosto z fabryki. Wzbudzało respekt. Paweł postanowił na
razie nie przejmować się informacjami o nielegalnych interesach Makowskiego. Od tego
jest policja i izby skarbowe, myślał. Obiecał sobie tylko, że nie będzie się starał
doprowadzić do zawarcia umowy za wszelką cenę. Jeśli spotka się z propozycją jakiegoś
fałszowania dokumentów natychmiast delikatnie i taktownie wycofuje się. Nie zamierzał
za bardzo ryzykować.
Do środka wchodziło się po trzech szerokich, kamiennych schodach, których stan
wskazywał na to, że były intensywnie używane i dawno ich nie remontowano. Zamiast
dzwonka, na drzwiach wisiała jakaś kołatka. Delikatnie zastukał. Bez efektu. Zapukał
mocniej. Dalej nic się nie działo. Nacisnął klamkę i wszedł do środka. Znalazł się w
długim korytarzu. Nagle drzwi naprzeciwko otworzyła młoda kobieta, elegancko ubrana
i bardzo ładna. Podeszła do niego i spojrzała pytająco.
– Przepraszam, pukałem, ale… – zaczął się usprawiedliwiać.
– Nic nie szkodzi. Te mury są takie grube, że nic nie słychać. Pan pewnie w
sprawie leasingu? – Taksowała go uważnym wzrokiem.
– Tak. Jestem umówiony z panem Makowskim.
Odwróciła się i bez słowa ruszyła przed siebie. Paweł, idąc obszernym korytarzem,
dyskretnie obserwował jej idealną figurę. Miała bardzo ciemne, prawie czarne włosy,
które nadawały jej twarzy jakiś południowy rys. Otworzyła drzwi do pomieszczenia,
które równie dobrze mogło być salonem jak i gabinetem.
Makowski wyglądał na niewiele starszego od Pawła. Lekko szpakowate skronie i
złoty sygnet na, trzymającej słuchawkę telefonu, dłoni wywoływały wrażenie
dostojności. Siedział za wielkim biurkiem, stojącym w rogu pokoju. Rozmawiał z kimś
99
1
po niemiecku. Ruchem ręki wskazał Pawłowi miejsce na skórzanej kanapie. Kobieta
zapytała, czy może podać coś do picia. Poprosił o kawę i zaczął się dyskretnie rozglądać.
Było coś dziwnego w umeblowaniu tego pomieszczenia. Jakieś wrażenie
tymczasowości. Meble nie były w jednym stylu. Każdy jakby z innej epoki. Zasłony na
oknach lekkie i krótkie, nie pasowały do ciężkawego stylu wyposażenia. Albo są tu od
niedawna, albo nie przejmują się szczegółami, pomyślał Paweł. Obok biurka stały regały
zapełnione segregatorami. Napisy na segregatorach wskazywały, że zawierają
dokumentację firmy „Wiktoria”. Na jednym dostrzegł naklejkę – „Faktury dla <<Polstok
>>sp. z o.o.” Miał wrażenie, że już gdzieś słyszał tą nazwę. Nie miał czasu na
zastanawianie się, bo weszła kobieta, niosąc kawę, którą delikatnie postawiła na bogato
zdobionym stoliku. Pachniała jakimś intensywnym, ale bardzo świeżym zapachem. Paweł
nie mógł oderwać od niej oczu. Kiedy zapytała go czy życzy sobie cukier albo śmietankę
do kawy, zrobiła to miękkim, ciepłym głosem. Poznał, że to ona rozmawiała z nim przez
telefon.
Makowski skończył rozmawiać i zasiadł naprzeciwko, w potężnym fotelu.
– Przepraszam, że kazałem panu czekać, ale właśnie dzwonili do mnie kontrahenci
z Niemiec. Proszą o jak najszybsze rozpoczęcie dostaw. Czy moglibyśmy załatwić naszą
umowę w jak najkrótszym czasie? – uśmiechnął się przyjaźnie.
– To nie zależy tylko ode mnie. Mam tutaj dla pana listę dokumentów, które są
wymagane przez naszą firmę. Po dostarczeniu ich przez pana będziemy mogli przystąpić
do omawiania szczegółów i szybko podjąć decyzję.
Paweł podał Makowskiemu kartkę papieru. Na górze przyczepiona była jego
wizytówka.
– W zasadzie, kiedy podpisujemy kontrakt z firmą – kontynuował – wymagamy aby
jej dochody były na poziomie adekwatnym do wysokości sumy leasingu. Mój szwagier,
to znaczy Waldek, wspominał, że interesuje pana kwota około dwóch milionów
złotych… – Paweł przerwał i czekał na jakąś reakcję Makowskiego, która pozwoliłaby
mu przejść do omawiania sposobów zabezpieczenia kontraktu. Nie chciał się zdradzać ze
swoją wiedzą o nielegalnych interesach klienta. Kątem oka obserwował „zjawisko”,
powoli, jakby bez celu, snujące się po gabinecie.
– Czy może mi pan powiedzieć, kto oprócz pana będzie podejmował decyzję o
podpisaniu ze mną kontraktu? – niespodziewanie zapytał Makowski, odkładając kartkę
po pobieżnym przeczytaniu.
10
1
– Ze względu na wysokość sumy, podpisanie umowy odbędzie się pod nadzorem
dyrektora mojego oddziału. Ostatnie słowo należy oczywiście do Działu Akceptacji
Kontraktów, w centrali naszej firmy, w Warszawie. Na ogół jest tak, że jeśli otrzymują
prawidłowo skompletowane dokumenty, opierają się na moich ustaleniach i opinii
dyrektora – objaśnił Paweł.
– Widzi pan… – Makowski wyjął paczkę papierosów i wyciągnął ją w kierunku
Pawła, który gestem odmówił – te dokumenty da się zgromadzić szybko i nie będzie z
tym problemu…
Makowski zapalił papierosa i zaciągnął się głęboko.
– Ale… – podrzucił Paweł.
– Ale jest jednak jeden problem – Makowski utkwił na chwilę wzrok gdzieś ponad
głową rozmówcy.
Paweł czekał w milczeniu na ciąg dalszy.
– Chodzi o to, że szwalnia „Wiktoria” przynosi ostatnio małe dochody i jej stan
finansowy raczej nie pozwala na zaciągnięcie kredytu w wysokości dwa miliony trzysta
tysięcy, bo o taką sumę dokładnie tu chodzi – objaśnił Makowski.
– To rzeczywiście jest problem. Financial Brokers musi mieć maksymalną pewność
wypłacalności klienta. Jednak rozumiemy też, że każda firma ma jakieś swoje sposoby na
omijanie wysokich podatków. – Paweł uśmiechnął się domyślnie.
– W zasadzie podstawowym zabezpieczeniem jest przedmiot leasingu –
kontynuował. – Tutaj mamy do czynienia z nieruchomością, halą produkcyjną, której
autentyczną wartość rynkową trudno oszacować i firma może chcieć dodatkowych
zabezpieczeń. Rzecz jasna, niezbędny będzie wyciąg z księgi wieczystej nieruchomości.
Powinna być czysta jak łza, to znaczy najlepiej jeden, jasno określony właściciel i
żadnych obciążeń.
– Czy pan widzi jakieś wyjście z tej sytuacji? – zapytał Makowski.
– Muszę się skonsultować z moimi przełożonymi, ale myślę, że będzie można
znaleźć rozwiązanie pańskiego problemu. Czasami stosuje się poręczenie przez osoby o
odpowiednich dochodach. Oczywiście, gdyby Dział Akceptacji Kontraktów dodatkowo
otrzymał wiarygodne dokumenty, opisujące pański prywatny stan majątkowy, to na
pewno wpłynęłoby to zdecydowanie na pozytywną ocenę kontraktu. – odpowiedział
ostrożnie.
10
1
– Myślę, że to by się dało zrobić. Mam dom, w którym jesteśmy, dom pod
Warszawą i niewielką willę w Zakopanem. Poza tym kilka samochodów. No i
oczywiście szwalnia. Czy to by wystarczyło? – Makowski uśmiechnął się jakby
powiedział dobry żart.
– Myślę, że tak. Konkretniej będziemy mogli rozmawiać gdy wszystkie papiery
będą dostępne do przejrzenia i w komplecie. Czy mógłbym jeszcze rzucić okiem na
szwalnię? – zapytał Paweł.
– Oczywiście. Jest w innej części miasta. Marta zawiezie pana. Ja muszę niestety
jeszcze trochę popracować.
BMW miało skórzane siedzenia. Marta prowadziła jak szatan. Krótka spódniczka
odsłaniała całe uda. Głośna muzyka grała ze wszystkich stron. Paweł zupełnie nie
kojarzył, którędy jechali. W trakcie jazdy Marta zaproponowała, aby mówili do siebie na
ty. Tak jest łatwiej – powiedziała. Nie była żoną Makowskiego. Raczej kimś w rodzaju
asystentki. Chciała wiedzieć wszystko na temat kontraktu, który jej szef miał zawrzeć z
Financial Brokers. Paweł gadał jak nakręcony.
Szwalnia była zwykła. Trzy rzędy maszyn, kilkadziesiąt kobiet, hałas pracujących
silników elektrycznych. Postali chwilę, taksowani ciekawymi oczami szwaczek.
Zadzwonił telefon Marty. Okazało się, że Makowski musi wyjechać pilnie do Kalisza.
Prosił o wybaczenie i powiedział, że natychmiast po skompletowaniu dokumentów,
skontaktuje się z Pawłem telefonicznie w domu, albo zostawi wiadomość w oddziale w
Gdańsku. Paweł przespacerował się pomiędzy rzędami maszyn. Wyjął notes i udawał, że
coś zapisuje. Ta wizyta miała na celu tylko potwierdzenie fizycznego istnienia
funkcjonującej firmy, ale Paweł czuł się pewniej udając, że interesują go jakieś szczegóły.
W drodze powrotnej Marta poprosiła go, żeby opowiedział o swojej pracy. Tym
razem jechała wolno, więc zdążył jej wyjaśnić jak funkcjonuje oddział, a kiedy zapytała
tym swoim aksamitnym głosem, ile się zarabia w jego biznesie i spojrzała na niego z
lekkim uśmiechem opowiedział wszystko jak na spowiedzi.
Kiedy zatrzymała auto zorientował się, że nie są przed domem Makowskiego. Byli
na jakichś peryferiach Łodzi.
– Zapraszam na obiad – powiedziała, wysiadając z samochodu.
– Nie chciałbym narażać cię na koszty – zaprotestował Paweł.
10
1
– Nie przejmuj się. Zapłaci właściciel tego samochodu – rzuciła, poklepując BMW i
ruszyła energicznie w stronę wejścia do kiczowato wyglądającego budynku, udającego
przedwojenny pałacyk.
Wnętrze było równie pretensjonalne jak reszta. Na ścianach wisiały rogi jeleni i
liczne, ręcznie malowane obrazki. Wyglądały na niedokończone prace prymitywistów,
stworzone do tego w pijanym widzie. W większości, jak wyjaśniła Marta, były to dzieła
właściciela lokalu. Jeśli gotuje tak jak maluje to miej nas Panie Boże w opiece, pomyślał
Paweł.
Przy zamawianiu potraw zdał się całkowicie na Martę, zgodnie zresztą z jej
sugestią. Jego obawy co do jakości podawanego im jedzenia okazały się jednak
nieuzasadnione. Albo właściciel osobiście nie angażował się w przyrządzanie potraw,
albo miał zdecydowanie większy talent do garnków niż do pędzla. Barszcz z
prawdziwymi litewskimi kołdunami i mięso w jakimś gęstym sosie smakowały
wyśmienicie.
Obsługiwał ich wyjątkowo natarczywy kelner, jedyny na sali. Podchodził
dosłownie co pół minuty, z pytaniem czy czegoś nie potrzeba. Na szczęście po jakimś
czasie lokal zapełnił się gośćmi i przestał ich nękać. Mogli swobodniej porozmawiać.
Marta interesowała się dosłownie każdym szczegółem z życia oddziału. Tak, jakby sama
chciała w nim popracować. Kiedy zaczął jej opisywać dyrektora Kotasa, słuchała z
uwagą. Nie mógł się zorientować, czy to tylko z uprzejmości, czy naprawdę tak ją
interesuje praca jego oddziału.
Wrócili do Pabianic po prawie dwóch godzinach. Paweł był po obiedzie taki senny,
że nie chciało mu się jechać do domu. Poza tym Marta proponowała, aby został jeszcze
na kawę. Zaczął się zastanawiać czy to tylko zdawkowa propozycja. Wyglądało na to, że
nie. Marta uśmiechała się zachęcająco. Taka laska! – pomyślał. O co jej chodzi?
Zawsze uważał się za niezbyt atrakcyjnego, ale teraz pomyślał – mogłem się mylić.
Ona na mnie wyraźnie leci.
Ostatecznie doszedł jednak do wniosku, że to tylko Makowski kazał jej być miłą
dla niego, pożegnał się i ruszył w drogę powrotną.
Po drodze próbował rozwiązać dylemat, który streścił w pytaniu: Czy to ja szukam
okazji czy okazje znajdują mnie ? Wewnętrzny dialog z samym sobą prowadził aż do
domu. Wyglądało na to, że podoba się kobietom. Wyraźne dowody otrzymał nie raz w
trakcie pracy dla „Financial Brokers”. Zastanawiał się jednak, dlaczego nie dostrzegał
10
1
przedtem zainteresowania swoją osobą ze strony płci pięknej. To mogło oznaczać, że go
nie zauważał, bo mu nie zależało, a teraz widzi, ponieważ coś się zmieniło w nim samym.
Z drugiej strony, mógł przedtem nie zauważać większego zainteresowania pań, bo go po
prostu nie było i dopiero teraz jakoś powstało. W ten sposób metodą prostych pytań
doszedł do wniosku, że kiedy prowadził sklep z używanymi ciuchami i sam się w nim
ubierał, a strzygł się w renomowanym zakładzie mistrza Tadeo, wyglądał nieatrakcyjnie
zewnętrznie i nie śmierdział groszem. Do tego, trochę za często bywał „pod dobrą datą”.
Wtedy kobiety się nim nie interesowały, a on nie interesował się kobietami.
Teraz sytuacja zmieniła się diametralnie. Dzięki regularnym wizytom u dobrego
fryzjera w Gdańsku, garniturom i butom z niezłych firm, wyglądał atrakcyjnie. Poziom
jego dochodów wzrósł też zdecydowanie i było to widoczne przy każdej okazji. Kobiety
zaczęły się nim interesować. To było miłe, ale czy mogło coś zmienić w jego życiu ?
Dalsze rozważania zostawił na później, bo właśnie dojechał do domu. Zauważył,
że znowu jakieś pacany rozłożyły swoje narzędzia i maszyny. Co ona znowu remontuje?
– pomyślał zirytowany. W planach były tylko tynki zewnętrzne i ogrodzenie. Miał dosyć
slalomów między betoniarkami i kupami gruzu. To już przestawało być normalne. Jakaś
obsesja.
27.
W oddziale coś się działo. Paweł przyjechał żeby skonsultować z Marcinem sprawę
„Wiktorii” i złożyć pismo, dzięki któremu mógł dostać silnego kopa w górę. Zachodziła
też obawa, że co najwyżej może to być kop w tyłek. Wszystko zależało od reakcji
Kotasa. Jasiński uprzedzał, że dyrektor może się wściec za spiskowanie za plecami, ale
ponieważ pismo było w tonie propozycji, mógł je też przyjąć spokojnie. Paweł położył
kartkę przed Agatą, która przeczytała jej treść i bez jednego mrugnięcia okiem włożyła
do teczki z korespondencją dla dyrektora. Ostatnio była jakaś niedostępna. Zdaje się, że
rozmowy w sprawie przeniesienia do centrali przebiegały pomyślnie.
Marcin Król był w złym nastroju. Właśnie skończyło się zebranie robocze
podsumowujące pierwsze półrocze pracy oddziału. Wyniki były fatalne. Oddział obsuwał
się w rankingu ogólnopolskim coraz niżej. Szanse na wyróżnienie na przyszłorocznej
konwencji malały z każdym dniem. Kotas był wściekły i nie krył się z tym. Wszystkie
urlopy zostały wstrzymane do odwołania. Oddział musiał nadrobić w czasie wakacji to,
co stracił do tej pory. Managerowie zostali zobowiązani do codziennego kontrolowania
10
1
przez telefon poczynań swoich agentów. Ci, którzy nie wykonywali przynajmniej jednej
rozmowy handlowej dziennie mieli być upomnieni, a następnie skierowani na
przymusowe doszkalanie w oddziale. Na wszystkich padł blady strach.
Marcin był wyjątkowo wściekły, bo akurat miał okazję spędzić dwa tygodnie na
Krecie. Za niewielkie pieniądze i w towarzystwie swojej dziewczyny – Elżbiety. Trzymał
w ręku podanie Pawła i wymachując nim wyrzucał z siebie całą złość.
– Co ten głupi, gruby kutas sobie myśli?!
Paweł pierwszy raz słyszał, żeby Marcin tak przeklinał. Jakoś dziwnie nie pasowały
te słowa do jego, jak zawsze, eleganckiego wyglądu.
– On sobie pojedzie wypoczywać na wieś, a ja tu będę zapierdalał!? I to w dodatku
teraz, kiedy nadarza mi się taka okazja! – wykrzykiwał zduszonym głosem.
– Jaka okazja? – zapytał Paweł.
Marcin spojrzał na niego trochę nieprzytomnie. Dalej był zdenerwowany, ale już
się uspokajał. Wyjął paczkę Marlboro, poczęstował Pawła i sam zapalił. Westchnął
ciężko.
– Elżbieta dzwoniła, że jej biuro nie zebrało kompletu chętnych na najbliższe dwa
tygodnie i można załapać się na wczasy. Dosłownie za pół darmo. Przelot samolotem na
Kretę, apartament i jeden posiłek dziennie. Dwa tygodnie nad Morzem Śródziemnym za
tysiąc złotych. Tanio, nie uważasz?!
– Nie wiem. Nigdy nie byłem na Krecie – Paweł wzruszył ramionami.
– Tanio jak barszcz! Do tego Elżbieta będzie miała więcej wolnego czasu. Mała
grupa – mniej pracy. Wpłaciłem już forsę. Próbowałem to spokojnie przetłumaczyć temu
grubemu fagasowi, ale on ma w głowie tylko ranking i kasę. Pieprzony knur! – Marcin
wyrzucał z siebie resztki złości. Patrzył dłuższą chwilę przez okno i milczał. Wreszcie
odwrócił spokojną twarz.
– Trudno. Jakoś to przeżyję. Muszę przeżyć. Co to za pismo? – Westchnął
zrezygnowany i spojrzał na kartkę, którą trzymał w ręku.
– To jest mój wniosek o awans, który złożyłem właśnie do dyrektora. Pomyślałem,
że powinieneś znać jego treść.
Marcin czytał i unosił coraz wyżej brwi. Im bliżej końca kartki, tym bardziej kręcił
głową przy każdym zdaniu.
– Jak powiedziałeś? Pomyślałeś, że powinienem znać jego treść? Przypomnij mi,
czy ty pracowałeś kiedykolwiek w jakiejś firmie? – zapytał z przekąsem.
10
1
Paweł zaprzeczył ruchem głowy. Marcin zdusił papierosa w filiżance, stojącej na
biurku. Teoretycznie w biurze nie wolno było palić i nie było popielniczek.
– Czy ja ci kiedyś mówiłem, że dyrektor Dobromir Kotas nie znosi, kiedy coś się tu
dzieje bez jego wiedzy i przyzwolenia?
– Coś wspominałeś. – Paweł zaczął się kręcić na krześle.
– Coś wspominałem? – ironicznie zapytał Marcin – A czy wspominałem ci przy
okazji, że Kotas potrafi być bardzo niemiły dla niegrzecznych chłopców, którym się
zdaje, że mogą tu robić co chcą?
– No tak, ale ja nie robię nic bez jego wiedzy. Złożyłem tylko propozycję i proszę
go o jej rozważenie – bronił się Paweł.
– Propozycję!? Kotasowi nie składa się propozycji na piśmie, bez wcześniejszej
ustnej konsultacji z nim samym. Od propozycji w tym oddziale jest on! A gdzie droga
służbowa? Dlaczego ja, jako twój przełożony, nie dostałem pierwszy tego pisma? I do
tego ten dopisek – do wiadomości dyrektora Działu Rozwoju. Sam to wymyśliłeś? –
Marcin uderzył końcami palców w kartkę.
– Jakie to ma znaczenie? – Paweł wzruszył ramionami.
– Takie, że Kotas najpierw sprawdzi kto i co kryje się za twoją propozycją.
Stawiasz go jakby pod ścianą. Jeżeli nie masz poparcia Jasińskiego, to źle. Wylecisz od
razu. Jeśli masz, to jeszcze gorzej – będziesz się męczył zanim zginiesz. Kotas znajdzie
na ciebie jakiś hak, ale przedtem tak ci da w kość, że prawdopodobnie sam zrezygnujesz
z pracy.
– Załóżmy, że mam poparcie. Co teraz robić?
– Trzeba było przyjść do mnie, zanim napisałeś to pismo. Powiedziałbym ci, jak
się takie sprawy załatwia z Kotasem. Teraz musisz czekać na jego reakcję albo wycofać
pismo, zanim Agata zaniesie je do jego gabinetu. – Wyciągnął rękę w kierunku
sekretariatu.
– Wysłałem już kopię do Warszawy – wymruczał Paweł.
– No to po grzybach – ręka Marcina gwałtownie opadła.
Przez moment patrzyli na siebie w ciszy.
– No trudno – przerwał milczenie Marcin. – Co się stało to się nie odstanie.
Powiedz mi tylko, po co to robisz? Zarabiasz za mało? Jako manager nie wyciągniesz
więcej, a będziesz miał więcej pracy. O ile w ogóle awansujesz, bo w takim stylu to się
10
1
raczej nie uda. Powiedzieć, że Kotas nie lubi być zaskakiwany to mało. On tego po
prostu nienawidzi. Tym pismem zaszkodziłeś sobie zamiast pomóc.
– Jasiński mówił co innego.
– Jasiński gra w swoją grę i ty jesteś w niej tylko pionkiem. Oni się bez przerwy
podgryzają, żeby poprawić swoją pozycję w centrali. To będzie cud jeśli Kotas nie
dostanie zawału przy lekturze twojego pisma.
Jakoś go ta myśl rozbawiła. Zachichotał i wstał z fotela. Podszedł do okna i patrzył
na odjeżdżający spod budynku samochód dyrektora.
– Na razie mamy trochę czasu. Pojechał do Warszawy, do centrali i ma tam
powęszyć ze dwa dni. A potem zobaczymy.
– Zdaje się, że niedługo powinna nam wpaść większa kasa. Może to go jakoś
uspokoi. – Paweł wyjął z torby notatki dotyczące „Wiktorii” i podał przez biurko
Marcinowi. Ten przebiegł wzrokiem po zapiskach Pawła i aż zagwizdał.
– Człowieku! Niedługo będziesz spał na pieniądzach! – trzepnął ręką w notatki
Pawła. – Świetna robota! Jak go namierzyłeś?
– A… to taki… prywatny kontakt. Jest tylko mały problem. Facet nie należy do
wzorowych podatników. Prawdopodobnie spora część jego dochodów pochodzi nie
wiadomo skąd.
– Szara strefa – bardziej stwierdził niż zapytał Marcin.
– Nie wiem jak to przełknie nasza centrala – głośno zastanawiał się Paweł.
– Trzeba pomyśleć. Gra jest warta świeczki. Możesz mi zostawić te notatki?
Postaram się wysondować w Dziale Akceptacji Kontraktów, jakie mamy szanse.
– Dam ci telefon do tego Makowskiego. Na wszelki wypadek. Makowski
potrzebuje trochę czasu na zebranie wszystkich papierów.
Paweł położył na biurku wizytówkę właściciela szwalni „Wiktoria”. Marcin obracał
ją długo w rękach. Na zmianę spoglądał na Pawła, na wizytówkę i na ścianę przed sobą.
– Gdyby to przeszło, miałbyś u Kotasa wielki plus – powiedział wreszcie. – Oddział
podskoczyłby w rankingach, a to dla niego liczy się najbardziej. Na pewno przyjąłby
twoje podanie spokojniej. Ale ty powinieneś na razie zniknąć, żeby czegoś znowu nie
namieszać. Marny z ciebie dyplomata. Może byś sobie zrobił parę dni urlopu?
Marcin zamyślił się. Dwie pionowe kreski na jego czole pogłębiały się coraz
bardziej. Patrzył na białą ścianę przed sobą i miarowo pukał długopisem w biurko. Paweł
taktownie milczał.
10
1
– Słuchaj! – nagle Marcin stuknął się w głowę. – Mam świetny pomysł!
– Jaki pomysł?
– Jedź zamiast mnie na Kretę. Ja i tak nie mogę. Wylot jest akurat za dwa dni w
piątek. Z Warszawy. Przynajmniej nie zaszkodzisz sobie, włażąc w oczy Kotasowi.
Może w tym czasie nieco przetrawi twoją niezręczną propozycję, a ja też postaram się
jakoś go ugłaskać. Jesteś bardzo dobrym agentem, wyniki akurat mamy niezbyt ciekawe
– raczej będzie się musiał pohamować i pójdzie na jakąś ugodę. Oczywiście bardzo
niekorzystną dla ciebie. Tego możesz być pewien. To jak – lecisz na Kretę?
– No nie wiem. Muszę porozmawiać z Marylą. Nie wiem czy mnie samego puści.
– No tak. Zapomniałem, że jesteś bardzo tradycyjnie nastawiony do instytucji
małżeństwa.
– Poza tym, ostatnio cienko stoimy z pieniędzmi.
– Ty jak zwykle! Urodzony optymista. Nie masz tysiąca złotych? Nie żartuj! Widzę
co miesiąc twoje listy prowizyjne!
– Szkoda, że nie widzisz listy zakupów mojej żony i rachunków, które wystawiają
nam różne firmy remontowe – Paweł schylił głowę.
– To pożycz od kogoś! Spojrzyj na siebie! Nie wyglądasz ostatnio za dobrze.
Pracujesz bardzo ciężko i potrzebujesz odpoczynku. Poza tym możesz upiec dwie
pieczenie na jednym ogniu – odpoczniesz na miłej śródziemnomorskiej wysepce i twoja
sytuacja w oddziale powinna się wyklarować.
Marcin wyraźnie odzyskał dobry humor. Poczuł się głodny i zaproponował lunch.
Próbowali namówić Agatę na wspólny posiłek, ale nie miała ochoty, więc pojechali sami.
Marcin uważał, że Agata lada chwila przeniesie się do Warszawy. Jeszcze nigdy tak
chłodno nie odmówiła mu towarzystwa przy lunchu. Jedli, prawie nie rozmawiając.
Marcin był jakiś zamyślony. Paweł też.
– Chyba masz rację z tą Kretą – powiedział wreszcie, dość niespodziewanie. –
Przyda mi się trochę odpoczynku. Zadzwonię do ciebie wieczorem, żeby potwierdzić
wyjazd na sto procent.
– Dla formy przyślij faksem albo mailem jakieś pisemko, że udajesz się na urlop,
żeby znowu nie rozsierdzić Kotasa. Ja się pod tym podpiszę i będziesz kryty. Dzisiaj się
wydzierał, że nikogo nie puści nawet na jeden dzień, ale ja to z nim załatwię.
Początkowo Maryla nie miała nic przeciwko wyjazdowi Pawła na Kretę. Nawet
sprawiała wrażenie zadowolonej. Chciała zmienić trochę tapet w ich domku, co wiązało
10
1
się z niezłym bałaganem. Doszła też do wniosku, że część ścian należy od nowa
wygipsować i pomalować w jakieś, modne ostatnio, żywe kolory. Ekipa remontowa była
już umówiona. Paweł i tak by nie pomógł, a tylko by marudził i narzekał na niewygody i
bałagan. Poza tym był ewidentnie przepracowany i musiał sobie zrobić przerwę.
Niebagatelną rolę odgrywała też możliwość beznamiętnego poinformowania koleżanek,
że mąż właśnie wypoczywa nad Morzem Śródziemnym.
Potem jednak marudziła od rana do wieczora, że zostanie sama tyle czasu. Paweł
nigdy nie wyjeżdżał z domu na dłużej niż dwa dni. Teraz poczuł wyrzuty sumienia, że w
ogóle wystąpił z taką propozycją. Niepotrzebnie. Maryla już podjęła decyzję o jego
wyjeździe. Teraz po prostu starała się za wszelką cenę uzmysłowić mu, jaki to heroiczny
czyn z jej strony.
Wieczorem wysupłała z rodzinnej kasy tysiąc złotych na koszty i tysiąc na inne
wydatki. Paweł zadzwonił do Marcina i poinformował go, że jedzie na pewno. Marcin
obiecał oddzwonić następnego dnia i podać wszystkie szczegóły wyjazdu. Maryla zajęła
się praniem i prasowaniem odpowiednich ubrań.
Gacek, który codziennie o osiemnastej przynosił utarg ze sklepu, nie omieszkał po
swojemu skomentować całej sprawy. Niewinnym głosem zapytał Pawła, czy wie, że
prawdopodobieństwo katastrofy lotniczej jest stosunkowo niewielkie? Paweł zajęty
czytaniem gazety uśmiechnął się pobłażliwie i zamruczał tylko w odpowiedzi. Ale
jednak, kiedy już do niej dojdzie, to szanse przeżycia są równe prawie zeru, dokończył
Gacek i uciekł na widok miny Pawła.
Do piątku pozostały tylko dwa dni. I dwie noce.
W sprawach seksu Maryla ufała całkowicie Pawłowi, ale zapobiegawczo przed
wyjazdem postanowiła zaspokoić go maksymalnie intensywnie. Dzieci nocowały u
dziadków i nie przeszkadzały w harcach. Efekt był taki, że w dniu wyjazdu, po wejściu
do pociągu Paweł od razu zasnął wyczerpany i o mało co nie przegapił Dworca
Centralnego w Warszawie. Taksówka dowiozła go na Okęcie. Trochę się denerwował
wsiadając do samolotu. Nie miał do tej pory okazji podróżować Boeingiem. No i ci
pieprzeni terroryści. Ostatnio zdecydowanie przesadzali. Głupi Gacek.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: